Dodaj do ulubionych

No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną

30.09.17, 20:02
Jako że tematy Jeżycjadowe ulegają powoli wyczerpaniu, a pojawiają się fanfiki i opowiadania zupełnie z Borejkolandią niezwiązane, postanowiłam podrzucić Wam swój tekst na pożarcie.

Najpierw wprowadzenie, konieczne do zorientowania się w temacie.

Poznałam przez internet Bernadetę Milewski, Amerykankę polskiego pochodzenia, autorkę świetnego bloga Kierunek Avonlea. Dziewczyna mieszka w USA, z mężem Evanem i córką Nadią. Uwielbia twórczość Lucy Maud Montgomery i od kilku lat wędruje jej śladami po Wyspie Księcia Edwarda, którą regularnie odwiedza. Rok temu kupiła na Wyspie dom o nazwie Blue Moon i spędziła w nim (wraz z rodziną oczywiście) całe lato, zamieszczając zarówno na blogu, jak i na fb, zdjęcia i relacje z pobytu. Jej córka, w stroju Ani Shirley, przez jeden dzień oprowadzała turystów po muzeum LMM!
I teraz najważniejsze: Blue Moon leży w sąsiedztwie Złotego Brzegu. Tego Złotego Brzegu, opisanego w książkach LMM. A w Złotym Brzegu krótko mieszkała z rodzicami dziewczynka o imieniu Rilla (nazwiska nie pamiętam). Potem zresztą ta rodzina zamieszkała gdzie indziej, ale przez jakiś czas Rilla była Rillą ze Złotego Brzegu. A tego lata Nadia ją poznała i dziewczynki się zaprzyjaźniły.
Wyobraźnia mi ruszyła i za żadne skarby nie chciała się zatrzymać. W końcu jej uległam i napisałam opowiadanie o tej przyjaźni. I o wielu innych rzeczach. Celowo wymieszałam epoki i bohaterów rzeczywistych z książkowymi - współcześni państwo Milewski mają za sąsiadów państwa Blythe, a na poczcie dziewczynki spotykają panią Maud, czyli Lucy Maud Montgomery. Ot, taki misz-masz, baśniowy sen nocy letniej.
To opowiadanie mam zamiar wydrukować na pięknym papierze i posłać Bernadecie (oraz jej córce) w prezencie gwiazdkowym. Proszę więc o ocenę mego dzieła - czy zawirowania czaso-bohatero-przestrzenne są zrozumiałe i strawne? Bo to, że są ABSOLUTNIE nierealne, to akurat dobrze wiem:) Co byście poprawiły, usunęły, rozwinęły? Gdzie strzeliłam babola? Oddaję me dzieło w Wasze ręce ;)
Obserwuj wątek
    • pi.asia Nadia z Blue Moon 30.09.17, 20:03
      „BO NIE JESTEM CHŁOPCEM”


      - Nie chcecie mnie! Nie chcecie mnie, bo nie jestem chłopcem!
      Nadia Milewski gwałtownie poderwała głowę z poduszki. Długie, proste, brązowe włosy, okalające jej twarz, zafalowały, zatańczyły w powietrzu. Co za dziwny sen, pomyślała, trąc palcami powieki. W tym śnie byłam…
      Coś stuknęło w szybę. Raz, a potem drugi. Nadia natychmiast zapomniała o śnie, wyskoczyła z łóżka, i, plącząc się w długiej, nocnej koszuli, podbiegła do okna. No tak, Rilla Blythe! Stała na trawniku z zadartą głową, patrząc w okno na facjatce. W jednej dłoni trzymała dużą, szarą kopertę, a w drugiej kolejny kamyk, przygotowany zapewne po to, by rzucić nim w szybę. Nadia otworzyła okno.
      - Już schodzę! – krzyknęła do przyjaciółki. – Daj mi pięć minut!
      - Zaspałaś? – zaśmiała się Rilla. – A podobno to ja jestem największym śpiochem na całej Wyspie. Pośpiesz się!
      Nadia ubrała się w iście ekspresowym tempie i zbiegła na dół. Mama była w kuchni, obejrzała się na wbiegającą córkę.
      - Śniadanie czeka już od godziny – powiedziała z uśmiechem. – Nie chciałam cię budzić, spałaś tak słodko… a poza tym masz wakacje! Zaraz, a dokąd to?
      - Mamuś, Rilla na mnie czeka! – zawołała Nadia, w biegu łapiąc ze stołu drożdżową bułeczkę i kierując się do drzwi. Od progu zawróciła, w przelocie pocałowała matkę w policzek, i wybiegła na zalany słońcem trawnik. Przed dom, noszący nazwę Blue Moon. Tu, między klombami kwiatów, czekała na nią jej najbliższa przyjaciółka - Rilla Blythe ze Złotego Brzegu.

      * * *

      Rilla, siódme z kolei dziecko Ani i Gilberta Blythe’ów, czuła się w rodzinie nieco osamotniona. Starsze rodzeństwo nie umiało znaleźć wspólnego języka z młodszą o kilka lat siostrzyczką. I siostry, i bracia, traktowali Rillę jak swego rodzaju maskotkę – niekiedy rozpieszczali ją i hołubili, a niekiedy odstawiali na bok, gdy uważali, że „ta mała” mogłaby im przeszkadzać w „dorosłych” zabawach. Rilla snuła się więc po domu, czytała, wynajdywała sobie różne zajęcia, i marzyła o dziewczynce-rówieśniczce, z którą mogłaby się zaprzyjaźnić. Pewnego dnia to marzenie się spełniło. Do niedalekiego domu, zwanego Blue Moon, sprowadziła się trzyosobowa rodzina.

      * * *

      - To są Jankesi, droga pani doktorowo – oświadczyła posępnie Zuzanna, wnosząc do salonu tacę z herbatą i ciasteczkami. – Przewiduję kłopoty.
      Ania Blythe i panna Kornelia (a właściwie pani marszałkowa Elliot), która przyszła do Złotego Brzegu w odwiedziny, spojrzały na siebie z rozbawieniem.
      - A dlaczego tak uważasz, Zuzanno? – spytała panna Kornelia z uśmiechem.
      - A dlatego, pani marszałkowo Elliot, że ludzie, którzy nie potrafią usiedzieć na miejscu, i własny kraj jest dla nich za mały, nie mogą przynieść nic dobrego!
      - Zuzanno kochana – Ania spojrzała z czułością na siwowłosą kucharkę – to są porządni ludzie! Przyjechali tu kiedyś, zakochali się w Wyspie i szukali domu do kupienia. Wiesz, jacy byli szczęśliwi, gdy okazało się, że Blue Moon jest wystawiony na sprzedaż? Doktor spotkał ich na stacji kolejowej i mówił mi, że w życiu nie widział nikogo tak oczarowanego Wyspą Księcia Edwarda. I że wyglądają na ludzi znających Józefa. Na pewno wszystko będzie dobrze.
      - No, zdziwiłabym się, gdyby Wyspa im się nie spodobała – oświadczyła z godnością Zuzanna. – U siebie na pewno nie mają nic równie pięknego. Tylko czy ta ich córka będzie pasować do tutejszych dzieci? Mam nadzieję, że nie nauczy ich żadnych niestosownych zachowań! W każdym razie nasze pociechy będę trzymać od niej z daleka!
      Zabrała tacę i wyszła do kuchni. Ania spojrzała na pannę Kornelię i westchnęła.
      - Aniu, kochanie – panna Kornelia od razu domyśliła się, co dręczy przyjaciółkę. – Nan i Di są już duże i rozsądne, a Rilla, choć nieco rozpieszczona, też ma sporo oleju w głowie i nie jest ani w połowie tak naiwna jak inne dziewczęta w jej wieku. Nie sądzę, żeby ta mała Jankeska miała na nią zły wpływ. W końcu – Jankesi czy nie Jankesi – skoro pokochali Wyspę, to dobrze o nich świadczy.
      - Panno Kornelio – Ania spojrzała na rozmówczynię z wdzięcznością – pani zawsze umiała spojrzeć na wszystko z właściwej strony.
      - Wpływ marszałka – oświadczyła panna Kornelia z komiczną powagą. – Ciągle powtarza, że co ma być, to będzie, choćbyśmy stanęli na głowie. I że nie warto się martwić na zapas, bo jak przyjdzie pora na zmartwienia, to i tak tego zapasu zabraknie. Typowo po męsku!

      * * *
      • pi.asia Re: Nadia z Blue Moon 30.09.17, 20:06
        Podczas gdy Ania i Zuzanna martwiły się, jaki wpływ na dzieci ze Złotego Brzegu będzie miała nowoprzybyła dziewczynka, Bernadette Milewski miała dokładnie takie same obawy, tylko, rzecz jasna, odwrotne. Jej jedynaczka, obdarzona dużą wrażliwością i sporą wyobraźnią, łatwo mogła stać się pośmiewiskiem wiejskich urwisów – i jako „nowa”, i jako Jankeska, i – wreszcie – jako uciekająca w świat książek marzycielka. Wprawdzie Evan, ojciec Nadii, wyśmiewał te obawy, nazywając je wymysłem matki-kwoki, ale Bernadette wiedziała, że i on w głębi serca martwi się, czy jego księżniczka, jak nazywał Nadię, zaaklimatyzuje się wśród tutejszych dzieci. Spotkany na stacji doktor Blythe w dużym stopniu rozwiał ich lęki, mimo że nawet o nich nie napomknęli. Uznali jednak, że człowiek takiej kultury i subtelności jest niejako gwarancją dobrosąsiedzkich stosunków.
        Sama Nadia nie miała żadnych lęków ani obaw. Była w wieku, w którym świat jest barwny i przyjazny, każdy dzień niesie nadzieję na coś wspaniałego,
        a wątpliwości rzadko dochodzą do głosu. Od pierwszej, krótkiej wizyty na Wyspie marzyła, żeby na niej zamieszkać. Gdy rodzice oświadczyli jej, że kupują jeden z domów wystawionych na sprzedaż, popłakała się z radości. Dom na Wyspie! Nad jeziorem! Prawdziwy, drewniany, ze skrzypiącymi schodami, z pokoikiem na facjatce! „I ma sekretarzyk” – dodała mama z tajemniczą miną. Nadia nie wiedziała, co to jest sekretarzyk, ale sądząc z podekscytowania mamy, musiało to być coś niezwykłego. Zresztą – z tajemniczym sekretarzykiem czy bez – ten dom i tak był czymś fascynującym. Nosił piękną nazwę „Blue Moon”, ogromny staw, nad którym stał, nazywał się „Jezioro Lśniących Wód”, a z drugiej strony wznosiły się łagodne wzgórza i łąki, porośnięte kolorowym łubinem! I tam, właśnie tam, mieli się wprowadzić w najbliższe wakacje! Na całe lato! I może gdzieś tam będzie mieszkać dziewczynka, z którą można się będzie zaprzyjaźnić i przeżywać cudowne przygody!
        Mama Nadii, po kilku wizytach na Wyspie, podczas których wraz z mężem załatwiała formalności związane z nabyciem Blue Moon, wyzbyła się wszelkich obaw – mieszkańcy byli serdeczni i życzliwi, co niosło nadzieję, że ich dzieci będą takie same. Po kilku dniach od zamieszkania w nowym domu postanowiła wraz z mężem i córką odwiedzić najbliższych sąsiadów – państwa Blythe’ów ze Złotego Brzegu.

