ginny22
11.06.13, 09:48
Wczoraj obejrzałam (uroczy skądinąd) serial na podstawie "Emmy" Jane Austen i przy zakończeniu dwa razy miałam silne skojarzenie z mcdusiową Laurą. Raz, kiedy Emma, szlochając, wpada do narzeczonego i krzyczy, że go kocha, ale ślubu nie będzie, nie będzie, bo och, to niemożliwe. I, krucabomba, narzeczony nie traktuje jej jak dziecka, nie dyryguje, nie mówi, że jej obawy są nieistotne. Uspokaja - i rozwiązuje problem (naginając się do jej potrzeb zresztą).
A potem, kiedy jadą w poślubną podróż niespodziankę. Emma nie wie, gdzie jadą, a okazuje się, że narzeczony wyczaił, że ona nigdy nie była nad morzem i wiezie ją na wybrzeże. I tu już miałam wrażenie kliszy totalnej - tyle że to było 200 lat temu, a podróż na odległość 130 km była dziką wyprawą...
Więc wychodzi na to, że Jane Austen widziała relacje damsko-męskie bardziej postępowo i "równorzędnie" niż droga nasza pani MM. Nie jest to wniosek wesoły.