bupu
26.07.20, 12:18
Jak wszyscy pamiętamy z najstarszymi tomami Jeżycjady w ręku można zwiedzać Poznań. Akcja jest umiejscowiona w istniejących lokalizacjach, wszystkie fragmenty Poznania są na właściwych miejscach, takie miłe osadzenie w rzeczywistości. Jednak gdy Jeżycjada przemorfowała w Borejczadę, a następnie wyprowadziła się na wieś, realizm geograficzny odparował jak ręką odjął.
Ostatnie tomy dzieją się w jakiejś baśniowej krainie, w której nazwy geograficzne są przypadkowo całkiem takie same jak w rzeczywistości, ale poza tym nic się nie zgadza. Domostwo Flobrych, na ten przykład, jest wyraźnie mobilne, przesuwając się między Kostrzynem a Pobiedziskami, zależnie od zapotrzebowania autorki. Między Promnem a Poznaniem ciągną się prastare dąbrowy, a pod Kostrzynem wyrasta bór jodłowy w pełni godzien Gór Świętokrzyskich. Łagodne wzgórza pod Promnem nabierają kształtu niemal Beskidów.
Inny kwiatek: Flobre wypożyczają na ślub Józwy i Derotki ławki z kaplicy. Owszem, w parafii Pobiedziska, w okolicach Promna, kaplica istnieje. Jedna, pod wezwaniem, całkiem przypadkowo, św. Józefa.
I wygląda tak.
Nie ma tam zdaje się nawet jednej, najmarniejszej ławki, którą można by pożyczyć. Parafia Kostrzyn z kaplic dysponuje zaś jedynie cmentarną.
Bardzo długo szukałam na mapach poznańskiej uliczki, na której miała mieszkać Agnieszka, bez powodzenia. Takowa po prostu nie istnieje.
Osobiście uważam takie rzeczy za przejaw lenistwa autorskiego. Nie chce się sprawdzić jak jest w rzeczywistości, nie chce się fabuły do tejże rzeczywistości dopasowywać, łatwiej wymyślić własną Nibylandię, w której nad jeziorem Promno rosną wichrowe wzgórza, a dookoła pełne zwierza bory.
Nibylandia musieryczna nie istnieje tylko na planie geograficznym, ale także jeśli chodzi o obraz wsi. Dostajemy oto jakiś sielankowy obrazek wsi niczym z czasów Reymonta, tylko pod grubą warstwą lukru. Wsi na której dwa i pół hektara to bogate włości, a zrzutka do czapki wystarczy, żeby pokryć szkody wynikłe z pożaru pola pszenicy.
Jednakowoż bohaterowie nie funkcjonują na tej wsi jak normalni ludzie, że tak to ujmę. Otóż na wsi wciąż żyje się z sąsiadami blisko. Pożycza się różne rzeczy (i urządzenia rolnicze), pomaga wzajemnie przy grubszych robotach typu zwózka siana, czy inne żniwa, wymienia się z przykładową Nowakową dobrami jadalnymi, my jej kosz grzybów, ona nam owocu z sadu...
Otóż w Borejczadzie tego nie ma. Owszem, dowiadujemy się z CZ że Flobry popełnia prace społeczne, ale brakuje takich zwyczajnych dobrosąsiedzkich stosunków. Ani u Flobrych ani u Rumianków nie znajdziemy w kuchni żadnej kumy, co wpadła na ploteczki przy kawce, a przy okazji gruszków podrzucić, bo obrodziły tak, że nie ma co z nimi robić. Flobry nie leci do sąsiada pożyczyć prasy do słomy i siana (tak na marginesie, wizytujemy Flobrostan w czerwcu, lipcu i sierpniu, a widział tam kto jaki sianokos albo żniwa?), nie targuje się z nikim o cenę słomy dla kuni, nie karmi pracowników najemnych (w moich stronach to rzecz święta jest, wypłacić w piniądzu co się należy, ale i nakarmić, jak bierzemy kogo do roboty na cały dzień, na ten przykład przy sianie), babcie Rumiankowe nie wymieniają się przepisami, ani one ani Pulpet nie działają w Kole Gospodyń Wiejskich...
A skoro już wjechałam na Koło, wieś żyje rozmaitymi gromadnymi przedsięwzięciami. Jest Koło, jest Ochotnicza Straż Pożarna (instytucja bezcenna, bez niej zanim PSP by dojechała ze miasta, niejeden by został z dobytkiem sfajczonym do fundamentów, a może i sam by się sfajczył), są Domy Kultury. Organizuje się dożynki rozmaitego szczebla (gminne, powiatowe, a nawet, ło panie, wojewódzkie), rozmaite imprezy okolicznościowe, festyny, turnieje sportowe, ba, nawet imprezy kulturalne. W rzeczywistości się organizuje, w Borejczadzie ino wróbelki w krzakach ćwierkają, poza tym nie dzieje się nic.
Zresztą małe miasteczka nie gorsze, w moim zakichanym miasteczku powiatowym 35 tysia ludzi odbywają się zawody w street dance na które zjeżdżają ludzie z całej Polski, a nawet zagramanicy, jest festiwal muzyki poważnej, dni cyrku, wystawy fotografii i malarstwa, mnóstwo rozmaitych koncertów, słowem dzieje się na całego i każdy coś znajdzie dla siebie. A bohaterowie Borejczady, mimo deklarowanej miłości do kultury, trwają obróceni do niej sempiterną i nawet wołami ich nie zaciągnie na żadne wydarzenie kulturalne. Nie, żeby było słychać, że tam cokolwiek się odbywało...