        * * *

        Nadia z zachwytem wpatrywała się w panią Blythe - smukłą panią o rudych włosach, ogromnych szarych oczach i ujmującym uśmiechu. Było w niej coś niezwykłego, tajemniczego i pociągającego. Pan Blythe – przystojny, szpakowaty brunet - w niczym nie przypominał Nadii lekarzy znanych jej z rodzinnego Connecticut. Już sam jego widok budził zaufanie i sprawiał, że człowiek czuł się zdrowszy. Lekki niepokój wzbudzała w dziewczynce tylko siwowłosa służąca, zwana Zuzanną, która spoglądała na gości z pewną dezaprobatą i dystansem. Czekoladowe ciasto, popisowy wypiek mamy, amerykańskim zwyczajem przyniesione na powitanie, obrzuciła nieufnym spojrzeniem i wyniosła do kuchni, żeby pokroić.
        - Miło nam poznać nowych mieszkańców Wyspy – doktor Blythe ukłonił się ceremonialnie, jednak figlarny błysk w jego oczach przeczył pozornej oficjalności powitania. - Siadajcie państwo, proszę.
        - Nasze dzieci wyjechały na wakacje do Avonlea – powiedziała pani Blythe, zwracając się do Nadii. – Została tylko Rilla, jest w twoim wieku, więc zapewne się zaprzyjaźnicie. Ona też marzy o bliskiej koleżance. Gilbercie, gdzie właściwie jest Rilla?
        - Jeszcze nie wróciła od Meredithów. Rozalia obiecała jej pokazać jak robi się hafty richelieu – odpowiedziała za Gilberta Zuzanna, która właśnie weszła z pokrojonym ciastem i dostrzegła spłoszone spojrzenie doktora, najwyraźniej nie mającego bladego pojęcia, gdzie aktualnie podziewa się jego córka.
        Hafty richelieu! Nadia pierwszy raz usłyszała tę nazwę, nie wiedziała co to jest, ale brzmiało cudownie. Postanowiła, że też musi się ich nauczyć.
        - Rozalia i John Meredithowie to nasi pastorostwo – wyjaśniła pani Blythe. – Pani Bernadette, to ciasto wygląda szalenie apetycznie! I jak pachnie! Jeszcze go nie spróbowałam a już chcę znać przepis!
        Ha! Nadia nie była zdziwiona. Czekoladowe ciasto pomysłu mamy było jej popisowym ciastem, któremu nikt nie był w stanie się oprzeć.
        - Oczywiście, pani Blythe, jutro przyślę przepis przez Nadię – mama upiła łyk herbaty z filiżanki, przyniesionej przez Zuzannę. - Wspaniała herbata, co za aromat! W życiu takiej nie piłam!
        Rudowłosa pani domu uśmiechnęła się lekko. Nadia nie wiedziała, że pani Blythe doskonale zdaje sobie sprawę tego, że Zuzanna - pozornie całkowicie pochłonięta krzątaniem się w kuchni - uważnie słucha rozmowy prowadzonej w salonie.
        - Istotnie, rewelacyjna – tata też upił łyk i też wyglądał na zachwyconego. Nadia pochyliła się nad swoją filiżanką. Herbata wyglądała zwyczajnie, jednak nie o wygląd tu chodziło: ciemnobursztynowy, przejrzysty płyn wydzielał dziwny zapach – jakby dymu czy suszonych śliwek. Oczami wyobraźni dziewczynka ujrzała zamglony, jesienny sad; drzewa, z których wolno spływały ostatnie żółknące liście, krople deszczu na trawie i snujący się między drzewami opar, pachnący dymem. Ostrożnie upiła łyk i zamarła. Napar nie tylko pachniał dymem, on smakował jak dym! Jak szlachetny dym z suchych liści i czystego drewna.
        - Jaka pyszna herbata! – zawołała, nie bacząc na to, że przerywa rozmowę prowadzoną przez dorosłych.
        Doktor Blythe roześmiał się głośno.
        - No i w tym momencie skradliście państwo serce Zuzanny – oświadczył. – Zasmakowała wam jej ulubiona herbata, nigdy nie mogę zapamiętać jej nazwy.
        - Lapsang Suchong, panie doktorze – oświadczyła Zuzanna, wnosząc do salonu tacę z ciasteczkami. – Herbata wędzona, specjalna…
        Opowieść Zuzanny przerwało głośne tupanie na ganku. Do salonu wbiegła dziewczynka, na oko dwunastoletnia. Wbiegła i stanęła jak wryta, zaskoczona widokiem gości. Po krótkiej chwili dygnęła.
        - A otóż i nasza najmłodsza córeczka – pani Blythe wstała i otoczyła ramieniem dziewczynkę. – Rillo, przywitaj się z państwem.
        Nadia wpatrywała się z zachwytem w nowoprzybyłą. Rilla miała rudo złociste loki i prześliczne orzechowe oczy z brązowymi rzęsami. Była zarumieniona od szybkiego biegu i lekko rozczochrana, ale z tym wszystkim i tak była najładniejszą dziewczynką, jaką Nadii zdarzyło się widzieć. Do tego była sympatyczna, uśmiechnięta i życzliwa. Za zgodą matek obie opuściły salon i pognały na górę, do pokoju Rilli, gdzie Nadia chciała dowiedzieć się co to są hafty richelieu, a Rilla – jak wygląda Ameryka i czym się różni od Wyspy Księcia Edwarda.

        • pi.asia Re: Nadia z Blue Moon 30.09.17, 20:08
          * * *
          - No, droga pani doktorowo – Zuzanna, zbierając talerze po skończonej wizycie, mogła wreszcie dać upust swoim wrażeniom. – Jankesi, ale porządni ludzie. Gdybym nie wiedziała, skąd przyjechali, byłabym przysięgła, że urodzili się i wychowali w Kanadzie, i to na Wyspie. I ta mała, jak dobrze ułożona! A to ciasto było naprawdę pyszne!
          - Zuzanno, przecież ci mówiłam, że nie ma się czym martwić – Ania dobrze wiedziała, co przekonało Zuzannę do przybyszów. – Rilla nie będzie się nudzić w domu, a ja mam nowych, sympatycznych sąsiadów.
          - Pani doktorowo… - Zuzanna niepewnie spojrzała na Anię. – Nie gniewa się pani, że podałam na stół te ciastka poziomkowe, które upiekłam na jutro?
          - Zuzanno – Ania ujęła pomarszczone dłonie, które tyle dobrego zrobiły dla mieszkańców Złotego Brzegu – Zuzanno kochana! Jutro razem upieczemy nowe ciasteczka! I wypróbujemy przepis na to czekoladowe ciasto! Jestem pewna, że w twoim wykonaniu będzie jeszcze lepsze!

          * * *

          Od tej pierwszej wizyty minęły dwa tygodnie. Teraz Nadia i Rilla maszerowały razem na pocztę, by wysłać do Montrealu dużą, szarą kopertę.
          - Wiesz, moja mama pisze opowiadania, które wysyła do wydawcy – Rilla ujawniła przyjaciółce, co jest w kopercie.
          Nadia aż zakrztusiła się bułką. Gdy złapała oddech, spojrzała na towarzyszkę z niedowierzaniem.
          - Jest pisarką? Prawdziwą pisarką?
          - Taką prawdziwą to chyba nie – szczerze wyznała Rilla. – Prawdziwa to taka, która pisze książki, a moja mama pisze tylko krótkie opowiadania.
          - Wiesz… - powiedziała Nadia niepewnie. – Twoja mama mi się dzisiaj śniła…
          - Naprawdę? – oczy Rilli zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. – Co dokładnie ci się śniło?
          - Nnnoo… ja nie wiem, czy to była ona… ale tak czułam… była chuda, brzydka i nieszczęśliwa, bo nikt jej nie kochał.
          - To nie mogła być moja mama – oświadczyła Rilla z przekonaniem. – Moja mama jest zgrabna, piękna i szczęśliwa. Tata świata poza nią nie widzi, Zuzanna ją uwielbia, i my wszyscy ją kochamy. Bzdury ci się śniły i tyle!
          Nadia umilkła. W końcu sama nie była pewna, o co chodziło w tym śnie. W milczeniu doszły na pocztę. Kobieta, której wręczyły szarą kopertę, uśmiechnęła się do nich ciepło. Dłoń miała poplamioną atramentem, a na biurku leżał stos kartek zapisanych drobnym pismem.
          - Nowe opowiadanie, prawda? – zwróciła się do Rilli. – Pozdrów mamę ode mnie. Mam nadzieję, że za kilka dni przyjdzie odpowiedź, równie pozytywna jak poprzednie.
          - Dziękuję, pani Maud – Rilla wydawała się nieco onieśmielona. – A pani…. pani też coś pisze?
          - Ach – kobieta, nazwana panią Maud, lekko westchnęła. – Zaczęłam, ale utknęłam... Jest sierotka, której nikt nie chce…. Dobra, wrażliwa, szczera, tylko że nikt jej nie chce, a ja nie wiem dlaczego…
          - Bo nie jest chłopcem! – zawołała Nadia, zanim zdążyła uświadomić sobie niestosowność swego okrzyku. Złapała się za usta i przerażona spojrzała na panią Maud. A pani Maud utkwiła w niej przenikliwy wzrok, w którym Nadia dostrzegła nagły błysk. Jak zahipnotyzowana patrzyła w oczy kobiety, obojętna na fakt, że Rilla ciągnie ją do wyjścia. Czuła, że właśnie stało się coś bardzo ważnego, coś, co będzie miało wpływ na życie wielu ludzi. Coś, co przetrwa wiele lat i odbije się echem na całym świecie. Nie wiedziała, co to jest, ale jakąś cząstką świadomości zdawała sobie sprawę, że w pewnym stopniu jest za to odpowiedzialna. Że jej nieprzemyślane słowa, słowa, które słyszała we śnie, i odruchowo powtórzyła, że te słowa „bo nie jestem chłopcem” są jednymi z najistotniejszych słów, jakie w życiu wypowie.
          Błysk w oczach pani Maud powoli przygasał, kobieta wyglądała jakby wracała z bardzo daleka, albo budziła się z głębokiego snu. Odetchnęła głośno, patrząc łagodnie i z czułością w oczy Nadii.
          - Dziękuję ci, kochanie – powiedziała cicho. – Jak masz na imię?
          - Nadia – odparła dziewczynka. – Mieszkam w Blue Moon.
          - Dziękuję ci – powtórzyła pani Maud. – Dziękuję ci z całego serca, Nadiu z Błękitnego Księżyca.


          cdn.
          • agrestownicazwyczajna Re: Nadia z Blue Moon 30.09.17, 20:30
            Pozwolisz, że wypowiem się pierwsza? Jutro wyjeżdżam na cały miesiąc do kuzynów. Chcę wypocząć i odciąć się od sieci. Opowiadanie jest rewelacyjne! Możesz je spokojnie wysłać swoim znajomym. Gdyby pani Montgomery żyła zrobiłabyś jej konkurencję. Na pewno, gdzieś w niebie kiwa z uznaniem głową. Mówię to, jak najpoważniej, naprawdę! Z chęcią poczytam, co wena Ci podpowie. Płyń z wiatrem....
            • pi.asia Re: Nadia z Blue Moon 30.09.17, 21:42
              agrestownicazwyczajna napisał(a):

              > Pozwolisz, że wypowiem się pierwsza? Jutro wyjeżdżam na cały miesiąc do kuzynów
              > . Chcę wypocząć i odciąć się od sieci. Opowiadanie jest rewelacyjne! Możesz je
              > spokojnie wysłać swoim znajomym. Gdyby pani Montgomery żyła zrobiłabyś jej konk
              > urencję. Na pewno, gdzieś w niebie kiwa z uznaniem głową. Mówię to, jak najpowa
              > żniej, naprawdę! Z chęcią poczytam, co wena Ci podpowie. Płyń z wiatrem....

