piotr7777
25.01.15, 08:56
Wolę założyć osobny wątek, bo w równoległym za dużo gałęzi.
Otóż - język - przynajmniej ten potoczny - rozwija się w sposób naturalny i jakiekolwiek dekretowanie, że należy względem wszystkich zawodów używać obowiązkowo końcówek określających płeć jest działaniem z założenia nieskutecznym. To zresztą jedna z pułapek feminizmu - z jednej strony chce aby kobiety były postrzegane nie przez pryzmat płci, z drugiej bardzo chce podkreślać, że kobieta wykonująca określony zawód czy sprawująca określoną funkcję jest kimś rodzajowo innym niż jej męski odpowiednik. Tymczasem można traktować zawód jak coś bezosobowego i w ogóle nie patrzeć na płeć. Bo niestety panie mówiące o sobie per "psycholożka", "filozofka" czy "ministra" (a bywa że "świadkini" i "gościni") są odbierane trochę groteskowo a ta końcówkowa ekspresja odziera ich z autorytetu. Takie jest moje zdanie.
Druga sprawa - przykład podany przez tt-kę jest nie do końca adekwatny. Otóż jeśli pani Krysia jest koordynatorką projektu, to nie jest to stanowisko tylko funkcja. Ciężko, żeby jej przełożony mówił do niej per "pani koordynatorko".
W relacjach przełożony - podwładny zawsze będzie asymetria. To przełożony (albo przełożona, dalej dla wygody wyłącznie używam formy męskiej) decyduje jaka obowiązuje między nimi forma, on może zaproponować obustronne przejście na "ty", może też zwracać się tak jednostronnie do podległej mu osoby, choć nie powinien tego nadużywać. Ale nawet gdy oboje są na "pan" to on będzie "panem prezesem" (lub "panią prezes") a do podwładnych może zarówno zwracać się zarówno używając ich tytułu czy funkcji jak i używając imion tak w formie podstawowej jak i zdrobniałej, choć powinien ich faktycznie traktować równo, gdy np. podległy mężczyzna jest "panem magistrem" albo "panem kierownikiem" a wykonująca tę samą pracę kobieta "panią Anią" to jest to faktycznie nie w porządku.