soova
16.02.10, 13:01
Trochę trudno jest mi pisać o tej książce, gdy sobie przypomniałam, że
czytałam ją ostatnio (i to po raz pierwszy), gdy była jeszcze drukowana w
"Płomyku" (tak, tak, było kiedyś takie pismo dla młodzieży) i problemy
opisywane w OwR dotyczyły mnie bezpośrednio, stąd tak boleśnie współodczuwałam
odrzucenie Kreski przez Maćka uwiedzionego z kolei przez niecną Matyldę. Teraz
oczywiście jest inaczej, na miłosne przygody młodzieży patrzę z dystansu i
szczerze mówiąc, żałuję, że Kreska nie związała się jednak z Lelujką. Może
przy nim nie skończyłaby jako wielodzietna matka, która swoją dobrze
zapowiadającą się karierę zawodową poświęca na rzecz kariery męża. (A swoją
drogą - o ile dobrze kojarzę, najważniejszym przedmiotem na I roku
architektury jest mechanika budowli, a do niej dobra znajomość matematyki jest
niezbędna. Na karb słynnej licentii poeticae ;) autorki kładę zatem
zagadkę, jak zagrożonej z matmy Kresce udało się tę trudność przezwyciężyć).
OwR jest bardzo dobrą książką, napisaną z pomysłem, z dobrą osią fabularną,
spójną konstrukcją, wyrazistymi (i prawdziwymi!) bohaterami. Bardzo podobał mi
się na przykład sposób nakreślenia postaci Ewy - jest tak idealnie spięta i
sztywna, że czytając o jej odczuciach, jej sposobie postrzegania świata, sama
czułam ściśnięty żołądek. Tak samo idealnie zablokowani są w BBB Kozio i Bebe
- bardzo dokładnie autorka oddała ich zamknięcie się w takim emocjonalnym
kokonie na problemy z zewnątrz. Aż chce się zapytać, czy doświadczenia Ewy czy
rodzeństwa Bitnerów nie były przypadkiem jej własnymi?...
OwR w przeciwieństwie do BBB jest też książką o wiele bardziej optymistyczną,
mimo że akcja toczy się w stanie wojennym, po ulicach jeżdżą suki milicyjne,
Mila Borejkowa gubi kartki, a Pyziak olał rodzinę i jest w Australii. Ten
wszechogarniający smutek przerywa oparty na przyjaźni sojusz Lelujki z Kreską
przeciw metodom pegagogicznym (?) Ewy, odwrót Maćka od niecnej Matyldy do
Kreski, na końcu perspektywa powrotu Janusza marnotrawnego...
A propos Kreski i Ewy - jednej rzeczy nie rozumiem w kontekście odmowy pisania
ankiety o rodzicach. To znaczy chyba rozumiem, bo Dmuchawiec jak zwykle
wykazał się "talentem pedagogicznym" i lekko przycisnąwszy Kreskę psychicznie
(<wiesz, ona nie jest zła, tylko w takiej niewoli psychicznej, a jak się do
niej nie wyciągnie ręki, to znaczy, że samemu jest się niedobrym>) doprowadził
do tej dziwnej sceny z przeprosinami Ewy (za co? za odmowę pisania dobrowolnej
ankiety?). W ogóle Dmuchawca w tej książce nie cierpię. Co to za pedagog i
cudowny dziadek, który o bardzo dużych trudnościach w nowej szkole wnuczki,
dla której jest chwilowo najbliższym człowiekiem, dowiaduje się o tym dopiero
w lutym? I jeszcze gromi Kreskę za "zacietrzewienie i jadowitą antypatię" w
stosunku do wychowawczyni, zupełnie jakby Janka była kapryśną i leniwą
małolatą, której w głowie wszystko, tylko nie nauka, i nie miała żadnych
umotywowanych powodów do narzekań. Niechcący zresztą sama MM ujawnia nam
jakość Dmuchawca jako nauczyciela, bo jakże prawdziwa jest jego postać w
oczach i wspomnieniach Ewy i jego samego: "Miała zawsze same piątki, u niego
też, chociaż stawiał jej te oceny bez przekonania" (nie wiem, może jestem
dziwna, ale jeśli uczeń umie na piątkę, to dobry nauczyciel mu te piątkę
stawia, bez względu na osobiste przekonania, sympatię czy antypatię), czy
wreszcie: "Był złośliwy, dokuczliwy, niesprawiedliwy i się czepiał. Nigdy jej
nie doceniał. Otaczał się zawsze gromadą pupilków i pupilek (Cesia, Pawełek i
reszta???) i nigdy wśród nich nie było miejsca dla niej. Zawsze wyczuwała
jakąś dezaprobatę w jego wzroku, chociaż tak pilnie się uczyła. Stawiał jej
piątkę i jednym spojrzeniem odbierał ocenie jakąkolwiek wartość. A potem,
zachwycony, żartował z jakąś leniwą uczennicą." (z Danką???). Czy tak
postępuje dobry pedagog, uwielbiany przez uczniów nauczyciel?
Na zakończenie coś o feminizmie. Zdaje się, że autorka "feministką" nazywa po
prostu kobietę mającą własne zdanie, które bez namysłu rąbie prosto w oczy
facetowi, bez oglądania się na formę wypowiedzi. Tak przynajmniej wynika ze
sceny z drucikiem ;), w której Gabrysia zderza się werbalnie z Piotrem
Ogorzałką. Ciekawy przyczynek pokoleniowy - moja mama ma tak samo, a łączy ją
z MM wspólnota pokoleniowa. ;) Co najgorsze, nie daje sobie wytłumaczyć, że
nie na tym rzecz polega.