              Dziękuję, dziękuję! *rumieni się z wdziękiem i dyga* Ale z tą konkurencją dla LMM to przegięłaś zdrowo ;)
              • pi.asia Re: Nadia z Blue Moon 30.09.17, 21:46
                PAN OCEAN

                Nadia pokochała na Wyspie wszystko, ale najbardziej plaże, ciągnące się kilometrami połacie czerwonego piasku i skał; łąki, biegnące w dal, ku widocznemu morzu i kończące się nagle stromym urwiskiem wiszącym nad wodą; fantastyczne formy skał wyrzeźbionych przez wiatr, ocean i deszcze.
                - Właściwie dlaczego nigdy nie kąpiecie się w morzu? – spytała Nadia Rillę. Obie dziewczynki spacerowały brzegiem, mocząc stopy w drobnych, pomarszczonych falkach.
                - Bo to nie jest morze, tylko ocean – odezwał się nagle chłopięcy głos.
                Odwróciły się, zaskoczone. Od strony lądu zbiegał na plażę wysoki, opalony chłopak.
                - Jim! – krzyknęła rozradowana Rilla i pobiegła bratu na spotkanie. Złapał ją wpół, podniósł i okręcił się z nią kilka razy, aż stracił równowagę i upadł na piasek. Podniósł się, roześmiany i zapiaszczony.
                - Ależ wyrosłaś, Pająku – zwrócił się do siostry. Ta naburmuszyła się i trzepnęła go po dłoni, ale zaraz z uśmiechem rozburzyła mu włosy.
                - Kiedy wróciłeś? – zapytała. Chłopak zaczął coś opowiadać, a ona słuchała, potakując albo przerywając opowieść pytaniami.
                Nadia obserwowała ich z mieszanymi uczuciami. Sama nie miała rodzeństwa, więc fascynowały ją relacje między Jimem a Rillą. Z drugiej strony – była troszkę zazdrosna. Oto przyjaciółka nie jest już wyłącznie jej, tylko należy także do tego chłopaka, który jej wyraźnie dokucza i uważa się za kogoś lepszego tylko dlatego, że jest starszy.
                Odwróciła się i zaczęła wracać po własnych śladach, już prawie zatartych przez fale.
                - Nadia, zaczekaj! – Rilla biegła ku niej, ciągnąc chłopaka za rękę. – To jest mój brat. Jim jest najstarszy z nas wszystkich, właśnie wrócił z Avonlea.
                - James Mateusz Blythe, do usług, jaśnie pani – chłopak złapał dłoń Nadii
                i nieoczekiwanie ją pocałował, zginając się w parodii dworskiego ukłonu. Dziewczynka poczerwieniała i wyrwała rękę.
                - Jim, nie wygłupiaj się – powiedziała Rilla ostro. Wyglądało na to, że nie spodobało się jej zachowanie brata. – To moja przyjaciółka, Nadia, nie musisz się zgrywać. Wybacz, Nadiu, niby jest najstarszy, ale czasem zachowuje się jak dzieciak.
                Chłopak lekko się speszył.
                - Przepraszam – powiedział cicho. Zaraz jednak poweselał. – Mama prosiła bym cię odszukał, bo z okazji naszego powrotu urządza uroczystą kolację.
                Rilla zerknęła na Nadię, ta utkwiła wzrok w przybrzeżnych kamieniach.
                - Wiesz, braciszku… - zaczęła niepewnie Rilla. – W zasadzie to ten wieczór planowałyśmy spędzić razem…
                Jim palnął się w czoło otwartą dłonią.
                - Co za gapa ze mnie! – wyznał. – Nie powiedziałem, że mama kazała odszukać was obie! Bo ty – zwrócił się do Nadii – też jesteś zaproszona. Bez obaw – uniósł dłoń, jakby uprzedzając protest dziewczynki - moja mama poinformowała twoją mamę, że cię do nas zaprasza, a po kolacji nasz tata odprowadzi cię do domu, razem z nami, oczywiście.
                - Wspaniale! – rozradowana Rilla spojrzała na Nadię. – Zobaczysz, do jakich cudów zdolna jest Zuzanna, gdy wszyscy są w domu! To świetna kucharka, ale w takie dni przechodzi samą siebie. I poznasz Waltera, Nan i Di! I Shirley'a! Chodźmy!

                * * *

                Złoty Brzeg rozbrzmiewał tego wieczoru radosnymi głosami wszystkich jego mieszkańców. Nadia miała wrażenie, że nawet ściany i meble są uśmiechnięte i szczęśliwe. Obserwowała Jima, siedzącego obok ojca i półgłosem rozmawiającego z nim o planach na przyszłość. Od Rilli wiedziała, że Jim idzie w ślady ojca i wybiera się na medycynę, a najbardziej fascynuje go chirurgia. Obserwowała Nan i Di, siedzące po obu stronach pani Blythe i tulące się do niej jak dwa kociaki. Była zdumiona, że bliźniaczki mogą być aż tak niepodobne do siebie. Di wyglądała zupełnie jak młodsza kopia matki, Nan miała ciemne włosy i oczy ojca. Zupełnie odmienny typ urody prezentował Shirley – ciemnowłosy, czarnooki, o ciemnej, opalonej twarzy, wyglądał jakby pochodził z innej rodziny.
                Jednak najbardziej podobał się Nadii Walter, ukochany brat Rilli, marzyciel o ogromnych szarych oczach. Jako jedyny nie traktował dziewczynek jak dzieci, z którymi nie można poważnie rozmawiać. Wypytywał Nadię o wrażenia z pobytu na Wyspie, wymieniał miejsca, które koniecznie powinna zobaczyć, a nawet zaproponował wspólną wyprawę do Wymarzonego Domku i Latarni Kapitana Jima, z której rozciągał się najpiękniejszy widok na wybrzeże. Nadia była oczarowana, wspólnie z Rillą zaczęły już ustalać termin wycieczki.
                - I może wreszcie uda ci się zobaczyć zielony promień słońca – odezwał się znienacka Jim, przerywając rozmowę z ojcem.
                Przy stole zapadła cisza. Walter poczerwieniał.
                - Zielony? – spytała Nadia z niedowierzaniem. – Jak to?
                - Walter gdzieś wyczytał, że czasem o zachodzie słońce wysyła zielony promień. Problem w tym, że nikt z nas nigdy go nie widział, a mieszkamy na Wyspie od urodzenia i widzieliśmy wiele zachodów słońca – wyjaśnił Jim.
                - Teoretycznie to możliwe – odezwał się doktor. – Tyle że promienie muszą się załamywać pod szczególnym kątem, i w zasadzie jest to zjawisko czysto hipotetyczne.
                - Ale jakiż to piękny pomysł – pani Blythe włączyła się do rozmowy. Walter rzucił jej spojrzenie pełne wdzięczności. – Może zielony promień słońca to symbol czegoś, do czego dążymy, celu naszych marzeń… Tak rzadki, że prawie nieistniejący, podobnie jak błękitny księżyc…
                - Jak to „nieistniejący”?! – wyrwało się oburzonej Nadii. – Błękitny Księżyc istnieje! Przecież ja w nim mieszkam!
                Chóralny wybuch śmiechu zagłuszył jej dalsze słowa. Pani Blythe spojrzała na dziewczynkę ze słodyczą.
                - Nadiu, Nadiu z Błękitnego Księżyca… Poezja w twoim życiu jest dla ciebie czymś tak oczywistym, jak powietrze, którym oddychasz. To cenny dar, i nie każdemu dany. Jak dobrze, że przybyłaś na Wyspę. Mam… mam wrażenie, że dzięki tobie my wszyscy też coś otrzymamy od losu.
                Nadia, onieśmielona, pochyliła głowę. Nikt już się nie śmiał.
                - Aniu, kochanie. Robi się późno – doktor Blythe zerknął na zegarek i wstał. – Najwyższy czas odprowadzić młodą damę do domu. Jim, Walter, idziemy!


                * * *

                - Tu, na Wyspie, mam dziwne sny – zwierzała się Nadia Rilli kilka dni później. Obie dziewczynki siedziały na małej ławeczce przed Wymarzonym Domkiem jedząc zabrane na wyprawę kanapki.
                - Co ci się śniło tym razem? – Rilla zwróciła w stronę przyjaciółki zaciekawiony wzrok.
                - Byłam… byłam jakoś dziwnie ubrana, to znaczy może nie dziwnie ale tak jakoś bardzo biednie; miałam słomkowy kapelusz i warkoczyki…
                - I co w tym dziwnego? – w głosie Rilli zabrzmiało rozczarowanie.
                - Czekaj, bo to nie koniec. Stałam na ganku jakiegoś domu, przede mną stali jacyś ludzie, pytali jak mam na imię, a ja mówiłam, że Ania, ale żeby nazywali mnie Kordelią.
                - Przecież to bez sensu! – oburzyła się Rilla. – Dlaczego tak powiedziałaś?
                - Sama nie wiem. I w dodatku ci wszyscy ludzie byli jacyś tacy… nienormalni chyba. Kobiety z gołymi głowami, w spodniach, w jakichś swetrach, krótko ostrzyżone…
                - W spodniach? – Rilla wyglądała na wstrząśniętą. – Z gołymi głowami? Niemożliwe!
                - No właśnie dlatego mówię, że te sny są dziwne. I ja w nich też jestem dziwna. Niby jestem sobą, ale nie zawsze.
                - Nie myśl o tym – Rilla zerwała się z ławeczki. – Chodź, chłopcy nas wołają, idziemy do latarni Kapitana Jima!

