zachariasz93
19.05.18, 09:35
Dałam do przeczytania Brulion moim kuzynkom. Obie kochają książki, jedna ma lat 11, a druga 15. Młodsza czyta co popadnie (ostatnio wywlokła mi z regału całą serię R.L. Staina, czy jak się go pisze, tego od "Gęsiej skórki"), starsza przeżywa chwilową fascynację angielskim estetyzmem, więc dzieciaki raczej prawidłowo rozwinięte jak na swój wiek i z zainteresowaniami czytelniczymi. Ad rem, obu Brulion się bardzo spodobał, choć młodsza nie zrozumiała wątku historycznego, ale bez tego też sobie poradziła.
Potem dałam im CZ. I... nadal się podobała, ale już tylko młodszej! Wiadomo, że jeżycjada nie jest dla osób dorosłych, tylko dla młodzieży (choć przy starszych tomach bym się zastanowiła), ale sprawdziło się moje przeczucie, że neoeżycjada już nawet dla nastolatków jest "zbyt dziecinna".
Kolejną kwestią jest to, że starsza z dziewczyn ZWRÓCIŁA UWAGĘ na wątek z Niemcem i dziwny sposób wyboru świadka. Więcej, stwierdziła, że przez tę książkę prześwituje starsza pani, która wypowiada się przez nastolatkę i młodych dorosłych, pouczając ich, a nawet na wstępie krytykując i narzucając pewne postawy. Cytując: "Jakbym oglądała filmik z serii: rzeczy, które robisz źle, ale o tym nie wiesz, a ja ci to uświadomię".
I teraz się zastanawiam: czy jeżycjada ewoluowała na literaturę dziecięcą? Zniknęły niedomówienia, niepokazane wprost wątki, do których trzeba było refleksji. Teraz wszystko jest zmoralizowane, podane na tacy, pełne negatywnych emocji. Jakby nigdy nie było ESD. Jakby też u nastolatków nie było wystarczająco dużo buntu. Trzeba ich jeszcze dodatkowo pouczać? Jeszcze w taki sposób? Chyba nie tak działa inteligentna literatura młodzieżowa z psychologicznym podejściem.