lululemon12
27.05.18, 21:26
Na początek witam się ponownie: kiedyś już coś pisałam, ale tak dawno, że jelitko do cna mi przegniło i ważność straciło.
Do ad remu: w 99,(9) przypadków raz napoczętą książkę kończę, choćbym miała przy tym zgrzytać zębami albo przelatywać tekst tylko po łebkach. Istnieje jednak kilka dzieł (wcale nie dzieu!) przez które przebrnąć nie zdołałam. Nie i już.
Numer jeden: "Przeminęło z wiatrem". Dla porządku, rzecz moim skromnym zdaniem świetna, napisana tak, że smakuje się ją wszystkimi zmysłami, z bohaterami pełnokrwistymi jak komar po obiedzie... I ze Scarlett. Od której kretyńskich wyczynów w końcu trafił mnie ciężki szlag, zatrzasnęłam książkę i przysięgłam, że więcej o przygodach tej idiotki czytać nie będę. Nie dlatego, że jej nie lubiłam: irytowała mnie wprawdzie niemożebnie, ale jednocześnie ujmowała wolą życia i przetrwania. Żeby tylko jeszcze miała w tej ślicznej łepetynie więcej niż dwa niedobite neurony...
Numer dwa [rumieni się ze wstydu]: "Chłopi". Przez Jesień i Zimę przeleciałam jak burza, na Wiośnie mnie zastopowało. Ni stąd, ni zowąd wszyscy bohaterowie jak jeden mąż zaczęli mi działać na nerwy. Jagna, cielę bezwolne impulsami vulvy pchane, taka trochę Pyza, tylko lepiej napisana i z bardziej podkręconym libido... Jej kochaś, żonę i w nadmiarze spłodzone dziatki mający kompletnie w odwłoku, ważne, żeby jemu było dobrze... I tak dalej, aż ciśnienie skacze i czytać hadko.
Znalazłoby się pewnie jeszcze parę pozycji, ale te akurat naprawdę chciałabym skończyć- i nie mogę, no.
Zdarzyło wam się tak z jakimiś książkami? Porzuconymi nie dlatego, że nudne, głupie, źle napisane, ale z powodu irracjonalnego wstrętu wytrącającego je z ręki?