                • pi.asia Re: Nadia z Blue Moon 30.09.17, 21:48
                  * * *
                  W Latarni przywitał ich wilgotny chłód, będący miłą odmianą po upale panującym na zewnątrz. Po obejrzeniu wnętrza cała gromadka usiadła na schodkach i odpoczywała. Nan i Di opowiadały coś sobie po cichutku. Nadia oparła głowę o ścianę, Jim zamyślił się tak głęboko, że zdawał się drzemać, Walter wpatrzył się w pas granatowej wody, widoczny nieopodal latarni.
                  - Pan Ocean – szepnął. – Pan Ocean…
                  - Co mówisz, Walterze? – Rilla spojrzała zaskoczona na brata. On zwrócił na nią błyszczące oczy.
                  - Czytałem książkę o pewnym kapitanie, który, zawsze jak wypływał na Atlantyk, witał się z oceanem.
                  - Jak to „witał się”? – w głosie Jima zabrzmiała lekka kpina. – Rękę mu podawał czy jak?
                  - Ach, to była cała ceremonia! – zawołał Walter. - Razem z pierwszym oficerem szedł na dziób statku, za nimi steward niósł tacę z butelką najlepszego koniaku i trzy kielichy. Steward napełniał te kielichy, po czym kapitan gromko wołał trzy razy „Dzień dobry, Panie Ocean, dzień dobry!” i zawartość jednego kielicha wylewał na fale. Pozostałe dwa oczywiście wypijali, on i oficer.
                  - I co? – spytała rozśmieszona Rilla. – Pan Ocean był zadowolony z tego powitania?
                  - Chyba tak, Rillo-ma-Rillo – poważnie odpowiedział Walter. - Bo nigdy nie zdarzyło się, żeby kapitan na Atlantyku miał kłopoty, sztormy, czy coś w tym stylu. Chociaż raz zdarzyło mu się coś zabawnego.
                  Teraz już wszyscy słuchali z zapartym tchem.
                  - Kiedyś ten kapitan musiał zastąpić innego kapitana na jego statku. Ten statek miał jakoś źle wyprofilowany dziób, czy coś, w każdym razie każda większa fala wdzierała się na pokład. Z tego powodu wydano kategoryczny zakaz wychodzenia na dziób podczas nawet niewielkiego sztormu. Kapitan albo o tym zapomniał, albo nie wiedział, albo zlekceważył ten zakaz. No i jak zaczął się sztorm, to wyszedł na pokład, żeby zaklinać fale.
                  - Co robić? – parsknął Shirley.
                  - Zaklinać fale. On na swoim własnym statku, tym, którym zawsze dowodził, miał dokładnie opracowany taki rytuał – przyprowadzał na dziób grono wybranych pasażerów, ustawiał ich w bezpiecznym miejscu, wyliczał, która fala wpadnie na pokład, bo na oceanie co dziewiąta fala jest większa, i wchodził na dziób, wyciągał ręce nad wodą mówiąc „Cicho, Panie Ocean, cicho!” po czym podawał ramię najładniejszej pasażerce i spacerował z nią wzdłuż relingów, to znaczy tych barierek. A potem odprowadzał ją na miejsce i w tym momencie miejsce przechadzki zalewała ogromna fala. Oczywiście wszyscy byli zachwyceni i oczarowani.
                  - Ja myślę! – zawołał Jim. – Co za spryciarz!
                  Reszta milczała, zafascynowana.
                  - I ten właśnie kapitan – podjął Walter – na tym nieswoim statku, na którym miał zastępstwo, postanowił zaklinać fale, gdy zaczął się sztorm. Na szczęście nie zabrał ze sobą nikogo z pasażerów, a jedynie pierwszego oficera i bosmana. Gdy tylko wyciągnął dłonie nad wodą, na pokład wdarła się fala, zwaliła go z nóg i byłby spadł do oceanu, gdyby bosman go nie złapał. Stracił tylko buty i skarpetkę. Pierwszy oficer zaczął mu robić wymówki, i przypominać, że na tym statku nie wolno podczas wysokiej fali wchodzić na dziób, a na to kapitan: Kochany mój! Nic nie rozumiesz! Pomyliłem się! Zamiast powiedzieć „Cicho, Panie Ocean!” powiedziałem „Cicho, Matka Morze!”
                  Zebrani wybuchnęli gromkim śmiechem. Nadia pomyślała, że kapitan, który rozmawia z oceanem – to musiał być wspaniały człowiek.
                  - Zaraz, zaraz – zorientowała się nagle. – A czy ten kapitan naprawdę istniał czy to tylko taka powieść?
                  - Istniał naprawdę – zapewnił ją Walter. – Był Polakiem, nazywał się Eustazy Bork… Borkowski.
                  - Szkoda że Kapitan Jim nie żyje – powiedziała z żalem Nan. - Na pewno o nim słyszał, może go nawet znał. Gdyby żył to moglibyśmy go zapytać.
                  - Kapitan Jim mieszkał w tej latarni – wyjaśniła Rilla Nadii. - I był latarnikiem.
                  - Latarnikiem? Przecież był kapitanem? – zdziwiła się Nadia.
                  - Był już zbyt stary, żeby pływać na statkach, więc został latarnikiem.
                  - Czytałam opowiadanie o latarniku – powiedziała Nadia powoli, jakby z namysłem. – Tam był taki piękny opis oceanu… czekajcie, przypomnę sobie.
                  Wstała ze schodka i patrząc rozmarzonym wzrokiem na granatowy bezkres, przypominała sobie kolejne zdania.
                  - Była to chwila wielkiego spokoju i ciszy – zaczęła uroczyście. - Zegary aspinwalskie wybiły piątą po południu. Jasnego nieba nie zaciemniała żadna chmurka, kilka mew tylko pławiło się w błękitach. Ocean był ukołysany. Nadbrzeżne fale zaledwie bełkotały z cicha, rozpływając się łagodnie po piaskach…
                  Urwała. Sześć par oczu wpatrywało się w nią z natężeniem.
                  - Nie pamiętam, jak to leciało dalej – Nadia nagle się speszyła. – Ale ten latarnik tak zaczytał się w książce, że zapomniał zapalić latarnię i stracił posadę.
                  - Kapitan Jim nigdy by tak nie zrobił! – zawołała Rilla.
                  - Kapitan Jim nawet czytając księgę swojego życia pamiętał, żeby zapalić latarnię – potwierdził Jim. – Umarł o świcie, przeczytawszy całość. A latarnia nadal się paliła.
                  - I to zaalarmowało naszego tatę – dodała Di. – Wiedział, że Kapitan bardzo skrupulatnie przestrzega godzin zapalania i gaszenia latarni, więc jak zobaczył, że latarnia pali się w dzień, od razu wiedział, że coś się stało.
                  - Znaliście go? – spytała Nadia z zapartym tchem.
                  - Nie – pokręcił głową milczący do tej pory Shirley. – Wszyscy urodziliśmy się już po jego śmierci.
                  - Nieprawda – zaprzeczył Jim. – Ja go znałem, a raczej to on znał mnie, bo byłem za mały, żeby cokolwiek zapamiętać. Imię mam po nim, mama uznała, że jej pierwszy syn musi nosić imię Kapitana. Często go wspomina. Mówi, że był wspaniałym człowiekiem.
                  - Żegluje teraz gdzieś po oceanach niebieskich – szepnął zamyślony Walter. – Po Oceanach Pana…
                  - I po Panach Oceanach – dodała cicho Nadia.

                  • pi.asia Re: Nadia z Blue Moon 30.09.17, 21:50
                    ZIELONY PROMIEŃ SŁOŃCA

                    Wakacje dobiegły końca. Nadia z rozpaczą myślała o powrocie do domu. Do domu? Nie, jej dom był już tutaj, na Wyspie. Dom, na który składał się w równym stopniu drewniany budynek o nazwie Blue Moon, jak i Jezioro Lśniących Wód, czerwone plaże, Złoty Brzeg i jego mieszkańcy, a także lasy, pola i łąki porośnięte łubinem. I przede wszystkim Rilla Blythe.
                    Siedziała przy sekretarzyku, pisząc do przyjaciółki pożegnalny list, który zamierzała wręczyć jej tuż przed wyjazdem. Sekretarzyk… śmieszny mebelek, wcześniej w ogóle jej nieznany, a teraz niezbędny, wygodny i tak idealnie dostosowany do roli, jaką przeznaczył mu jego twórca. Już dawno zrozumiała zachwyt mamy, gdy ta, opowiadając o Blue Moon, wspominała „I ma sekretarzyk!” Przy tym mebelku nie tylko cudownie pisywało się listy czy robiło notatki. Na nim wygodnie rozkładała serwetkę i nici, zabierając się do haftu, na nim kopiowała wzory pożyczone od pani Rozalii Meredith, na nim kładła czytaną książkę. A ponieważ nie tylko ona odkryła tyle różnych zastosowań sekretarzyka, więc zdarzały się dni, gdy rodzina Milewskich musiała ustalać między sobą godziny korzystania z tego niezwykle poręcznego sprzętu. Nieraz zdarzało się, że mama, mająca do napisania coś szczególnie pilnego, usiłowała wymóc na tacie rezygnację z jego przydziału. Tata z kolei, chcąc opisać i poukładać w albumach zrobione na Wyspie zdjęcia, niejednokrotnie przekupywał córkę, by ta odstąpiła mu swoją kolejkę. To znaczy próbował przekupywać, co rzadko mu się udawało, bo Nadia była nieprzejednana. Gotowa była zrezygnować z sekretarzyka tylko na rzecz nadprogramowego korzystania z bujanego fotela.
                    Ale teraz nikt nie miał czasu dla ślicznego mebelka. Ojciec poszedł do doktora Blythe ustalić warunki opiekowania się Blue Moon podczas ich nieobecności. Mama kolejny raz robiła przegląd szaf i szafeczek, sprawdzając, czy nie zapomniała jakiejś niezbędnej rzeczy. Sekretarzyk był więc całkowicie wolny dla Rilli. Cóż z tego – nie umiała napisać listu do przyjaciółki. Nie była w stanie wyobrazić sobie rozstania z Rillą. Wiedziała, że za rok znów wróci na Wyspę, a przez ten rok będą do siebie pisywać, ale przerażała ją tęsknota, jaką już czuła w sercu, tęsknota, której nie umiała przelać na papier. A tak bardzo chciała dać Rilli na pożegnanie coś niezwykłego!
                    Zamyśliła się, patrząc przez okno na Jezioro Lśniących Wód. Drobne, srebrzyste fale na jeziorze migotały w słońcu, udowadniając trafność jego nazwy. Wstała od sekretarzyka i poszła do swego pokoiku na facjatce. Bez bibelotów, dotychczas stojących na półeczce, z meblami okrytymi już płóciennymi pokrowcami, bez doniczek z pelargoniami, które zabrała na przechowanie Zuzanna, pokój wyglądał zimno i obco. Nadia zadrżała i zeszła na dół. W holu stały już spakowane wszystkie bagaże, mama krzątała się po kuchni, zbierając i chowając ostatnie sprzęty.
                    - Niczego nie zapomniałaś? – Bernadette Milewski spojrzała przez ramię na Nadię. Poczuła ukłucie w sercu, widząc smutek na buzi córeczki. Wytarła ręce i przytuliła dziewczynkę. – Kochanie, jeśli już wszystko zrobiłaś, możesz iść na Złoty Brzeg. I nie płacz, wrócimy tu za rok. Nawet za mniej niż rok. Tu jest przecież nasz drugi dom!
                    Nasz drugi dom, szepnęła do siebie Bernadette, patrząc na Nadię biegnącą ścieżką. Drugi… a może nawet pierwszy? Dom, który cierpliwie czekał, aż go odnajdziemy i pokochamy? I wołał, wabił nas do siebie, delikatnie sterując naszymi losami, aż wreszcie tu przybyliśmy.
                    Biorąc pod uwagę szereg przedziwnych zbiegów okoliczności, które sprawiły, że zamieszkali w Blue Moon, nie było to tak zupełnie niemożliwe.
                    Doprawdy - Bernadette pokręciła głową - to pomysł godny samej Ani Shirley! Uśmiechnęła się i wróciła do pracy.

