melomanka87
16.11.14, 19:41
Tekst autorstwa Mal z komentarzy na NAKWie, sama nie ma tutaj konta, więc przeklejam:
_________________
Jeszcze jedno - tak sobie myślę o tej scenie przy stole i przypomina mi to taką starą reklamę, nie pamiętam już czego, ale wyglądała tak: do kuchni wchodzi chłopak, oznajmia coś w rodzaju "Mamo, tato, jestem gejem", w odpowiedzi matka i ojciec tylko na niego spoglądają, ojciec przewraca kolejną stronę gazety, ot, całe podsumowanie coming outu syna. I tak to wygląda u Borejków: Róża ma poważny problem i pełne prawo oczekiwać, że przynajmniej jej własna matka się nad nią pochyli, doradzi, spróbuje jakoś podsumować sytuację z Fryderykiem, może wskaże, że nie wszystko faktycznie wygląda tak, jak Róży się wydaje... a dostaje co? Coś w rodzaju "Tak, tak, kochanie, to straszne, ale co z tym obiadem?". Widzę taką scenę, dziesięć lat później, młody Ignacy Grzegorz zasiada przy stole i między zupą a drugim daniem oświadcza:
- Mamo, tato, cała reszto, muszę się wam przyznać, że od jakiegoś czasu podobają mi się mężczyźni.
Phi, tak jakby kogoś to miało zaskoczyć, miągwa jedna, laluś wymuskany, myśli bystry i uważny jak zawsze Józef Pałys. W tle Ignacy Senior wygłasza sentencję o starożytnej Grecji - a jakże - greką. Święta Gabriela Poznańska zerka niecierpliwie na kuchenkę.
- Doprawdy, cóż, jest to pewne zaskoczenie, czy nie wydaje wam się, że mięso zaraz się przypali?
- A, wiecie, tak poza tym, to poznałem kogoś i za tydzień wyjeżdżamy do Holandii, brać ślub - dodaje Ignacy, odchrząknąwszy uprzednio z pewnym dyskomfortem. - Właściwie to planujemy przy okazji adoptować dziecko - dodaje po chwili.
- Sos się prawie na pewno przypala, trzeba dolać wody.
Czy on nie widzi, że ciocia Gabrysia ma w tej chwili większe problemy niż jego - tfu! - związki? Józef w myślach współczuje ciotce, zawsze takiej ciepłej i miłej, a muszącej ciągle znosić wybryki pozbawionego taktu syna. Zerknąwszy na Ignacego G. Strybę, zaczyna się zastanawiać, czy miągwa uderzyłby głową w pobliską szafkę, gdyby Józef dyskretnie wykopał mu krzesło spod tyłka.
- To będzie chłopczyk, chory na HIV Murzynek z Etiopii - dodaje Ignaś. Łucja natychmiast go poprawia:
- Nie mówi się "chory na HIV", tylko "nosiciel wirusa HIV". Chory może być co najwyżej na AIDS. - Dziadek kiwa głową z uznaniem, po czym rozpoczyna długi wywód na temat chorób i upadku cywilizacji. Ignacy Grzegorz znów się wtrąca:
- Mój chłopak sprzedaje narkotyki, z tego będziemy się utrzymywać. Ewentualnie ja sobie dorobię tańcem na rurze w gejowskim klubie, który należy do naszego wspólnego przyjaciela.
- Mój Boże, czujecie, przypaliło się! - krzyczy Gabriela, zrywając się na równe nogi. Chwilę później miesza już w garnku, starając się uratować posiłek. Józef w tym czasie próbuje dosięgnąć stopą krzesła Ignacego G. Stryby, nie potrącając przy okazji żadnego z domowników.
- Ja wiedziałam, że to się przypali, zawsze tak jest, jak się nie zwraca uwagi - sucho wtrąca swoje trzy grosze Mila. - Tak samo z tobą, Ignasiu, ja zawsze przeczuwałam, że będą z tobą kłopoty. Właściwie to odkąd zacząłeś pisać te swoje wiersze trochę się ciebie wstydziłam...
- Gaba, nie ratuj tych kotletów, mięso to samo zło. Wszyscy będziemy chorzy od tego, wiesz, ilu pacjentów co roku ląduje na SORze z powodu przejedzenia? - wtrąca milcząca dotąd Ida, niecierpliwie stukając widelcem o talerz. - Zjedzmy lepiej sałatę, jest w lodówce...