                    • pi.asia Re: Nadia z Blue Moon 30.09.17, 21:51
                      * * *
                      Nadia nie poszła jednak na Złoty Brzeg. Pragnęła w samotności odwiedzić wszystkie ukochane przez siebie zakątki, które przez całe lato były powiernikami jej marzeń i świadkami przyjaźni z Rillą. Przebiegła przez las i skierowała się w stronę plaży. Dziś wieczorem Blythe’owie mieli na niej rozpalić wielkie ognisko i urządzić pożegnalny piknik, ale teraz jeszcze plaża była pusta. I ogromna. Nadia nagle uświadomiła sobie, że tak rozległa nigdy wcześniej nie była. Sięgała aż po horyzont, zupełnie jakby ocean gdzieś zniknął. Oczywiście wiedziała co to są przypływy i odpływy, ale po raz pierwszy widziała to zjawisko na własne oczy i w tak potężnym wydaniu. Oczarowana zbiegła na piasek i rozejrzała się dookoła. Skały o niezwykłych kształtach, zawsze omywane falami, teraz wyrastały wprost z ziemi i można było dojść do nich suchą stopą.
                      Nadia bez namysłu pobiegła do najbliższej z nich. Piasek był mokry, ale mocno ubity, gdzieniegdzie tkwiły w nim muszelki i kamyki. Tuż przy skale dziewczynka zatrzymała się, tknięta zaskakującą myślą. Uświadomiła sobie właśnie, że chodzi po dnie oceanu. Ogarnęła ją euforia. Okręciła się na pięcie i spojrzała na brzeg, a potem ponownie na horyzont.
                      - Panie Oceanie! – zawołała. – Panie Oceanie! Dzień dobry!
                      - Dzień dobry! – zabrzmiało znienacka tuż koło niej. Nadia omal nie zemdlała z wrażenia.
                      Zza skały wyszła uśmiechnięta kobieta. Dziewczynka poznała widzianą wcześniej na poczcie panią Maud. Stała, oniemiała i zawstydzona, jak przyłapana na gorącym i w dodatku złym uczynku.
                      - Dziecko – pani Maud podeszła do niej i spojrzała w oczy. – Witałaś się z oceanem? Nie masz się czego wstydzić. Dla większości ludzi morze to tylko słona woda, w której pływają ryby, i po której pływają statki. A niektórzy, jak ty, dostrzegają coś więcej. Czym jest dla ciebie morze, Nadiu? – spytała nagle. -Z czym ci się kojarzy?
                      - Ja… ja myślę – wyjąkała Nadia, wciąż lekko zakłopotana – że to jakaś ogromna istota… wiem, że to śmieszne…
                      - Wcale nie – pani Maud przeniosła spojrzenie na wąską smugę na horyzoncie. Jej rysy złagodniały w rozmarzeniu. – Mnie też zawsze wydawało się, że morze to potężna dusza, nieustannie skarżąca się na jakąś wielką, nie dającą się utulić boleść, zamkniętą w nim po wsze czasy. Nigdy nie będziemy w stanie zgłębić tej nieskończonej tajemnicy, możemy tylko wędrować z uczuciem głębokiej czci i oczarowania po jej wąskim skraju.
                      - Napisze pani opowiadanie o morzu? – spytała Nadia z zapartym tchem.
                      - A czy da się opisać tajemnicę? – odpowiedziała kobieta pytaniem. – Nie, kochanie. Nie napiszę opowiadania o morzu. Bo morze opisać się nie da. Ale – dodała, widząc rozczarowanie na twarzy dziewczynki – napiszę o kimś, kto kochał morze i całe życie był z nim związany.
                      Ostry podmuch wiatru szarpnął jej suknią, rozwiał włosy.
                      - Oho – pani Maud spojrzała z niepokojem na horyzont. – Pan Ocean wraca z wyprawy, czyli, mówiąc po prostu, zaczyna się przypływ. Wracamy, Nadiu, i to szybko, bo za chwilę może być za późno. Te skały zwykle są zanurzone w wodzie, można do nich dojść tylko w czasie odpływu, więc jak ocean nas tu dogoni, to zostaniemy z nim na zawsze.
                      Pobiegły w stronę brzegu, poganiane wiatrem i coraz bliższym szumem napierającej wody. Zatrzymały się dopiero na plaży.
                      - Pani Maud – Nadia zebrała się na odwagę. – Jutro wyjeżdżam. Dziś na plaży ma się odbyć pożegnalny piknik. Będą państwo Blythe’owie z dziećmi, Zuzanna, i moi rodzice. Bardzo bym chciała, żeby pani też była, przepraszam, powinnam była zaprosić panią wcześniej…
                      - Blythe’owie – kobieta popatrzyła na dziewczynkę z figlarnym uśmiechem. – Blythe’owie są dla mnie jak rodzina. Właściwie sami nie widzą, jak bardzo są mi bliscy. Oczywiście, że przyjmę twoje zaproszenie. A więc do zobaczenia na pikniku!
                      • pi.asia Re: Nadia z Blue Moon 30.09.17, 21:53
                        * * *

                        Piknik udał się nadzwyczajnie. Pogoda dopisała – wiatr ucichł, jak zwykle wieczorem nad morzem, słońce powoli chyliło się ku zachodowi, kładąc na plażę długie cienie. Wszyscy obecni mieli doskonałe humory, i, chociaż każdy wiedział, że to pożegnalny wieczór, nikt nawet słówkiem o tym nie wspomniał, jakby bojąc się poruszyć ten temat. Ania Blythe i mama Nadii siedziały na małej ławeczce, którą przyniósł Jim, i rozmawiały o swoich córeczkach, o ich przyjaźni i planach na przyszłość. Pani Maud dała się wciągnąć Walterowi w dyskusję o poezji. Doktor Blythe i Evan zagłębili się w rozmowie – początkowo o historii Wyspy, ale potem tata Nadii opowiedział o swojej pasji zbierania i układania klocków ze specjalnymi wypustkami i wycięciami, które sprawiały, że ułożona budowla się nie rozlatywała. Shirley puszczał kaczki, korzystając z faktu, że morze było gładkie jak lustro, Nadia i Rilla układały na piasku swoje imiona z kamieni. Nan pomagała Zuzannie zbierać i pakować do koszyka resztki pożegnalnej uczty, a Di nacinała kiełbaski przygotowane do pieczenia w ognisku, które właśnie rozpalał Jim. To właśnie ognisko i pieczone na patykach kiełbaski miały być ostatnią atrakcją wieczoru. Drewno chłopcy gromadzili już od kilku dni, zbierając kawałki desek i gałęzi wyrzucone na brzeg i układając je na wydmie, żeby wyschły. Teraz, doskonale wysuszone słońcem i wiatrem, szybko zajęły się ogniem, a dzięki zawartej w nich soli zapłonęły niezwykłymi kolorami. Zgromadzeni dookoła przyjaciele z zachwytem wpatrzyli się w różnobarwne płomienie.
                        - To piękniejsze niż fajerwerki! – zawołała oczarowana mama Nadii.
                        - W przyszłym roku Jim i Walter zgromadzą dla was zapas tego drewna do kominka – uśmiechnął się doktor Blythe. – Już mi to obiecali.
                        - To wspaniale – orzekł tata Nadii. – Dziękujemy!
                        - Nie wiem, czy to dobry pomysł – zażartowała Bernadette. – Mając takie cuda na kominku nie ruszymy się ani krokiem z domu!
                        - To my przyjdziemy do państwa! – oświadczyła Zuzanna. – Prawda, droga pani doktorowo?
                        - I będziemy siedzieć u was całymi dniami – dodała pani Blythe z komiczną powagą. – I nie damy się wygonić.
                        - To nawet dobrze – stwierdziła Bernadette z łobuzerskim uśmiechem. – Zuzanna będzie dla nas gotować!
                        - Co to, to nie! – doktor Blythe udał oburzenie. – Zuzanna też będzie gościem i to wy będziecie gotować dla niej! I dla nas wszystkich! O!
                        - Dla całej gromady? – mama Nadii złapała się za głowę. – Dla dwunastu osób? Pani Maud, pani oczywiście też będzie? No to dla trzynastu!
                        - Trzynastka jest pechowa – zaprotestowała pani Blythe. – Dlatego – dodała przewrotnie – przyprowadzimy ze sobą pannę Kornelię i marszałka Elliota.
                        - I Meredithów! – zawołała Nan. – Florę, Unę, Karolka i Jerry’ego.
                        - Rzecz jasna z rodzicami – dorzuciła Di. – Jak wszystkich, to wszystkich!
                        - Ewa i Owen też na pewno chętnie przyjmą zaproszenie – wyliczała pani Blythe.
                        - Z Krzysiem i Polcią, rzecz jasna – Walter włączył się do zabawy.
                        - Może nawet Norman Douglas da się skusić – roześmiany doktor wymienił nazwisko kolejnego hipotetycznego uczestnika planowanego najazdu na Blue Moon.
                        - Litości! – Bernadette załamała ręce. – Oczywiście zapraszamy was wszystkich, ale może nie naraz, co? Chociaż właściwie czemu nie… Urządzimy wielkie przyjęcie w ogrodzie, postawimy tam stół…
                        - A panią Maud posadzimy na honorowym miejscu! – zawołała Nadia. – Mamo, wyniesiemy dla niej z domu czerwoną kanapę? – dodała błagalnie.
                        - Oczywiście, kochanie – uśmiechnęła się Bernadette. – Czerwona kanapa będzie miejscem honorowym, ale dla wszystkich po kolei.
                        Upieczone nad ogniskiem kiełbaski smakowały wyśmienicie. Wśród śmiechu i żartów przyjaciele jedli je, parząc sobie palce i usta. Wreszcie ostatnia kiełbaska została zjedzona, palce oblizane lub wytarte w serwetki, a patyki wrzucone do przygasającego ogniska. Rozmowy też przycichły – zgromadzeni na plaży wpatrzyli się w zachodzące słońce. Złotopurpurowa tarcza zniżała się niespodziewanie szybko, zapalając miliony błysków na spokojnym morzu.
                        Rodzina Milewskich i rodzina Blythe’ów, pani Maud i Zuzanna w pełnym zachwytu milczeniu oglądali ten spektakl, niezmienny od milionów lat, a jednak codziennie inny, i codziennie urzekający swoim pięknem.
                        - Patrzcie! – zawołała nagle Nadia zduszonym głosem. – Patrzcie!
                        Słoneczna tarcza już prawie cała była ukryta za horyzontem, z morza wystawał jedynie jej skraj. I nagle ten ledwie widoczny skraj rozbłysnął zieloną barwą. Niezwykłe zjawisko trwało zaledwie ułamki sekund, w chwilę potem słońce całkowicie znikło, pozostawiając jedynie wielobarwne blaski na niebie i osłupiałych obserwatorów na brzegu.
                        - Zielony promień słońca! – Jim ocknął się pierwszy. – Walterze, miałeś rację!
                        Walter milczał, wpatrzony w miejsce, gdzie znikło słońce.
                        - Widzieliście? – Nadia rozejrzała się dookoła. – Rillo, widziałaś?
                        - Wszyscy widzieliśmy – odchrząknął doktor Blythe. – Wszyscy.
                        - Mieszkamy tu tyle lat, a widzieliśmy to po raz pierwszy – odezwała się pani Blythe. – Nadiu – spojrzała na dziewczynkę błyszczącymi oczami – czy ty jesteś czarodziejką? Bo mam wrażenie, że wyczarowałaś ten promień specjalnie dla nas!
                        - Jest kimś więcej niż czarodziejką – odpowiedziała za dziewczynkę pani Maud. – Nie umiem tego dokładnie określić, ale czuję, że ta mała jest stworzona do rzeczy wielkich. Skoro samą swoją obecnością, czy jednym spontanicznie wypowiedzianym zdaniem potrafi zdziałać takie cuda…
                        Nadia milczała, zakłopotana.
                        - Cuda, nie cuda – zabrzmiał energiczny głos ojca Nadii – pora wracać. Już zupełnie ciemno. A my jutro wyjeżdżamy.
                        Jego słowa przywołały wszystkich do rzeczywistości. Pozbierano sprzęty i koszyki, zasypano piaskiem dogasające ognisko i w blasku wschodzącego księżyca ruszono w drogę do domów.
                        I tak skończył się ostatni tego lata wspólny wieczór na Wyspie Księcia Edwarda.

              • rosa_huberman Re: Nadia z Blue Moon 30.09.17, 23:07
                Pomyślałam sobie, że warto przed tym wyjazdem spróbować raz jeszcze i może przyjmiecie mnie do swego zacnego grona, choćby na okres próby. Zmieniłam pseudonim, ale wcześniej wyrażałam autentyczny zachwyt. Naprawdę zostałam przeniesiona w świat Ani z Zielonego Wzgórza, Pi, asiu. Możliwe, iż moje fanfik okazały się zbytnio niszowe. Natomiast u Ciebie wszystko pasuje idealnie do układanki. Dobrej nocy dla tegoż forum.
                • pi.asia Re: Nadia z Blue Moon 30.09.17, 23:45
                  rosa_huberman napisał(a):

                  > Pomyślałam sobie, że warto przed tym wyjazdem spróbować raz jeszcze i może przy
                  > jmiecie mnie do swego zacnego grona, choćby na okres próby. Zmieniłam pseudoni
                  > m, ale wcześniej wyrażałam autentyczny zachwyt. Naprawdę zostałam przeniesio
                  > na w świat Ani z Zielonego Wzgórza, Pi, asiu. Możliwe, iż moje fanfik okazały
                  > się zbytnio niszowe. Natomiast u Ciebie wszystko pasuje idealnie do układanki.
                  > Dobrej nocy dla tegoż forum.

                  Roso, czy też Agrestownico.
                  Twój fanfik nie okazał się zbytnio niszowy, tylko kompletnie niezgodny z prawdą historyczną i realiami wojennymi, a w dodatku kiepsko napisany, bez dbałości o interpunkcję, poprawną pisownię, logikę i styl. A w krótkich postach piszesz poprawnie i zgodnie z regułami języka polskiego. Nie potrafię tego zrozumieć. Zupełnie jakby pisały dwie różne osoby. Która Twoja strona jest tą prawdziwą?
                  Za uznanie już raz Ci dziękowałam, teraz dziękuję ponownie, za uznanie dla ciągu dalszego ;)
                  • rosa_huberman Re: Nadia z Blue Moon 01.10.17, 20:20
                    Postaram się odpisać w miarę zwięźle.Korzystam, bowiem z czyjegoś laptopa. Może Cię zaskoczę, ale w niegdyś przygotowywałam referat rotmistrzu Pileckim i poznałam wiele istotnych szczegółów. Dlateego nie rozumiem twojej uszczypliwości Cóż, to nie powieść historyczna, gdzie wszystko się musi ściśle zgadzać z rzeczywistymi wydarzeniami. Poza wszystkim po napisaniu minipowieści, a przed publikacją na blogu posłałam tekst mojej nauczycielce historii, z którą utrzymuję kontakt od czasów podstawówki. Zupełnie jej nie przeszkadzało, że pojawił się tam właśnie Pilecki, mimo jawnej nieścisłości historycznej. Nawet wywiązała się między nami dyskusja na ten temat. Nie żadnych wyrzutów w rodzaju „Nie uszanowałaś jego pamięci i dokonań", lub temu podobnych. Również żądnemu swojemu Czytelnikowi się nie naraziłam taką interpretacją historyczną. Oburzenie byłoby z pewnością uzasadniane, gdybym w pozytywnym świetle ukazała Hitlera Jak wiadomo zbrodniarza odpowiedzialnego za śmierć milionów ludzi, ale tego nie zrobiłam. Może chodzi Ci o to, że choruję na porażenie mózgowe i mam jakiś deficyt umysłowy, Dakoto? Niestety, tak odczytałam twoją wypowiedź. Fanfik osnułam wokół jednej z ulubionych książek, podobnie jak wielu miłośników, choćby Harrego Pottera. Czy Rowling wtacza im procesy o zniesławienie, raczej nie. Mam trzydzieści jeden lat, a pisanie jest w pewnym sensie ucieczką od ograniczeń wynikających z choroby. O gustach nie powinno się dyskutować. Wcale nie oczekiwałam samych pochwał i zachwytów. Chciałam usłyszeć, co grono złożone z osób w różnym wieku sądzi o amatorskiej twórczości statystycznego X. Panią Musierowicz krytykujecie niezwykle ostro, pomimo że jest pisarką z długoletnim doświadczeniem. Wytkacie błędy, brak zgodności z poprzednimi tomami oraz wiele innych rzeczy. Chyba z tego względu opublikowałam tutaj swoją twórczość.
                    • rosa_huberman Re: Nadia z Blue Moon 01.10.17, 20:52
                      Z chęcią usunęłabym cały wątek, aby nie zaśmiecał forum, ale w tym przypadku nie jest to możliwe. Zgłoście go więc administratorce, czy też moderatorom. Nie będę się tutaj pojawiać zbyt często. Kto wie, czy w ogóle jeszcze zajrzę. Prawdopodobnie bardziej w roli obserwatorki. Wy znacie się od dawna i tworzycie dobraną grupę. Wyczuloną na wszelkie niedoskonałość, co wynika z w z wielu wypowiedzi. Nie wiedziałam, jak zostanę przyjęta w związku z powyższym nie podawałam żadnego które pozwoliłby odnaleźć bloga, jak widać dobrze zrobiłam. Usunie niepotrzebny temat i zapomnijcie o całej sprawie.
                    • emae Re: Nadia z Blue Moon 02.10.17, 09:28
                      rosa_huberman napisała:

                      > Może chodzi Ci o to, że choruję na porażenie mózgowe i mam jakiś deficyt umysłowy, Dakoto? Niestety, tak odczytałam twoją wypowiedź.

                      Ja nie Dakota, ale zbaraniałam, czytając to. Czy ktoś Ci sugerował deficyt umysłowy? Przecież nawet jeśli go masz, to my o tym nic nie wiemy. Nie mamy pojęcia, kim jesteś. Dla nas równie dobrze możesz być profesorem polonistyki, z premedytacją wstawiać błędy i mieć z nas zdrowy ubaw.

                      > Fanfik osnułam wokół jednej z ulub
                      > ionych książek, podobnie jak wielu miłośników, choćby Harrego Pottera. Czy Rowl
                      > ing wtacza im procesy o zniesławienie, raczej nie.

                      Tobie też raczej nikt procesu nie zamierza wytaczać, po prostu nam się nie podoba to, jak piszesz.

                      > Mam trzydzieści jeden lat, a pisanie jest w pewnym sensie ucieczką od ograniczeń wynikających z choroby.

                      To pisz, pisz, pisz! Całymi dniami pisz! Dla siebie.

                      > O gustach nie powinno się dyskutować.

                      Tym argumentem - wybacz - strzeliłaś jak łysy warkoczami. O gustach? Dyskusja pod Twoim opowiadaniem to nie dyskusja o gustach, tylko mniej lub bardziej uprzejme prośby o wstawianie przecinków we właściwych miejscach. Przecinki mają swoje właściwe miejsca niezależnie od Twojego gustu.

                      > Panią Musierowicz krytykujecie niezwykle ostro, pomimo że jest pisarką z długoletnim doświadczeniem. Wytkacie błędy, brak zgodności z poprzednimi tomami oraz wiele innych rzeczy. Chyba z tego względu opublikowałam tutaj swoją twórczość.

                      Z jakiego względu? Z tego zdania wynika, że chciałaś zostać skrytykowana. Czemu jesteś niezadowolona, kiedy to nastąpiło?
    • gat45 Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 30.09.17, 21:29
      Rozczarowałaś mnie, Pi.asiu. Przeczytałam jednym ciągiem i - nie ma nic, do czego mogę się przyczepić od pierwszego wejrzenia. Czuję się nieswojo. Gorzko mi. Czuję się sfrustrowana, ot co. Ale ponowię lekturę i może coś znajdę. Co ja gadam, co ja gadam, na pewno coś znajdę !
      Ale nie licz na zarzuty merytoryczne w moim wykonaniu, bo ja się zatrzymałam na trzech pierwszych tomach "Ani" i poza "Ania na uniwersytecie" moja znajomość losów postaci pani LMM nie sięga. Na przykład : nie wiem, dlaczego panna tytułowana jest marszałkową, bo mi się to kłóci, ale czytelniczki znające całość cyklu z pewnością wiedzą, o co chodzi.

      Dawaj ciąg dalszy. To się naprawdę fajnie czyta.
      Tako rzecze Gat.
      • pi.asia Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 30.09.17, 21:41
        gat45 napisała:

        > Rozczarowałaś mnie, Pi.asiu. Przeczytałam jednym ciągiem i - nie ma nic, do cze
        > go mogę się przyczepić od pierwszego wejrzenia. Czuję się nieswojo. Gorzko mi.
        > Czuję się sfrustrowana, ot co. Ale ponowię lekturę i może coś znajdę. Co ja gad
        > am, co ja gadam, na pewno coś znajdę !

        Znajdź, błagam, znajdź, bo mnie też jest nieswojo.

        >nie wiem, dlaczego panna tytułowana jest marszałkową, bo mi się to kłóci, ale czytelniczki znające całość cyklu z pewnością wiedzą, o co chodzi.

        W dwóch tomach występuje panna Kornelia Bryant, urocza dama, wieszająca wszystkie możliwe psy na mężczyznach. Nieoczekiwanie panna Kornelia wychodzi za mąż za człowieka nazwiskiem Marshall Elliot, w polskim stareńkim acz uroczym tłumaczeniu nazwanym "Marszałkiem Elliotem". Narrator odautorski stwierdza: Przyjaciele nadal używali zwrotu "panna Kornelia", jedynie Zuzanna zawsze mówiła "pani marszałkowa Elliot", jakby chciała podkreślić: chciało się być panią marszałkową, to się jest!

        > Dawaj ciąg dalszy. To się naprawdę fajnie czyta.
        > Tako rzecze Gat.

        O, dzięki, dzięki!
        • gat45 Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 30.09.17, 22:13
          Mam strasznie pilną, nudną i terminową robotę, nad którą powinnam ślęczeć od tygodnia. A strrrrrasznie nie mam ochoty.
          Czyli są szanse, że jutro oddam się uważnemu czytaniu już przeczytanych odcinków reportażu z Wyspy X. Edwarda + reszty. Już je sobie nawet przekonwertowałam na Kindla. Pójdę nad rzekę z dwoma psoma, one będą naajdziksze wyczyniać swawole, a ja siądę na ławeczce pod już lekko żółknącym jaworem i będę szukać dziury w całym.
          A potem wrócę i będę kląć, że robota wciąż w lesie.... :(
          • pi.asia Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 30.09.17, 22:22
            gat45 napisała:


            > , a ja siądę na ławeczce pod już lekko żółknącym jaworem i będę szukać dziury w
            > całym.
            > A potem wrócę i będę kląć, że robota wciąż w lesie.... :(

            Miesiąc już wzeszedł, psy się uśpiły, i coś tam klaszcze za borem
            poszukaj dziury, mój Gatu miły, pod umówionym jaworeeeem...
            • gat45 Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 02.10.17, 09:44
              W końcu zabrałam się jednak do tej roboty i nadal w niej tkwię. Bo lało i o ławeczce pod jaworem nie było co marzyć. Teraz już ją chyba skończę [tę robotę znaczy] i dopiero potem, z miłym uczuciem ulgi, zabiorę się za lekturę Twojej opowiastki.
              Tak więc pamiętam o Tobie i o szukaniu dziury w całym ! Obiecuję solennie i wracam do ukochanych zajęć :(.
    • rosa_huberman Krytczne spojrzenie Rosy... 01.10.17, 21:42
      pi.asia napisała:

      > Jako że tematy Jeżycjadowe ulegają powoli wyczerpaniu, a pojawiają się fanfiki

      Dodam jeszcze drobne post scrpptum. Otóż mnie zarzucacie rozmaite nieścisłości, a co miałaś na myśli Ty jako autorka pisząc powyższwe wprowadzenie? Gdyż dostrzegam pewną niekonsekwencję. Na czym ona polega? Otoż sama oddałaś do oceny fanfik o bohaterach Ani z Zielonego Wzgórza, który chcesz posłać znajomym, prawda? Przyznałaś się, że do zawirowań czasu-przestrzennych, wymieszania bohaterów prawdziwych z tymi książkowymi Bardzo przepraszam, ale po uwagach nasunęło mi się proste pytanie, czy mnie nie wolno było zrobić czegoś podobnego? Zasady obowiązują, tylko wybranych członków jakiegoś grona? Choćby napisali krwawy, wypełniony wampirami romans wplątując we wszystko Borejków? Czytałam twórczość inspirowaną Jeżycjadą i była wypełniona rozmaitymi absurdalnymi Jakoś nie śmiał czynić czynić zarzutów autorom. Ba, jeden, nawet obrażał w jakiś sposób autorkę. „Spotkanie Gaby z MM".Kolejny przykład groteskowy fanfik nawiązujący do McDusi Ukazano tam makabryczną wizję smażenia Ziutka w wannie Podejrzewani, iż gdyby Pani Musierowicz rzeczywiście zaglądała na forum ESD znalazłaby kilka powodów by przygotować pozew ze swoim prawnikiem Nikt jednak nie leci do niej na skargę, bo musiałby oskarżyć co najmniej połowę ludności miast i wsi. Potraficie udzielić sensownej, wyważonej odpowiedzi, bo może czegoś nie ogarniam? Na przyszłość zastanówcie się, czy to nie odstraszy nowych użytkowników forum, bo mnie trochę zniechęciło. Nie, krytyka, ataki chłód, nacechowany wyższością.
      • pi.asia Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 01.10.17, 22:53
        Twój fanfik jest przede wszystkim napisany fatalną polszczyzną, z pominięciem zasad interpunkcji, ortografii, gramatyki i logiki. Co ma do tego korzystanie z czyjegoś laptopa - dalibóg nie wiem. Czy na cudzym laptopie nie trzeba dbać o poprawną pisownię?
        W moim opowiadaniu, napisanym specjalnie dla konkretnej osoby, istotnie pojawia się postać nieżyjącej już pisarki. Tyle, że Lucy Maud Montgomery naprawdę pracowała na poczcie i wysyłała do różnych pism swoje opowiadania. Gdybym ni z gruchy ni z pietruchy umieściła ją np. w obozie koncentracyjnym w Polsce, byłoby to co najmniej dziwne, niesmaczne i nie na miejscu. Gdybym na tej poczcie umieściła faks albo komputer - też byłoby to dziwne.
        Poza tym WSZYSCY moi bohaterowie, choć pochodzą z różnych epok, spotykają się w miejscu, w którym każde z nich - czy wymyśleni Blythe'owie, czy LMM, czy wreszcie państwo Milewscy - żyją i mieszkają (bądź żyli i mieszkali). I są ze sobą powiązani na wiele sposobów. Mieszkańcy Złotego Brzegu zostali stworzeni przez LMM, której śladami podąża Bernadette. A Nadia przyjaźni się z Rillą, dziewczynką, która dostała imię po książkowej bohaterce Rilli Blythe ze Złotego Brzegu. Bernadette z kolei przyjaźni się z dalekimi krewnymi LMM. Nadia oprowadza turystów po muzeum poświęconym pisarce. Centrum tej grupy stanowi właśnie pani Maud. Oni się po prostu w pewien sposób ZNAJĄ. Do głowy by mi nie przyszło, żeby do tego grona dołączyć np. Zbigniewa Wodeckiego czy kardynała Richelieu, tylko dlatego że pisałam pracę na ich temat! Byliby tam po prostu absolutnie nie na miejscu.

        • dakota77 Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 05.10.17, 15:40
          Tak sie zastanawiam. Czemu dziewczynki do L.M.M. zwracaja sie pani Maud, po imieniu? To raczej niestosowne w ich wiemu :)
          • pi.asia Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 05.10.17, 22:41
            dakota77 napisała:

            > Tak sie zastanawiam. Czemu dziewczynki do L.M.M. zwracaja sie pani Maud, po imi
            > eniu? To raczej niestosowne w ich wiemu :)

            Masz rację! W "Dolinie Tęczy" dziewczynki zwracają się do dorosłych kobiet po nazwisku: pani Elliot, panno West. Muszę to poprawić. Dziękuję za cenne zwrócenie uwagi.

            Shirleya też poprawię.
            Sama znalazłam tez jedno przeoczenie - opisując rodzinne podchody względem sekretarzyka napisałam, że teraz należał on do Rilli, a miałam na myśli Nadię.

            Pytanie za sto punktów - Lucy Maud była panią czy panną Montgomery?
            • tt-tka Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 05.10.17, 23:07
              De domo Montgomery, wg wiki. Zamezna za (przepraszam) McDonaldem.
              • tt-tka Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 05.10.17, 23:11
                tt-tka napisała:

                > De domo Montgomery, wg wiki. Zamezna za (przepraszam) McDonaldem.

                Sorry. On sie nazywal Macdonald. Ewen Macdonald.
                • ciotka_scholastyka Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 06.10.17, 09:13
                  tt-tka napisała:


                  > Sorry. On sie nazywal Macdonald. Ewen Macdonald.

                  Ewan ;)
                  • tt-tka Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 06.10.17, 09:53
                    Co za klopotliwy facet, a to nazwisko placze, a to imie...
                    No dobra, ja naplatalam, ale to i tak przez niego, psze paniom !

                    EwAn Macdonald, EwAn Macdonald, EwAn Macdonald...
              • pi.asia Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 05.10.17, 23:17
                tt-tka napisała:

                > De domo Montgomery, wg wiki. Zamezna za (przepraszam) McDonaldem.

                Dzięki. No to jest zagwozdka. Książki publikowała pod panieńskim nazwiskiem, będąc już mężatką. W takim razie dziewczynki powinny się do niej zwracać "pani Montgomery" czy "panno Montgomery"?
                • tt-tka Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 05.10.17, 23:32
                  Pani, wydaje mi sie.
                • iwoniaw Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 06.10.17, 00:36
                  Moim zdaniem powinny mówić "pani Macdonald'. ;-)
                  • dakota77 Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 06.10.17, 04:47
                    Tez sadze, ze dla otoczenia LMM byla pania Macdonald, niezaleznie od nazwiska, pod ktorym wydawala ksiazki. Trudno mi wyobrazic sobie, zeby osobe, o ktorej wiadomo, ze jest mezatka, ktokolwiek tytulowal panna.

                    Dzieci mowiace do niej pani Maud trzeba poprawic koniecznie. raz, ze to brak szacunku, dwa, ze po angielsku tak sie nie robi ;)
                    • pi.asia Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 06.10.17, 09:09
                      Dakoto, solennie obiecuję i przyrzekam (pada na klęczki i wali się w pierś łabędzią, aż echo idzie po okolicy) że poprawię! poszperałam wczoraj w książkach LMM i rzeczywiście, wszędzie dzieci zwracają się do dorosłych w taki właśnie sposób: panno West, pani Ellioth, pani Blythe.

                      Trochę mnie zmartwiło, że kobieta pracująca na poczcie musi być określana mianem "pani MacDonald", bo w pierwszej chwili trudno skojarzyć to nazwisko z pisarką, a poza tym zamężna Maud nie pracowała na poczcie. Jednak niebiosa były dla mnie łaskawe - "Ania z Zielonego Wzgórza" została wydana w 1908 roku, a LMM wyszła za MacDonalda trzy lata później. Pierwszą notatkę o dziewczynce z sierocińca Maud zapisała w swym dzienniku w roku 1905. Wtedy mieszkała w Cavendish (powieściowe Avonlea) i pracowała na poczcie. Tak więc wszystko idealnie się zgadza, a Nadia i Rilla śmiało mogą mówić do niej "panno Montgomery", zaś ich matki - "panno Maud".

                      Co jednak znaczy dobra redakcja! :)
                      • dakota77 Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 06.10.17, 16:29
                        Rodzice dziewczynek tez powinni zwracac sie do LMM miss Montgomery :) Miss Maud mogloby sie pojawic na poludniu Stanow, ale to i tak regionalizm, a nie typowa forma.
        • rosa_huberman Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 06.10.17, 18:20
          Najwidoczniej jesteś doskonałą polonistką. Większość pisarzy, którzy zajmują się amatorską twórczością korzysta z pomocy, tak zwanych bet, bo mają podobne problemy. Ja takiej osoby jeszcze nie znalazłam. Musierowicz pisze od lat, a przyznaje się, że popełnia masę błędów i gdyby nie profesjonalna korekta pewnie też nigdy nie odważyłaby się niczego wydać. W moim przypadku ogranicza mnie choroba. Zaczynałam od nagrywania wymyślonych historii o sobie na dyktafonie. Stąd nie rozumiem nadal waszej oceny. Usiłujesz jedynie udowodnić, że macie racje i jesteście nieomylne, a cała reszta to głupole. Nigdy by mi nie przyszło na myśl wydawać opinie o osobie, której kompletnie anonimowej osobie. Nie znasz miuch przeżyć, ani emocji , a pozory mogą mylić, wiesz? Nie widzę powodów, by bawić się w uprzejmości, skoro ktoś traktuje mnie jako gorszą jednostkę. Aha w takim razie połowa pisarzy, aktorów i twórców siedziałaby w więzieniu, bo poniekąd wszystko opiera się na przekształcaniu konwencji, rzeczy od dawna istniejących. Chmielewska w swoi9ch powieściach przywoływała, na przykład Cyrankiewicza , nawet używała prawdziwych danych swoich znajomych. Alicja Hansen, Leszek Krzyżanowski i tak dalej. Jeżycjadzie to samo dotyczy Dmuchawca Został stworzony na zasadzie połączenia cech dwóch nauczycieli autorki. Były też wspomnienia o profesorze Raszewskim, o ile dobrze pamiętam. Dlatego wciąż nie widzę nic złego w umieszczeniu u siebie rotmistrza Pileckiego. Tym bardziej, że nie obraziłam go w żaden sposób. Też pozostał we właściwych realiach Zwyczajnie pewne wydarzenie przedstawiłam inaczej. Rzeczywistość w powieściach czasami łączy się z fikcją. Zresztą on trafił do obozu jako dobrowolny więzień pod przybranym nazwiskiem, Tomasz Serafiński. Po wojnie doszło do spotkania obu panów. Padły tam jakieś pretensje czy zastrzeżenia i na tym przestali. Chyba umieli się nawzajem zrozumieć. Czego od Was raczej nie powinnam się spodziewać, szkoda. Zajrzałam na forum bardziej z ciekawości i skorzystałam z okazji, żeby wyjaśnić poglądy na ten temat.
          • gat45 Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 06.10.17, 18:46
            Zwróć uwagę, że NIKT nie oceniał tu Ciebie jako osoby. Wszystkie komentarze dotyczyły li tylko jakości zaprezentowanego nam tekstu.
            I jeszcze jedna uwaga : weszłaś na to forum z krytyką nicka Diany na ustach. Że zbyt ostentacyjnie obnosi się ze swoją niepełnosprawnością. Podczas gdy innym to nie przeszkadzało ; zostało przyjęte do wiadomości i już. A co w takim razie powiedzieć o Tobie ? Posługujesz się swoja chorobą - walisz nią jak obuchem, a jednocześnie chowasz się za nią. Taka uniwersalna broń zaczepno-odporna. Wybacz, ale z osobą o takim podejściu do sprawy ja nie potrafię dyskutować. Zdecyduj się, czy chcesz być traktowana normalnie, czy jak ktoś, kto ma prawo domagać się taryfy ulgowej. Twój wybór.
          • tt-tka Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 06.10.17, 19:34
            Rosa, wlasnie widac, ze nie rozumiesz. Nie oceniano Ciebie, tylko to, co napisalas. A napisalas rzecz wyjatkowo idiotyczna i w dodatku zrobilas to nieudolnie.
            Nie mam na mysli Pileckiego, tylko caloksztalt, dla scislosci. Choc podpieranie sie znanym nazwiskiem jest... niesmaczne ? Tresc tego nie usprawiedliwia, Pileckiego w tym opowiadaniu mogl z powodzeniem zastapic dowolny konspirator.
            • gat45 Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 06.10.17, 19:44
              pssssst.... prywata do Tetetki !
              Zaglądasz na pocztę ?
              • tt-tka Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 06.10.17, 19:46
                Na tt-tkowa nie, pisalam (na forumku), ze stracilam do niej dostep po tym, jak mi kompa zawirusowalo. Moze odzyskam, jak sie fachman objawi.
                Napisz na gazetowa, pliz
                • tt-tka Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 06.10.17, 19:48
                  tt-tka napisała:

                  > Na tt-tkowa nie, pisalam (na forumku), ze stracilam do niej dostep po tym, jak
                  > mi kompa zawirusowalo. Moze odzyskam, jak sie fachman objawi.
                  > Napisz na gazetowa, pliz


                  Znaczy na tt-tkowa na wirtualnej nie !
                  tt-tkowa gazetowa funkcjonuje.
      • tt-tka Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 01.10.17, 23:15
        rosa_huberman napisała:

        Potraficie u
        > dzielić sensownej, wyważonej odpowiedzi, bo może czegoś nie ogarniam?

        Potrafimy. Zamiescic mozna wszystko, choc ze wzgledu na to, ze forum jest tematyczne, zwykle sa to rzeczy jakos powiazane z jezycjada. Natomiast to, co zamieszczone, jest oceniane. Dobrze lub zle, w zaleznosci od walorow literackich, humoru, interesujacego zalozenia... Montgomerowskie opowiadanie pi.asi jest po prostu dobrze wymyslone i napisane. Twoje niestety wymyslone jest kiepsko, a napisane bardzo zle, sadzac z fragmentow, z ktorymi sie zapoznalam.
      • emae Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 02.10.17, 09:35
        rosa_huberman napisała:

        > Bardzo przepraszam, ale po uwagach nasunęło mi się proste pytanie, czy mnie nie wolno było zrobić czegoś podobnego?

        Mogłaś, dziewczyno, mogłaś zrobić coś podobnego. Tylko nie umiałaś.

        > Ukazano tam makabryczną wizję smażenia Ziutka w wannie

        Dla mnie ten fanfik również był niestrawny, nie doczytałam go do końca. Z tego co kojarzę, komentarze były dalekie od zachwytów.

        > Potraficie udzielić sensownej, wyważonej odpowiedzi, bo może czegoś nie ogarniam? Na przyszłość zastanówcie się, czy to nie odstraszy nowych użytkowników forum, bo mnie trochę zniechęciło. Nie, krytyka, ataki chłód, nacechowany wyższością.

        Potrafimy. Nie wiem w końcu, pod iloma nickami tutaj występujesz, ale zapewniam, że starałyśmy się być dla Ciebie bardzo miłe.
      • staua Re: Krytczne spojrzenie Rosy... 02.10.17, 13:42
        >>Na przyszłość zastanówcie się, czy to nie odstraszy nowych użytkowników forum, bo mnie trochę zniechęciło. Nie, krytyka, ataki chłód, nacechowany wyższością.

        To nie jest forum komercyjne, nie musi się reklamować ani słodzić potencjalnym nowym użytkownikom... To forum dyskusyjne, na konkretny temat. Użytkownicy są inteligentni i krytyczni. Naprawdę, nikt nikogo nie musi zachęcać do przebywania tutaj. To kwestia osobistego wyboru.
    • aadrianka Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 02.10.17, 09:06
      Pi.asiu, dziękuję, że przedstawiłaś nam Nadię z Błękitnego Księżyca. Upiększyłaś mi poniedziałkowy poranek.
      Myślę, że śmiało możesz wysłać opowiadanie w obecnym kształcie, adresaci z pewnością bez trudu nadążą za zawirowaniami chronologii i aluzjami.
      • pi.asia Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 02.10.17, 10:33
        Dziękuję Ci bardzo za opinię, zwłaszcza tak przychylną ;) A Nadia z Błękitnego Księżyca wygląda tak:

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/fi/gb/v6x4/uahyaQyUnZxDEWYqLX.jpg

        W sumie jest troszkę podobna do Tygryska, tak więc mamy tu nawiązanie do Jeżycjady ;)
        • pi.asia Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 02.10.17, 10:39
          A to zdjęcie było inspiracją do opisania jednego ze snów Nadii, tego o jej biednym stroju i dziwnie ubranej grupie kobiet.
          https://scontent.fwaw3-1.fna.fbcdn.net/v/t1.0-9/21768227_1384946101603757_2004229335087127061_n.png?oh=d05b3dd6d0b2a3f6ecfc8ed7aae6b625&oe=5A3B44A3

          Nadia, pytana o imię, naprawdę odpowiadała: Ania, ale proszę nazywać mnie Kordelią. (ma dziewczyna inteligencję i poczucie humoru)

          Przy okazji zauważyłam swoją pomyłkę - to nie było muzeum LMM, tylko muzeum Ani z Zielonego Wzgórza. Przepraszam za nieścisłość.
          • aadrianka Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 02.10.17, 10:45
            Noo, na tym zdjęciu to Ania wcielona (szczegółów nie jestem w stanie dostrzec, ale z dalekawidać wdzięk i ujmujący uśmiech).
        • aadrianka Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 02.10.17, 10:50
          Rewelacyjna fotografia - świetnie ilustruje opowiadanie, Nadia i jej otoczenie są tu naprawdę ponadczasowe, pasują zarówno do początków XX w., jak i do współczesności.
          • pi.asia Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 02.10.17, 12:03
            aadrianka napisała:

            > Rewelacyjna fotografia - świetnie ilustruje opowiadanie, Nadia i jej otoczenie
            > są tu naprawdę ponadczasowe, pasują zarówno do początków XX w., jak i do współc
            > zesności.
            >
            To zdjęcie mam zamiar umieścić na okładce - też rzuciła mi się w oczy jego ponadczasowość. A w opowiadaniu bardzo pilnowałam, żeby nigdzie nie pojawił się jakiś cud techniki współczesnej :D Oczywiście bardzo dociekliwy czytelnik może się przyczepić ( i będzie miał rację), że książka, o której opowiadał Walter ("Szaman Morski" Karola Olgierda Borchardta) po raz pierwszy została wydana w 1985-ym roku, więc Walter nie miał szans jej przeczytać. Inny dociekliwiec może się dopatrzeć klocków lego, czyli pasji ojca Nadii ("klocki ze specjalnymi wypustkami, dzięki którym budowla się nie rozpada"). Jednak ani tytuł książki, ani jej autor, ani nazwa magicznych klocków nigdzie nie padają, więc w razie zarzutów po prostu będę szła w zaparte ;)
    • minerwamcg Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 03.10.17, 11:21
      Świeeetne! Bardzo fajne, sprawnie napisane, z dużą znajomością pisarskiego warsztatu. Karkołomny na pozór crossover Montgomery z Borchardtem rozegrany koncertowo, gdyby ktoś na Wyspie Księcia Edwarda jakimś cudem przywołał postać Szamana, to byłby to właśnie Walter i właśnie w taki sposób.
      To się czyta. Sny Nadii i LMM obecna realnie wśród stworzonych przez siebie postaci, cały ten "realizm fantastyczny" - wciąga, udało Ci się stworzyć świat, do którego chciałoby się wejść i trochę sobie w nim pobyć, pokręcić się i poprzyglądać.
      Świetne opowiadanie.
      • pi.asia Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 03.10.17, 16:24
        No i co ja teraz mogę napisać? Że tchu mi zabrakło, gdy czytałam Twoją opinię (to prawda!) i że oczy mi zwilgotniały, bo takich zachwytów się nie spodziewałam (to też prawda)?
        "Duża znajomość pisarskiego warsztatu" - tak mnie jeszcze nikt nie skomplementował! Swoją drogą to określenie ma spory ciężar gatunkowy, nie wiem, czy nie nazbyt wielki jak na moje barki ;)
        Pora się przyznać - styl, sposób pisania, a nawet niektóre zwroty wzorowałam na wiedźmińskiej sadze Andrzeja Sapkowskiego, którego proza mnie urzekła i przez osmozę wniknęła w moje szare komórki. Nie jest to więc do końca mój własny styl, tylko modyfikacja jego stylu, z lekkimi naleciałościami LMM, no i - rzecz jasna - także moimi.
        W każdym razie bardzo, bardzo dziękuję za tak pozytywną recenzję :) :*
    • emae Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 04.10.17, 12:55
      Ilekroć widzę tytuł tego wątku, przypomina mi się dowcip o sadyście i masochiście :)

      Masochista: Och tak, bij mnie, dręcz mnie, znęcaj się nade mną!
      Sadysta: NIE.
    • rosynanta Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 05.10.17, 11:14
      Jedyne, co bym poprawiła, to apostrof w imieniu Shirleya (poznasz Shirleya, tak jak Andrzeja). A poza tym jest bosko. I wzruszyłam się <3
    • aadrianka Pi.Asiu! 13.12.17, 09:13
      Opowiadanie, jak widzę na blogu, bardzo się adresatkom spodobało. Ale to było przecież wiadome od początku. Jednakowoż, jakie Ty śliczne bombki robisz!!!
      • pi.asia Re: Pi.Asiu! 15.12.17, 17:23
        aadrianka napisała:

        > Opowiadanie, jak widzę na blogu, bardzo się adresatkom spodobało. Ale to było p
        > rzecież wiadome od początku. Jednakowoż, jakie Ty śliczne bombki robisz!!!
        >
        >
        Ale mnie zaskoczyłaś!
        Weszłam na forum, żeby pochwalić się książką już wydaną na papierze, a tu niespodzianka! Ktoś był na blogu i już to wie!
        Kto nie był i nie wie, niech się dowie, że książkę oprawił mój Chop, któren jest introligator. I adresatce wysłałam nie plik papierów, tylko prawdziwą, ręcznie zszytąksiążkę w twardej oprawie. Wygląda ona tak oto:


        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/fi/gb/v6x4/Lauco9VmKSyhV0baaX.jpg

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/fi/gb/v6x4/D5qeBNv6vbZvHqGSUX.jpg

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/fi/gb/v6x4/LB3lwrsuevvBpbOSZB.jpg

        Ilustracje to zdjęcia obrobione w IrfanView.

        A co do bombek - decoupagem zajmuję się od kilku lat, ze dwa lata temu zakochałam się w robieniu bombek z domkami w środku. Rok temu zrobiłam bombkę z Zielonym Wzgórzem

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/fi/gb/v6x4/KBLGFsQsevWVBGTsQB.jpg

        a także bombki z całymi miasteczkami w środku - kościółkiem, rzeczką, mostkiem...

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/fi/gb/v6x4/EqdBD1zqGsD8yBxzyB.jpg

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/fi/gb/v6x4/2KznZxjk2Y4MVBLNJB.jpg


        A w tym roku posypały się zamówienia na konkretne domki, niektóre diabelnie trudne. Blue Moon, prezentowany na pierwszym zdjęciu, jeszcze nie był najgorszy :) W każdym razie - dziękuję za uznanie :) :*

        • rosa_huberman Re: Pi.Asiu! 19.12.17, 17:29
          Gratuluję wydania książki, Pi, Asiu.
          • pi.asia Re: Pi.Asiu! 19.12.17, 23:04
            Dziękuję!
    • zmija_w_niebieskim Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 29.12.17, 20:57
      Dziękuję, pi.asiu, że mogłam się znowu zanurzyć w atmosferze moich ukochanych książek...nie mam już do nich dostępu, a tak by, chciała jeszcze raz poczytać o tym za drogim kapeluszu Rilli i o dziecku w wazie do zupy...masz talent, kobieto, odtworzyłaś tamten klimat wspaniale!
      • iskrzy_54 Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 29.12.17, 21:15
        nie mam już do nich dostępu...

        Jeśli czytasz po angielsku to Project Gutenberg albo Project Gutenberg Australia ale pewnie po polsku tez można gdzieś poszukać...
        • pi.asia Re: No to i ja zabłysnę. Poznęcajcie się nade mną 29.12.17, 22:58
          Dziękuję, Niebieska Żmijo :)

          Rilla ze Złotego Brzegu jest jak najbardziej dostępna wszędzie. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę. I pdf, i jako książka (na allegro dosłownie za grosze!!!).

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka