Dodaj do ulubionych

Eugeniusz Jedwabiński

24.08.25, 17:37
Pierwszy raz z Eugeniuszem spotykamy się w OwR. Tam jest nerwowym mężem swojej wiecznie spiętej żony i nieobecnym ojcem. Zdarza mu się lepszy nastrój: „Tatuś przynajmniej czasem był wesoły”, ale głównie gdy przebywał poza domem: „Kwadrans po północy w drzwiach zazgrzytał klucz i Ewa Jedwabińska doczekała się wreszcie, pan domu powrócił z zebrania, czy czegoś w tym rodzaju. Stanął w progu wesół, ożywiony i z błyszczącym okiem. Jego twarz pokryta była zdrowym rumieńcem, kołnierz wiosennego palta nonszalancko rozpięty”.

Małżeństwo Jedwabińskich nie było szczęśliwe, oboje nie byli zdolni do głębszego rozumienia swoich potrzeb, nie potrafili okazać uczuć ani sobie nawzajem, ani córce. Pytanie, po co w ogóle brali ślub? „O, tak. Aurelia znała to zdjęcie. Leżało w szufladzie biurka w pokoju mamusi. Ojciec poważny, ubrany w czarny garnitur, prawie niepodobny do siebie, bo szczupły i z wąsem. Mamusia w białym kostiumie i kapelusiku, jak zwykle ładna, jak zwykle zdenerwowana, wpatrywała się wyniośle w obiektyw, ale Aurelia wiedziała, co się zawsze kryło pod tą wyniosłością: strach.”

Kiedy wynika ta straszna sytuacja z ucieczką Aurelii, Eugeniusz mniej boi się o dziecko, bardziej jest zdziwiony i rozczarowany faktem, że jego perfekcyjnie zorganizowana żona tak słabo załatwiła sprawę opieki nad córką – wychodzi bowiem na jaw, że dziewczynka często wałęsała się po mieście samopas. Jest również poirytowany tym, że żona ma jakieś informacje o „znajomych” Aurelii, czyli ludziach, których ich dziecko odwiedza, a on nic o tym nie wie. ”- Ogorzałki! No, ciekawe, czego ja się jeszcze dowiem - rzekł złowróżbnie pan Jedwabiński, patrząc z potępieniem na swą żonę.”

OwR kończy się poprawą stosunków pomiędzy matką a córką, ale czy do tego serdeczniejszego układu dołączył Jedwabiński – nie wiemy. Raczej nie.

Aurelię widzimy jeszcze przelotnie w Noelce (i dowiadujemy się, że coś jest u niej nie tak: „Aurelia ma kłopoty w domu. Nic dziwnego, że wygląda trochę bez humoru”), ale o Eugeniuszu tam nic nie ma. Spotykamy go dopiero w DP, skąd dowiadujemy się, że opuścił żonę i dziecko lata wcześniej i do tego stopnia nie utrzymywał z nimi kontaktu, że nawet nie wiedział, iż Ewa zachorowała na nowotwór.

"-Ach, tak - powiedział Jedwabiński. - Znał ją pan. Wie pan, ja naprawdę nie wiedziałem, że ona choruje. (...) - Wie pan, jak to jest w małżeństwie. Czasami ma się po prostu dość i... (…) Była niesamowicie nerwowa, kłębek nerwów, wie pan. Uciekałem z domu, wie pan, aż wreszcie się wyprowadziłem do... no, tutaj - pan Jedwabiński zatoczył ręką wokół siebie, a jego wzrok wyraził to samo zdziwienie, co przedtem. Jakby się zastanawiał, co on tu właściwie robi. - Pomógłbym jej przecież... ale ona nie chciała.

Moment. Skoro Eugeniusz twierdzi, że Ewa nie chciała pomocy, to jednak musiał się w jakiś sposób z nią kontaktować i tę pomoc oferować. Chyba, że na własny użytek poczynił takie założenie – co świadczyłoby o nim bardzo źle. Z kolei ciężko chora Ewa powinna, moim zdaniem, raczej przyjąć pomoc męża, bo miała przecież na stanie córkę, nastolatkę, sama natomiast przebywała długo w szpitalu i postawa „nic od niego nie chcę, sama sobie poradzę” naprawdę nie miała racji bytu. Aurelia wtedy mieszkała u Kreski i Maćka, obcych w sumie ludzi, z którymi wiązała ją nić sympatii, ale według mnie – raczej jednostronna. Dla Aurelii Kreska i Maciek stanowili wtedy cały jej świat i jedynych bliskich ludzi, natomiast mogę sobie wyobrazić, że oni bez Aurelii mogli się doskonale obyć, tym bardziej, że mieli już małe dzieci*.


* tu bym prosiła o pomoc z osią czasu – kiedy Aurelia mieszkała u Kreski? DP to połowa 1993, minął rok od śmierci Ewy, w czasie tego roku Aurelia mieszkała z Moniką i Eugeniuszem. Czyli do połowy 1992 musiała mieszkać u Dmuchawca i Ogorzałków. W czasie akcji z porodem Kreski nie ma nic na temat przebywania tam Aurelii, ale może ona była akurat w szpitalu u mamy, albo w szkole, a zresztą nikt tego dnia nie miał do niej głowy?
Obserwuj wątek
    • ako17 Re: Eugeniusz Jedwabiński 24.08.25, 17:40
      Po śmierci Ewy, Jedwabiński bierze Aurelię do domu Moniki. „Na pogrzebie pojawił się ojciec - sam oczywiście, bez swojej nowej rodziny. Aurelia widziała go wtedy po raz pierwszy od pięciu lat. Był taki zakłopotany. Spojrzenie umykało mu w bok, jakby je kto przeciągał na niewidzialnym sznureczku. Aurelia, której łatwo udzielały się nastroje, i tym razem przejęła zakłopotanie ojca. Speszyła się na dobre i właściwie do dziś jej to uczucie nie minęło. Ojciec wtedy tak się zaczerwienił, że aż mu łzy stanęły w oczach.
      - Spakuj się - powiedział, patrząc w bok. - Pojedziesz do... do... do mnie. Do... do nas. Do, hm, do domu.
      I pojechała, co miała zrobić. Dokąd miała pójść”.

      Jak wiemy, drugi związek Eugeniusza też nie okazał się szczęśliwy. Gdy odwiedza go w domu pan Jankowiak, przynosząc świadectwo Aurelii, Monika otwiera wkurzona: „Wyglądało na to, że się właśnie pokłócili i teraz ona na złość jemu wychodzi”.

      Eugeniusz natomiast zupełnie nie przejął się faktem, że ma córkę pod dachem. Nie zadbał w żaden sposób o jej samopoczucie, czy socjalizację w nowym miejscu. „Aurelia nie miała odwagi podejść do niego. Nigdy nie umiała rozmawiać z ojcem, zbyt się bała jego wybuchów gniewu - zawsze nie do przewidzenia i nie do pojęcia. Teraz zaś zbliżyć się do niego tym bardziej nie potrafiła. Miała wrażenie, że wszystkim tu przeszkadza i wszystkich irytuje. Na widok ojca uciekała po prostu do swego pokoiku na piętrze, położonego tuż obok strychu”.

      Wraz z Moniką urządzili jej pokoik, żeby miała się gdzie podziać (ale nie był zbyt wygodny) i przestali się nią zajmować. No cóż, o ile ostatecznie Monikę mogę próbować usprawiedliwić, bo Aurelia sama była wobec niej zdystansowana, o tyle Eugeniusza nie mogę zrozumieć zupełnie. Stracił 5 lat z córką, najwyraźniej za nią nie tęsknił, ale skoro ją miał pod dachem, to mógłby chociaż pomyśleć, że dziecku, które przeżyło taką straszną traumę, które miesiącami samo widziało, jak matka umiera, należałoby okazać jakieś zainteresowanie? Czy tak potwornie zżerało go poczucie winy? Czy miał aż taką blokadę na uczucia i kontakt z innymi ludźmi?
      • ako17 Re: Eugeniusz Jedwabiński 24.08.25, 17:46
        Pan Jankowiak, po pierwszym kontakcie, ocenia Eugeniusza bardzo krytycznie i ma do tego podstawy. Jedwabiński skarży się na Ewę, krytykuje – przed obcym człowiekiem – swoją matkę, wybucha gniewem na pytanie o Aurelię:

        „Jedwabiński spojrzał na niego z wściekłością tymi zaczerwienionymi oczami i wrzasnął jak wariat:
        Nie!!! Właśnie, że jej nie ma!!! Rocznica śmierci, myślałem, że pójdziemy razem na cmentarz i wreszcie porozmawiamy jak człowiek z człowiekiem - a moja córka gdzie jest, jak pan myśli?! Pojechała do mojej matki! Do Pobiedzisk!”

        Niby, przepraszam, na jakiej podstawie Eugeniusz myślał, że właśnie tego dnia porozmawia z córką jak człowiek z człowiekiem? Dlaczego akurat w rocznicę śmierci Ewy? Po roku mieszkania pod jednym dachem???

        Przy kolejnym spotkaniu, Eugeniusz trochę się poprawia i w oczach woźnego i czytelnika: „Źle go ocenił za pierwszym razem. Panie Boże, przecież żaden człowiek nie może być tak całkiem do niczego. Nikt nie ma tylko złej woli. Przecież nawet kiedy człowiek postępuje źle - jeszcze szuka w tym, co robi, jakiegoś dobra. Człowiek jest taki słaby. Ginie bez pomocy drugiego. To dlatego wciąż i wciąż ktoś naokoło woła o ratunek.
        Dziś Jedwabiński woła. A wczoraj wołał on sam”.

        Eugeniusz jest ogromnie poruszony informacją, że Ewa go kochała. Hmmm... tak bardzo w to wątpił, że wolał się wyautować, niż próbować jakoś ratować swój związek? A córkę olał w pakiecie, bo „to nigdy nie było normalne, wesołe dziecko”?

        Odszedł do innej kobiety, bo myślał, że mu z nią będzie lepiej, a jednak wcale lepiej nie było. Z Moniką też nie potrafił się porozumieć, uciekał w pracę, w domu siedział sam i milczał.

        Dalej, w trakcie akcji DP, poprawiają się powoli jego relacje z córką, ale po pierwsze, to ona musiała zrobić pierwszy krok, po drugie, stało się to na odległość – kiedy ona była w Pobiedziskach. Dopiero pod sam koniec przyjechał i zaczął sobie zdawać sprawę z tego, że powinien nawiązać z nią relację. Nie umiał tego zrobić, ale jakoś się postarał.

        Najwyraźniej związek z Moniką nie był dla niego zbyt istotny, skoro niedługo po akcji DP opuścił ją i zamieszkał z córką na Norwida. Jak im się dalej układało, czy znaleźli do siebie drogę – nie wiadomo. Można się spodziewać, że jednak tak. W każdym razie, pozamiatał kolejne 6 lat życia z kolejną kobietą pod dywan.
        Może tak był zajęty odbudową więzi z córką, że nie wyobrażał sobie, aby włączać w to jeszcze partnerkę i "tego okropnego Mariusza".
        • ako17 Re: Eugeniusz Jedwabiński 24.08.25, 17:48
          Czemu on miał takie okropne usposobienie? Matka mówi, że dzieciństwo miał trudne:
          "- Nie miał on wesoło, oj nie... Ja pracowałam na kolei, przy rozładunku wagonów, potem zostałam kucharką w stołówce pracowniczej. Najmowałam się też do prania, a on, bidula, albo u sąsiadek, albo w ogródku sam siedział”.

          No ale, na litość boską, nie on jeden! Po wojnie pełno było sierot, półsierot, i owszem, wielu ludzi miało problem ze sobą, ze swoimi emocjami, z relacjami.

          "- Wszystko go boli. On się wiele nie zmienił od dziecka. Jak był mały, też był taki złośnik. Narozrabiał, napsocił - a potem nie umiał się przyznać do winy, nie umiał przeprosić. Tupał nogami albo się zaciął i nic nie gadał. Do dziś mu to zostało".

          Skąd się biorą tacy ludzie, którzy w żaden sposób nie mogą dorosnąć, wziąć odpowiedzialności za swoje życie?
          Dlaczego Pyziak został dosłownie zmieszany z błotem, dostał gębę przestępcy, buca, alkoholika, a Jedwabiński dostał drugą szansę? Czy dlatego, że Pyziak zostawił cudowną Gabrysię, a Eugeniusz Ewę, której autorka nie lubiła? Obiektywnie, Jedwabińskiego wina jest większa – opuścił żonę i córkę, zostawiając je w trudniejszej sytuacji - same na pastwę losu. Pyziak, przynajmniej, zostawił Gabrielę w otoczeniu rodziny, do której była bardzo przywiązana. Ewa została z córką sama, a gdy zachorowała, Aurelia – dziecko jeszcze – dostała na barki potwornie ciężkie brzemię. Gdzie był wtedy, co sobie myślał jej ojciec? To, że nie wiedział o chorobie żony, zupełnie go nie usprawiedliwia, ponieważ powinien był wiedzieć, do cholery.
          • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 24.08.25, 18:54
            Ja pamietam Marte z tym jej "jak to, jakie mam prawo ? prawo matki mam !" kierowane do ojca dorastajacej corki. Byc moze to ona nie pozwolila Eugeniuszowi dorosnac ?
            • kooreczka Re: Eugeniusz Jedwabiński 24.08.25, 20:09
              W klatce go trzymała i nie pozwoliła.

              W momencie gdy Marta mówi te słowa Eugeniusz ma kilkadziesiąt lat a od co najmniej kilkunastu z nią nie rozmawia. Miał czas, żeby dorosnąć.
              • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 10:16
                kooreczka napisał:

                > W klatce go trzymała i nie pozwoliła.
                >
                > W momencie gdy Marta mówi te słowa Eugeniusz ma kilkadziesiąt lat a od co najmn
                > iej kilkunastu z nią nie rozmawia. Miał czas, żeby dorosnąć.

                Ksztalcil sie (jest "docentem i intelektualista"), a kapital kulturowy z domu mial slaby. Emocjonalny tez. Ojca nie mial, a matke tylko do ustawiania go. I jak nie rozmawial, skoro "mowilam mu, ze ja tej jego Moniki nie pochwalam" ?
                Plus czasy byly inne, psychoterapia nie tak rozpowszechniona i dostepna jak teraz, czterdziesci kat pozniej, inne pojecia, potrzeby i wymagania.
                • przymrozki Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 10:57
                  tt-tka napisała:

                  > a matke tylko do ustawiania go.

                  Przy czym jego jego matka była świadoma źródła jego problemów i zapewne dosyć trafnie opisała syna jako człowieka, który nigdy nie umiał przyznać się do błędu. I to od dziecka. Czyli była uważna i nie była zaślepiona, zapewne miała też dobre intencje.

                  Nie wiadomo, czemu nie wychowywała dziecka lepiej, ale weźmy pod uwagę, że to była zapracowana po kokardę samotna matka, bez wykształcenia i przygotowania pedagogicznego. Na dodatek w czasach, w których mogłaby nie dostać profesjonalnego wsparcia, nawet gdyby wiedziała, że czegoś takiego w ogóle można szukać. Jeżeli w ogóle w okolicy był jakiś psycholog dziecięcy, to chodziło się do niego z dziećmi z traumą wojenną albo problemami, które całkowicie uniemożliwiały dostosowanie się do reguł społecznych. Eugeniusz dobrze się uczył, nie łamał prawa. On "tylko" nie umiał stworzyć żadnej naprawdę głębokiej relacji. No i niestety, ale "w jego czasach" z tym się "po lekarzach" nie chodziło, a w każdym razie nie było to standardem.
            • ako17 Re: Eugeniusz Jedwabiński 24.08.25, 20:50
              tt-tka napisała:

              > Ja pamietam Marte z tym jej "jak to, jakie mam prawo ? prawo matki mam !" kiero
              > wane do ojca dorastajacej corki. Byc moze to ona nie pozwolila Eugeniuszowi dor
              > osnac ?
              >
              Owszem, pani Marta jest zdecydowanie besserwisserką, ale nie jest chyba aż tak dominująca, żeby kompletnie pozbawić syna możliwości oglądu świata i empatii.
              Aurelię jednak traktuje uważnie, nie narzuca jej swojego zdania.
              • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 24.08.25, 21:17
                Da sie byc cudowna babcia, a matka do niczego. Babcia, ktora wobec podrastajacej wnuczki krytykuje partnerke (czy zone, nie pamietam) ojca, a samego ojca ustawia (to tez bylo w obecnosci Aurelii), jest kims bardzo przeszkadzajacym w objawianiu uczuc.
          • subskrybcja Re: Eugeniusz Jedwabiński 24.08.25, 21:25
            ako17 napisała:

            > Czemu on miał takie okropne usposobienie? Matka mówi, że dzieciństwo miał trudn
            > e:
            > "- Nie miał on wesoło, oj nie... Ja pracowałam na kolei, przy rozładunku wagonó
            > w, potem zostałam kucharką w stołówce pracowniczej. Najmowałam się też do prani
            > a, a on, bidula, albo u sąsiadek, albo w ogródku sam siedział”.
            >
            > No ale, na litość boską, nie on jeden! Po wojnie pełno było sierot, półsierot,
            > i owszem, wielu ludzi miało problem ze sobą, ze swoimi emocjami, z relacjami.

            Sama sobie dalej odpowiedziałaś. Bo mu nikt nie pomógł. Teraz by wkroczył psycholog, a jakby któraś z kobiet napisała, że lata z pracy do pracy a dziecko przesiaduje u sąsiadej, zostałaby nazwana wyrodną matką.
            Poza tym sam siedział - pewnie już od najmłodszych lat (w ogrodku na przykład) - teraz by by l krzyk że niedopilnowany,
            I tak dalej. Dzieciakowi nikt wtedy nie ppomógł ajako dorosły - było jak było, choć jestem pewna że on uważał, ze robi wszystko by zapewnić jak najlepsze warunki swojemu dziecku. Aurelia nie musiała sama siedzieć, i chodzić od sasiadów do sąsiadów, bo wykupili jej pobyt z wyżywieniem u Lisieckiej. Miała tam także towarzystwo Jarka i MArka.( to , ze średnio wyszedł ten układ, tego Eugeniusz nie mógł już przewidzieć).

            Co do samego małżeństwa Jedwabińskich, napisze już tu od razu, albo po prostu Ewa była w ciąży i się MUSIELI pobrać. Albo nie była jeszcze w ciąży, to była taka para kilkuletnia i może otoczenie nalegało, że co tak chodzicie i chodzicie ze sobą, pobralibyście się. On na to przystał, Ewa może myslała, ze lata lecą, Eugeniusz ma zawód, dobrą pracę, więc nie ma na co czekać. wątpię, też, że naprawdę chcieli dziecko, bo to wyglądało na to, ze dziecko jest bo jest, na zasadzie, ze wszyscy naokoło mają, to my też, taka jest kolej rzeczy.
        • kooreczka Re: Eugeniusz Jedwabiński 24.08.25, 20:11
          Niby, przepraszam, na jakiej podstawie Eugeniusz myślał, że właśnie tego dnia porozmawia z córką jak człowiek z człowiekiem? Dlaczego akurat w rocznicę śmierci Ewy? Po roku mieszkania pod jednym dachem???

          Na takiej, że na pewno by tak zrobił gdyby ta telepatycznie odgadła o co mu chodzi. Wobec krótkiego wyjazdu córki szansa została zaprzepaszczona raz na zawsze z jej winy i może wrócić spokojnie do nicnierobienia.
      • subskrybcja Re: Eugeniusz Jedwabiński 24.08.25, 21:16
        ako17 napisała:


        iusz natomiast zupełnie nie przejął się faktem, że ma córkę pod dachem. Ni
        > e zadbał w żaden sposób o jej samopoczucie, czy socjalizację w nowym miejscu. „
        > Aurelia nie miała odwagi podejść do niego. Nigdy nie umiała rozmawiać z ojcem,
        > zbyt się bała jego wybuchów gniewu - zawsze nie do przewidzenia i nie do pojęci
        > a. Teraz zaś zbliżyć się do niego tym bardziej nie potrafiła. Miała wrażenie, ż
        > e wszystkim tu przeszkadza i wszystkich irytuje. Na widok ojca uciekała po pros
        > tu do swego pokoiku na piętrze, położonego tuż obok strychu”.
        >
        > Wraz z Moniką urządzili jej pokoik, żeby miała się gdzie podziać (ale nie był z
        > byt wygodny) i przestali się nią zajmować. No cóż, o ile ostatecznie Mon
        > ikę mogę próbować usprawiedliwić, bo Aurelia sama była wobec niej zdystansowana
        > , o tyle Eugeniusza nie mogę zrozumieć zupełnie. Stracił 5 lat z córką, najwyra
        > źniej za nią nie tęsknił, ale skoro ją miał pod dachem, to mógłby chociaż pomyś
        > leć, że dziecku, które przeżyło taką straszną traumę, które miesiącami samo wid

        Aurelia to dziecko lat 70 tych, nastolatką była w pierwszej połowie lat 90tych, wtedy ludzie nie zajmowali się nastolatkami i dziećmi tak jak teraz (wyobrazasz sobie teraz 6 latkę chodzącą z domu do domu na obiadek?).
        A pojęcia traumy nie znał przeciętny człowiek, watpię, by nawet wiedział, ze takie słowo istnieje.
        Dla mnie te sceny były realistycznie opisane.
        Teraz , te 30 lat pózniej mogło byc tak, ze Aurelia przeszłaby przez psyhologa, mogło by sie okazać, ze ma zaburzenia lękowe, albo lekki autyzm, albo i nie, albo jest osobą wysoko wrażliwą (jeszcze 10 lat temu nie było takiego pojęcia)albo i nie, bo "tylko" ma depresję, a może to nie depresja ale żałoba, przechodziłaby terapię, może by nawet dostała jakies leki od psychiatry.
        W tamtych czasach do psychologa szkolnego, czy ogólnie trafiały jedynie szkolne gagatki, co to przeszkadzały na lekcji i pani nie miała nerwów a pedagog miał za zadanie wstrząsnąć delikwentem. Spokojne dzieci, w żałobach, z problemami - były niewidzialne, bo spokojne i jednak dość przyzwoicie się uczyły na swoje nieszczęście.

        Wtedy, w DZP - ojciec wygospodarował jej kącik, masz tu dziecko biurko, szafkę i łóżko, ucz się - i tyle.
        Zauważ, że w tamtych czasach rodzice również nie rozmawiali z dziećmi o uczuciach, tylko o rzeczach codziennych i o szkole. A nie czy dziecko przeżywa coś czy nie. Choć w tym przypadku to było głupie pytanie, bo przecież wiedział, ze przeżywa śmierć Ewy, ale jakoś mine nie dziwi, ze wtedt nie umiał o niej mówić.
        W sumie poziom emocjonalny sam miał 5 latka, to co on mógł więcej zrobić?

        Jakby te sceny działy się w w roku 2025 byłaby creepy, W latach 90tych - zupełnie mnie nie dziwi.
        • ako17 Re: Eugeniusz Jedwabiński 24.08.25, 22:45
          subskrybcja napisała:


          > Aurelia to dziecko lat 70 tych, nastolatką była w pierwszej połowie lat 90tych,
          > wtedy ludzie nie zajmowali się nastolatkami i dziećmi tak jak teraz

          Ten cykl, przynajmniej do pewnego czasu jest właśnie o ludziach, którzy dziećmi i nastolatkami się zajmują. Np. Żaczek rozmawia z Cesią nie tylko o tym co było w szkole, ale też i o jej uczuciach.
          W Kłamczusze ojciec Anieli, chociaż prosty człowiek, zadaje sobie wysiłek przeczytania Hamleta, żeby zyskać płaszczyznę porozumienia z córką.
          Podobnie Mila, w IS, potrafi wyczuć zły nastrój Idy i pomaga jej w uzyskaniu pewności siebie.
          W samym OwR Mila "oddałaby pół życia, żeby wiedzieć, o czym myśli teraz to dziecko (Aurelia)".
          Oczywiście, że teraz jest znacznie większa wrażliwość społeczna i świadomość potrzeb dzieci, ale wtedy, te kilkadziesiąt lat temu było to kwestia osobnicza. Jedni byli bardziej troskliwi i wrażliwi, inni mniej.
          • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 01:19
            Ten cykl jest i o takich ktorzy sie nie zajmuja, lub zajmuja nieumiejetnie.
            Ewa, psycholozka, tez sobie z kontaktami miedzyludzkimi nie radzila, choc miala kierunkowe wyksztalcenie i odpowiednia wiedze.
            • tajna_kryjowka_pyziaka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 10:57
              tt-tka napisała:

              > Ten cykl jest i o takich ktorzy sie nie zajmuja, lub zajmuja nieumiejetnie.
              > Ewa, psycholozka, tez sobie z kontaktami miedzyludzkimi nie radzila, choc miala
              > kierunkowe wyksztalcenie i odpowiednia wiedze.
              >

              Ewa mi wygląda na ten typ osoby, która idzie na psychologię, bo nie rozumie ludzi i mniej lub bardziej świadomie myśli, że tam się tego nauczy. Jej zainteresowanie tematem mogło przebiegać na zasadzie fascynującego badania "obcej cywilizacji" lub też satysfakcji z odnajdywania odpowiedzi na własne traumy. A że była pilną uczennicą, to się dostała.
              • przymrozki Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 11:16
                tajna_kryjowka_pyziaka napisała:

                > A że była
                > pilną uczennicą, to się dostała.

                Wizję Ewy jako uczennicy tylko pilnej (w domyśle - pilnej, ale nie aż tak znowu zdolnej, bo zdolna to, wiadomo, jest Gabrysia) zawdzięczamy wyłącznie Dmuchawcowi. A nawet gdyby uznać, że Dmuch ani nie był uprzedzony do Ewy, ani się nie pomylił w ocenie jej intelektualnego potencjału (przy czym z tego co wiemy o Dmuchawcu, to nie można wykluczyć, że tak właśnie było), to ciągle jest to opinia tylko na podstawie obserwacji jednego nauczyciela, na dodatek nauczyciela jezyka polskiego, a Ewa wszak najwyraźniej specjalizowała się w naukach ścisłych. To mogła być zdolna, ambitna kobieta, która zawiniła tylko tym, że brzydziło ją dotykanie brudnej tablicy i nużyły natchnione tyrady o przeprowadzaniu starszych pań przez ulicę, bo głowę zajmowały jej całki i półprzewodniki.
              • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 11:17
                Polecam, nb nie po raz pierwszy, Ostrowskiej "Miedzy nami niebotyczne gory". Malzenstwo zawarte z milosci, oboje wyksztalceni, pelni najlepszej woli, kochajacy swoje dzieci i chcacy dla nich jak najlepiej, a w rezultacie mamy tam przedsionek piekla. Albo i czelusc.

                PS uwaga, ta ksiazka boli. bardzo.
                • przymrozki Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 11:26
                  tt-tka napisała:

                  > Polecam, nb nie po raz pierwszy, Ostrowskiej "Miedzy nami niebotyczne gory".

                  Nie czytałam, dzięki za polecenie.

                  Ale takich historii musiało być od groma. Przecież za wychowywanie dzieci zabrało się mocno straumatyzowane pokolenie i na dodatek nie bardzo można było przeczekać najgorsze jazdą na autopilocie po koleinach wyżłobionych przez dziadków i pradziadków, bo - z punktu widzenia przeciętnej rodziny - to były zupełnie inne czasy, problemy i wyzwania. Syna docenta w wielkim mieście mogła mieć ledwo co czytająca matka, córka analfabetów ze biednej wsi, w której na przednówku umierało się z głodu.
                  • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 11:38
                    Musialo i bylo. Niemoznosc porozumienia sie, niechec do porozumiewania sie, czasem wrecz wrogosc do sciezki zyciowej dziecka "ty masz sie uczyc i pracowac, na rodzine zarobic, a nie jakies wymysly" abo nawet "krowy pasac a nie na inzyniera mu sie zachcialo", z drugiej strony zderzaly sie calkiem inne tradycje, zwyczaje i pojecia, przykladowo moja matka z wielkomiejskiej rodziny dzialaczy i ojciec, syn malomiasteczkowych chloporobotnikow* i w tym wszystkim bardzo slaba i niczym nie wspierana samowiedza...

                    *jeszcze inna sprawa, ze dla moich rodzicow srodowiskiem, w ktorym sie zetkneli i bytowali byly studia i organizacja mlodziezowa, nie ich rodzinne domy. Ale to roznic w nawykach nie niwelowalo.
                    • przymrozki Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 12:26
                      tt-tka napisała:

                      > i w tym wszystkim bardzo slaba i
                      > niczym nie wspierana samowiedza...

                      I jednocześnie potwierdzone codziennym doświadczeniem przekonanie, że rodzice i dziadkowie albo w ogóle nie potrafią pomóc, albo częściej się mylą, niż mają rację.

                      Niekoniecznie zawsze w tym sensie, że starsze pokolenie było ciemne i niepostępowe. Najbardziej nawet otwarci i kochający małorolni chłopi spod Jasła czy Słupska nie umieli przygotować dziecka na trudności związane z karierą wielkomiejskiego inteligenta w instytucie naukowym. Inne środowisko, inne zasady, inne wartości, zupełnie inny system odniesień i miary sukcesu. Nie mogli nauczyć, bo sami przecież nie umieli.

                      A w tym wszystkim jeszcze zmiany obyczajowe. To niepochwalanie Moniki przez Martę to przecież - najpewniej - był ogólny sprzeciw wobec rozwodów, a nie uczciwa ocena, że syn rozstał się z żoną zupełnie bez klasy i porzucił dziecko jak ostatni patus.
                      • subskrybcja Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 12:37
                        przymrozki napisała:


                        > A w tym wszystkim jeszcze zmiany obyczajowe. To niepochwalanie Moniki przez Mar
                        > tę to przecież - najpewniej - był ogólny sprzeciw wobec rozwodów, a nie uczciwa
                        > ocena, że syn rozstał się z żoną zupełnie bez klasy i porzucił dziecko jak ost
                        > atni patus.

                        Zakład, ze babcia nie wiedziała nawet dokładnie jakie to było małżeństwo, potem jaki był związek Eugeniusza z Moniką i w końcy gdzie w tym wszystkim była Aurelia. I zakład, ze babcia nie rozmyslała o tym jakoś specjalnie na co dzień, po prostu uznała, ze syn założył rodzinę w miescie, mieszka tam od lat, wnuczka prawie dorosła - to jakos tam żyją, jedynie co, to brakowało jej częstszego kontaktu. A że wtedy nie było komórek czy internetu, to kontakt był naprawde sporadyczny.

                      • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 12:51
                        przymrozki napisała:


                        > I jednocześnie potwierdzone codziennym doświadczeniem przekonanie, że rodzice i
                        > dziadkowie albo w ogóle nie potrafią pomóc, albo częściej się mylą, niż mają r
                        > ację.
                        >
                        > Niekoniecznie zawsze w tym sensie, że starsze pokolenie było ciemne i niepostęp
                        > owe.

                        Ja mialam na mysli samowiedze doroslych dzieci, a nie ich rodzicow czy dziadkow...

                        > Najbardziej nawet otwarci i kochający małorolni chłopi spod Jasła czy Słu
                        > pska nie umieli przygotować dziecka na trudności związane z karierą wielkomiejs
                        > kiego inteligenta w instytucie naukowym. Inne środowisko, inne zasady, inne war
                        > tości, zupełnie inny system odniesień i miary sukcesu. Nie mogli nauczyć, bo sa
                        > mi przecież nie umieli.

                        Odwolam sie do moich rodzinnych doswiadczen :) - babcia ze strony ojca, matka siedmiorga zywych (9 w sumie) dzieci nie miala tego wszystkiego, co jej dzieciom mogloby dopomoc w karierze, miala za to twarde i twardo egzekwowane przekonanie, ze maja sie uczyc i jej obowiazkiem jest to zapewnic. Wyksztalcenie, praca i finito. Sercem to ona obdzielala, akceptowala bez zastrzezen kazdego wybranka/ke dziecka i przyjmowala jak swoje, moja mama jedynaczka tesciowa i szwagrow kochala z calej sily i rodzine ojca lubila bardziej niz on sam.

                        tatus odpowiedzialnosc za rodzine, to ze w domu ma co robic (i nie jest to "pomaganie zonie") i obowiazek zajmowania sie dziecmi z domu rodzinnego wyniosl - ale np okazywania uczuc niekoniecznie sie nauczyl. Kochal nas, dbal o nas, ale prezent gwiazdkowy dla mamy (swojej zony) to pierwszy raz w zyciu zrobil, kiedy ja dobijalam szesnastki. Nie ze skapil, nie przyszlo mu to do glowy wczesniej, bo Mikolaj jest dla dzieci, a nie dla doroslych (czemu wtedy przyszlo, nie wiem i zaluje, ze nie dopytalam), a mamam niby rozumiala, ale bolala. Sama sobie kupowala prezent, zeby dzieciom nie bylo przykro, ze prezentodawca zapomnial o mamusi...

                        >
                        > A w tym wszystkim jeszcze zmiany obyczajowe. To niepochwalanie Moniki przez Mar
                        > tę to przecież - najpewniej - był ogólny sprzeciw wobec rozwodów, a nie uczciwa
                        > ocena, że syn rozstał się z żoną zupełnie bez klasy i porzucił dziecko jak ost
                        > atni patus.

                        A to ostatnie akurat wpisuje sie w pojecia MM, a nie ogolu - rozwiedziony maz z automatu przestaje byc rodzicem, a czy on sie wyautowal z ojcostwa, czy jego wyautowano przestaje byc wazne bo jest (dla MM) oczywistoscia taka, jak sroda po wtorku.
                        Zreszta jak pamietam moje nastoletnie lektury, ten trend dominowal, "byly ojciec" nawet jak alimentowal, to traktowal to jako narzedzie kontroli "na wasze potrzeby bede lozyc i daje mi to prawo do kontrolowania i stawiania wymagan" Jackiewiczowa, siostra zdradzonej zony "tylko nie daj sie wykiwac, na to mieszkanie pracowaliscie oboje, niech zamieni na dwa mniejsze - nie, nic od niego nie potrzebuje, nic od niego nie chce" Platowna - rozwod rzeczywiscie traktowano jako sprawe miedzy doroslymi, dzieci i ich potrzeby, poza ewentualnie materialnymi, na jakims bardzo dalekim planie.

                        to sa dzieje sprzed polwiecza, prehistoria nieomal, ale przypominam, ze dzialalnosc Marii Lopatkowej, komitet obrony praw dziecka, pierwsze trybunaly dzieciece to druga polowa lat 70-tych i to poczatkowo traktowana przez znaczna czesc spoleczenstwa jako fanaberia, dziwactwo, cos zbednego
          • subskrybcja Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 12:17
            ako17 napisała:

            > Ten cykl, przynajmniej do pewnego czasu jest właśnie o ludziach, którzy dziećmi
            > i nastolatkami się zajmują. Np. Żaczek rozmawia z Cesią nie tylko o tym co był
            > o w szkole, ale też i o jej uczuciach.
            > W Kłamczusze ojciec Anieli, chociaż prosty człowiek, zadaje sobie wysiłek przec
            > zytania Hamleta, żeby zyskać płaszczyznę porozumienia z córką.
            > Podobnie Mila, w IS, potrafi wyczuć zły nastrój Idy i pomaga jej w uzyskaniu pe
            > wności siebie.
            > W samym OwR Mila "oddałaby pół życia, żeby wiedzieć, o czym myśli teraz to dzie
            > cko (Aurelia)".
            > Oczywiście, że teraz jest znacznie większa wrażliwość społeczna i świadomość po
            > trzeb dzieci, ale wtedy, te kilkadziesiąt lat temu było to kwestia osobnicza. J
            > edni byli bardziej troskliwi i wrażliwi, inni mniej.

            No nie wiem. Żaczek rozmawia niby z Córką o uczuciach, ale jednocześnie Cesia w pewnym momencie nie ma sie gdzie uczyć , bo jej siostra sprowadza do nich koleżanke z noworodkiem, szlachetne to, ale kosztem własnej siostry, która na dodatek staje się kąpielowa noworodka. Teraz to by nie przeszło.
            Jakby na forum taka Julia napisała, że mają takie i takie warunki mieszkaniowe, meszkają razem rodzice , ona i jej młodsza siostra, dziadek i siostra ojca z dzieckiem i on, Julia zaproponowałaby swojej koleżance z roku, która urodziła dziecko, aby z nimi zamieszkała, a jej siostra licealistka, wygospodaruje sobie jakiś kącik do nauki na górze - dziś byłoby to odebrane bardzośrednio.

            A Mila zastanawia się, o czym myśli Aurelia, ale jednak nie reaguje, gdy kolejny raz dziewczynka bywa u nich na obiedzia i sama chodzi od domu do domu.


            • ako17 Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 13:37
              subskrybcja napisała:


              > No nie wiem. Żaczek rozmawia niby z Córką o uczuciach, ale jednocześnie Cesia w
              > pewnym momencie nie ma sie gdzie uczyć , bo jej siostra sprowadza do nich kole
              > żanke z noworodkiem, szlachetne to, ale kosztem własnej siostry, która na dodat
              > ek staje się kąpielowa noworodka. Teraz to by nie przeszło.

              To mnie i wtedy oburzało, a najgorzej wkurzyła mnie mama Żakowa, gdy nie mogła się rozstać z małą Irenką, i mimo że Krystyna z Wojtkiem i malutką mieli już gdzie zamieszkać, jednak zaproponowała im dalszy pobyt na Słowackiego. Fakt, że obce niemowlę było jej bliższe niż własna córka, która literalnie nie miała się gdzie podziać, zawsze mnie dziwił. Rozumiem nagłe przyjęcie Krystyny pod dach, kiedy to naprawdę nie miała gdzie przenocować - trudno, siła wyższa, jakoś się przemęczymy w imię stosunków międzyludzkich.
              I fakt, że przybycie Krystyny i urodzenie się Irenki najbardziej dało w kość Cesi.

              > A Mila zastanawia się, o czym myśli Aurelia, ale jednak nie reaguje, gdy kolejn
              > y raz dziewczynka bywa u nich na obiedzia i sama chodzi od domu do domu.

              A jednak to właśnie Mila doprowadza ostatecznie do pojednania Ewy z córką, odprowadza Aurelię do domu, dodaje jej otuchy, zapewnia, że mama ją kocha a następnie odbywa z Ewą rozmowę, która, jak rozumiem, chociaż trochę pomogła Ewie porozumieć się z dzieckiem.
              • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 13:48
                Mila odprowadza Aurelie ? mozna prosic o cytata, bo nie przypominam sobie takiej sceny, pamietam jakos, ze Aurelii nikt nigdy nie odprowadza...
                • przymrozki Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 14:18
                  tt-tka napisała:

                  > Mila odprowadza Aurelie ? mozna prosic o cytata, bo nie przypominam sobie takie
                  > j sceny, pamietam jakos, ze Aurelii nikt nigdy nie odprowadza...

                  - Odprowadzę cię teraz do domu - powiedziała pani Borejkowa, kiedy Genowefa zjadła już kolację (...)
                  - Nie! - padła stanowcza odpowiedź (...) Pani Borejko nacisnęła dzwonek i całe szczęście, że jednak przez cały czas trzymała rękę Aurelii, bo dziewczynce było jakoś raźniej. Drzwi otworzyła mamusia, dziwnie potargana i aż westchnęła widząc Aurelię. Nie powiedziała ani słowa. I wcale nie krzyczała. Oparła się tylko o ścianę i patrzyła to na córkę, to na panią Borejkową, wreszcie osunęła się na stołeczek, westchnęła i powiedziała:
                  - No, jesteś. Jesteś. Pocałuj mnie, Aurelio.
                  Jak zawsze. Ale tym razem nie podeszła posłusznie do mamy i nie cmoknęła jej w policzek. Nie. Stała bez ruchu, z uporem spuszczając głowę i czubkiem bucika kopała rytmicznie listwę przy parkiecie. Pani Borejkowa zaczęła coś wesoło mówić i uratowała sytuację - wszystkie trzy przeszły do pokoju mamy, pani Borejko zachwycała się urządzeniem mieszkania



                  • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 14:25
                    A rzeczywiscie. Czemu zapamietalam Aurelie nigdy nie odprowadzana ?

                    nie moge tej sceny umiejscowic w czasie - to bylo juz po wyrzuceniu Pieska i dramatycznym szukaniu Genowefy przez Ewe czy przed ?
                    • przymrozki Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 14:49
                      tt-tka napisała:

                      > nie moge tej sceny umiejscowic w czasie - to bylo juz po wyrzuceniu Pieska i dr
                      > amatycznym szukaniu Genowefy przez Ewe czy przed ?

                      To już był ostatni rozdział.

                      Ewa w poszukiwaniu zaginionej córki gania po Roosevelta jak Fryderyk z pęcherzem, a Mila obiecuje jej, że odprowadzi Aurelię do domu. Ewa wraca do domu i czeka. Mila wywiązuje się z obietnicy.
                      • ako17 Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 17:58
                        przymrozki napisała:

                        > Ewa w poszukiwaniu zaginionej córki gania po Roosevelta jak Fryderyk z pęcherze
                        > m,

                        Kiedy to Fryderyk ganiał (z pęcherzem lub bez)? Chodzi o pracę w USA na uczelni + na jachcie i stacji benzynowej?
                        Czy już w CP, gdy usiłował się porozumieć z Różą i zobaczyć swą córkę, co uniemożliwiał mu Ignacy Borejko?
                        • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 18:14
                          Wtedy po powrocie, kiedy ganial za praca. I Bupu, i ja osobiscie napisalysmy, ze ganial za ta robota jak kot z pecherzem, co nb Przymrozki zlekcewazyla "kogo obchodzi pecherz Fryca" :)
                        • przymrozki Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 18:31
                          ako17 napisała:

                          > Kiedy to Fryderyk ganiał (z pęcherzem lub bez)?

                          W Czarnej polewce miał miejsce następujący przezabawny dialog, w którym ukryty był humor, a żart skrzył się jak kopiec mrówek

                          Wzburzył się Fryderyk tracąc z lekka swe dotychczasowe opanowanie - Ja jej [tzn. Róży - uwaga własna] nie porzucam, wręcz przeciwnie! Latam jak kot z pęcherzem, załatwiam pracę, szukam kredytu...
                          - Młody człowieku, a cóż mnie obchodzi twój pęcherz! - przerwał mu zirytowany dziadek
                          • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 18:35
                            Najdrozsza/e Przymrozki !
                            W pierwszych slowach mojego listu zawiadamiam, ze Twoje slowa czytam z uwaga i zapamietuje.
                            W drugich uprzejmie informuje, ze co do slow dziada Boreja mam wrecz odwrotnie. Sorry, ja nie Borejko.
                            Pozostaje etc tt-tka
                            • przymrozki Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 18:40
                              tt-tka napisała:

                              > Najdrozsza/e Przymrozki !
                              > W pierwszych slowach mojego listu zawiadamiam, ze Twoje slowa czytam z uwaga i
                              > zapamietuje.

                              A dziękuję, dziękuję. Widać będę musiała bardzieć uważać, co piszę.

                              > W drugich uprzejmie informuje, ze co do slow dziada Boreja mam wrecz odwrotnie.

                              A to akurat zrozumiałe. Te słowa Borejki zapamiętałam wyłącznie z wrodzonej słabości do słabych wiców.
                              • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 18:46
                                A jakbym nie zapamietywala, to nie bedziesz uwazac ? :)
                                przeciez wiesz, ze w necie nic nie ginie, a rekopisy nie plona !

                                PS serio nie pamietalam, ze dziad B. cos takiego z siebie wydalil
                              • ako17 Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 20:08
                                przymrozki napisała:

                                >
                                > A to akurat zrozumiałe. Te słowa Borejki zapamiętałam wyłącznie z wrodzonej sła
                                > bości do słabych wiców.

                                W moim prywatnym rankingu słaby wiców (też mam do nich niejaką słabość), słabe wice Ignacego Borejki są jednymi z najsłabszych. Mocne słabe podium.
                          • ako17 Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 20:05
                            przymrozki napisała:

                            > ako17 napisała:
                            >
                            > > Kiedy to Fryderyk ganiał (z pęcherzem lub bez)?
                            >
                            > W Czarnej polewce miał miejsce następujący przezabawny dialog, w którym ukryty
                            > był humor, a żart skrzył się jak kopiec mrówek
                            >
                            > Wzburzył się Fryderyk tracąc z lekka swe dotychczasowe opanowanie - Ja jej [
                            > tzn. Róży - uwaga własna] nie porzucam, wręcz przeciwnie! Latam jak kot z pęche
                            > rzem, załatwiam pracę, szukam kredytu...
                            > - Młody człowieku, a cóż mnie obchodzi twój pęcherz! - przerwał mu zirytowany d
                            > ziadek


                            Umknęło mi to skrzące się wyrafinowanym dowcipem zdanie.
                            Jejusiu, ilem ja utraciła na nieuważnym czytaniu wypowiedzi IB!
                            Mimo to, nie zobowiążę się do ponownego przeczytania wszystkich książek z jego udziałem. Albowiem jego skrzenie wybitnie pogarsza mi humor i powoduje zgrzytanie zębów, a nie są one pierwszej młodości, ani dużej wytrzymałości.
                            Co otóż mamy w tym wyjątku z dialogu, który nota bene cały jest kuriozalny?
                            Otóż - IB albo nie rozumie bardzo popularnego powiedzenia, albo kompletnie postponuje wszelkie próby Fryderyka, by doprowadzić do tego, czego (chyba, bo w sumie nie wiem) od niego oczekuje - czyli znalezienia przez młodego ojca pracy i mieszkania, w którym Ignacy Borejko będzie mógł odwiedzać swoją wnuczkę, zamiast niepożądanej sytuacji, w której to ojciec odwiedza córkę u Ignacego Borejki.
                            Cały ten wysiłek sprowadza do, jakżeby inaczej, Fryderykowego pęcherza.
                            Inteligent i stoik w jednym.
                            • przymrozki Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 20:22
                              ako17 napisała:

                              > Otóż - IB albo nie rozumie bardzo popularnego powiedzenia, albo kompletnie post
                              > ponuje wszelkie próby Fryderyka, by doprowadzić do tego, czego (chyba, bo w sum
                              > ie nie wiem) od niego oczekuje

                              Albo w ogóle opcja numer trzy, Ignac po prostu chciał się ponapawać władzą, jaką ma nad Fryderykiem i trochę go sobie przy tym poupokarzać.
                              • ako17 Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 21:00
                                przymrozki napisała:

                                > ako17 napisała:
                                >
                                > > Otóż - IB albo nie rozumie bardzo popularnego powiedzenia, albo kompletni
                                > e post
                                > > ponuje wszelkie próby Fryderyka, by doprowadzić do tego, czego (chyba, bo
                                > w sum
                                > > ie nie wiem) od niego oczekuje
                                >
                                > Albo w ogóle opcja numer trzy, Ignac po prostu chciał się ponapawać władzą, jak
                                > ą ma nad Fryderykiem i trochę go sobie przy tym poupokarzać.

                                O, to z pewnością. Nie pogardzając przy tym nikim z zasady*. Tylko czy autorka właśnie taką motywację chciała przypisać Ignacemu?
                                Może i tak, bo właściwie to wobec Mili Ignacy jest trochę nikim. Istnieje tylko dzięki niej i autorka chyba z nim, mimo wszystko, jakoś bardzo nie sympatyzuje. Czytelnicy widzą, że Ignacy ma nadmiernie rozdmuchane ego w stosunku do swoich, że tak powiem, życiowych możliwości i jakiejkolwiek siły sprawczej. Takie mam wrażenie.
                                BTW, jakimż to Ignacego wysiłkom i działaniom zawdzięczała Gizela możliwość odwiedzania wnuczek w jego domu?

                                * przepraszam najmocniej, właśnie się dopatrzyłam, że deklarację o niepogardzaniu (do Janusza) wygłosiła, w imieniu rodziny Mila, nie Ignac. Nie pamiętam w którym z ostatnich wątków przypisałam ten tekst Ignacemu. Jeśli znajdę swój wpis z tym błędem, to skoryguję.
              • subskrybcja Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 15:06
                ako17 napisała:

                > > No nie wiem. Żaczek rozmawia niby z Córką o uczuciach, ale jednocześnie C
                > esia w
                > > pewnym momencie nie ma sie gdzie uczyć , bo jej siostra sprowadza do nic
                > h kole
                > > żanke z noworodkiem, szlachetne to, ale kosztem własnej siostry, która na
                > dodat
                > > ek staje się kąpielowa noworodka. Teraz to by nie przeszło.
                >
                > To mnie i wtedy oburzało, a najgorzej wkurzyła mnie mama Żakowa, gdy nie mogła
                > się rozstać z małą Irenką, i mimo że Krystyna z Wojtkiem i malutką mieli już gd
                > zie zamieszkać, jednak zaproponowała im dalszy pobyt na Słowackiego. Fakt, że o
                > bce niemowlę było jej bliższe niż własna córka, która literalnie nie miała się
                > gdzie podziać, zawsze mnie dziwił. Rozumiem nagłe przyjęcie Krystyny pod dach,
                > kiedy to naprawdę nie miała gdzie przenocować - trudno, siła wyższa, jakoś się
                > przemęczymy w imię stosunków międzyludzkich.
                > I fakt, że przybycie Krystyny i urodzenie się Irenki najbardziej dało w kość Ce
                > si.

                Jak pisałam, teraz by inaczej ludzie patrzyli na tamtą sytuacje prawdopoobnie byłoby tak, jak piszesz. wtedy było to chwalebne, taka pomoc, nawet kosztem swoim czy złomków swojej rodziny, był to akt pomocy i braku egoizmu. Tak też chowało się dzieci, najpierw inni, na końcu Ty - co teraz jest odkręcane na terapiach i na wielu YouTubowych psychologicznych kanałach.
                Teraz ludzie mają inna świadomość, czy dobrą? Dla takiej Cesi, córki tak, bo miałaby swój kąt a nie kąpała noworodka i uczyła się na strychu. Dla takiej Krystyny (która akurat nie była jakąś chorą, porzuconą, samotną matką, tylko po prostu była to młoda, studencka para z dzieckiem) - teraz by było gorzej (cho0dzi mi o fakt, ze mogłaby nie zostać przyjeta przez Żaczków).

                Też mi wyło wtedy szkoda Cesi.

                Ale ciekawie się to teraz analizuje z punktu widzenia niemal 50 lat różnicy w akcji.

                Bobcia, który podpalał zasłony pewno skierowaliby na badania, czy nie jest aby na coś zaburzony. Ale już odbiegamy od tematu Eugeniusza.
    • przymrozki Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 08:54
      ako17 napisała:


      > Małżeństwo Jedwabińskich nie było szczęśliwe, oboje nie byli zdolni do głębszeg
      > o rozumienia swoich potrzeb, nie potrafili okazać uczuć ani sobie nawzajem, ani
      > córce. Pytanie, po co w ogóle brali ślub?

      Oni równie dobrze mogli być zupełnie nieźle dobraną parą. To, co ewidentnie było im zbędne - a w każdym razie w momencie, w którym przyszło - to było dziecko. Oboje nie chcieli być rodzicami. Oczywiście, mogli chcieć mieć dziecko (w końcu jakby naprawdę nie chcieli, to by nie mieli), ale to jest zupełnie inna potrzeba. Chcieli mieć małpkę do opowiadania wierszyków i zgodną ze społecznym oczekiwaniem odpowiedź na pytanie różnych Dmuchawców "a ty, Ewo, masz dzieci?". Jedwabiński (oba cwaj) chcieli robić swoje kariery, wracać późno do domu bez wyrzutów sumienia i chcieli być skupieni wyłącznie na własnych ambicjach. Nie było w ich życiu miejsca na Aurelię.

      Pewnie Eugeniuszowi było łatwiej, bo jego mniej oceniano, ale Ewa naprawdę miała przechlapane. I kto wie, jak bardzo znerwicowana i sfrustrowana byłaby, gdyby ta perfekcjonistka i pedantka nie miała na głowie (i pod swoją wyłączną odpowiedzialnością) małego dziecka i pytań "a czemu nie zdrabniasz jej imienia?" [w domyśle - co z ciebie za matka?], "a co ona taka milcząca?" [w domyśle - co z ciebie za matka?] albo "oddałaś córkę pod opiekę sąsiadce?" [w domyśle - wiadomo].

      Tak nawiasem pisząc, demoniczni Jedwabińscy w zasadzie nie aż tak różnili od anielskich Pałysów. Też trzymali dzieci w laboratoryjnie wystrojonym wnętrzu, ale tak głównie to poza domem z przygodnymi opiekunami. Różnica była taka, że Ida miała pod ręką matkę a nie Lisiecką i że ze świętej woli autora wszystko jej się udawało i nic nigdy nie leciało z rąk (no raz ta musztarda), a Ewie dopisywano porażki na każdym polu. I że Idzie poczytywano za pozytyw każde mrugnięcie, a Ewie wręcz przeciwnie (i tutaj zauważam, że Ewa co najmniej dwa razy w znanej nam historii, okazała się zdolna do refleksji, zakwestionowania własnej nieomylności i wycofania się z błędu, Borejkównom nigdy nie przyszło do głowy, że mogły się mylić).


    • tajna_kryjowka_pyziaka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 11:43
      Ciekawa jest w tym wszystkim rola Moniki, z którą Eugeniusz miał nie mniej nie po drodze, niż z Ewą i którą ostatecznie dość łatwo zostawił. A wcześniej nie próbował nijak zintegrować jej i jej syna z Aurelią, właściwie w ogóle nie uwzględniał córki w nowym układzie. Czyli raczej nie był to jakiś superważny i poważny związek, w każdym razie nie na tyle, by miewał refleksje o jego dalszej przyszłości.

      Z przytoczonego opisu Eugeniusza powracającego z pracy (z rumieńcami, rozpiętym kołnierzykiem i błyskiem w oku), wynika, że to zebranie odbywało się raczej z kochanką. Kto wie, może to była Monika, to by wytłumaczało, czemu Marta jej "nie pochwala". I po latach niezobowiązującego romansowania (i być może obietnic odejścia od żony) Gienio zdecydował się zacząć nowe życie. A potem szok i niedowierzanie, że "z Moniką jest mi przyjemniej niż Ewą" nie jest wystarczającym fundamentem do zbudowania solidnej relacji.

      A nawet jeśli to był ktoś inny, a Monika poznała Eugeniusza niedługo po rozwodzie, to on, po swoich przejściach, wciąż mógł podejść do sprawy lekkomyśnie. Wejść w związek na takiej samej zasadzie jak Gaba z Grzybem, w ogóle nie myśląc o dzieciach z ich poprzednich związków, albo ograniczyć to myślenie do "ja po przejściach, ona też z odzysku, jakoś się dogadamy, może razem będzie łatwiej". I szlus, nie było, bo mieszkanie razem, z dziećmi w pakiecie, to nie to samo, co niezobowiązujące kawki.

      Aż mi trochę tej kobiety szkoda, choć nie jakoś bardzo, biorąc pod uwagę, że sama nie jest za ciekawą osobą (akceptowanie faktu, że partner wypiął się na własną córkę, nie świadczy o niej najlepiej). Ale faktem jest też, że nie pisała się na macochowanie nastolatce, a została w nie wrobiona z zaskoczenia. Przez faceta, który swoje dziecko do tej pory olewał, dość wyraźnie dając do zrozumienia, że nie będzie jej w ich życiu. Monika mogła czuć się zwyczajnie oszukana. A potem musiało być już tylko gorzej, skoro doszło do konieczności wyboru między nią a Aurelią.
      • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 11:49
        Dla mnie zadowolony, zarumieniony i z blyskiem w oku to ewidentnie powrot z jakiejs zakrapianej pracowej imprezy, na ktorej delikwent zablysnal i zostal doceniony :)
        roznica pokolen ? doswiadczen ?

        Kiedy Eugeniusz zwiazal sie z Monika, Ewa zyla, a corka byla "przy matce".
        • tajna_kryjowka_pyziaka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 12:05
          tt-tka napisała:

          > Dla mnie zadowolony, zarumieniony i z blyskiem w oku to ewidentnie powrot z jak
          > iejs zakrapianej pracowej imprezy, na ktorej delikwent zablysnal i zostal docen
          > iony :)
          > roznica pokolen ? doswiadczen ?
          >

          Tezę o romansie akurat podkradłam innej forumowiczce, ale ta też sensowna (bez wątku zdrady sytuacja Eugeniusza pozostaje kiepska).

          Btw, ciekawe dlaczego Jedwabiński, docent intelektualista, został narysowany w Jowiszu cokolwiek żulowato. Wory pod oczami, obwisłe fałdy polików, fryzura á la garnek, z resztkami tłuszczu w dodatku. Czyżby znak ostatecznego sCKNUKienia?
    • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 12:28
      tak nawiasem to nic nie wiemy o zapleczu rodzinnym Ewy, zadnej babci z jej strony, zadnych ciotek, nic - czyzby Ewa byla sierota, wychowanka domu dziecka ? jesli tak, to jej pragnienie i rzeczywista potrzeba mania i utrzymania w calosci rodziny mogka byc znacznie wieksza niz Eugeniusza, a i trening spoleczny mialaby duzo slabszy.
      • przymrozki Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 12:38
        tt-tka napisała:

        > tak nawiasem to nic nie wiemy o zapleczu rodzinnym Ewy,

        O nieletniej Ewie nie wiemy nic oprócz tego, że chodziła w Poznaniu do liceum. A to by jednak sugerowało, że nie musiała iść do pracy zaraz po skończeniu 18 lat.
        • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 12:59
          przymrozki napisała:

          > tt-tka napisała:
          >
          > > tak nawiasem to nic nie wiemy o zapleczu rodzinnym Ewy,
          >
          > O nieletniej Ewie nie wiemy nic oprócz tego, że chodziła w Poznaniu do liceum.
          > A to by jednak sugerowało, że nie musiała iść do pracy zaraz po skończeniu 18 l
          > at.

          Wychowankowie domow dziecka nie musieli isc do pracy zaraz po skonczeniu 18 lat, tylko po skonczeniu szkoly, i bywal to ogolniak. Akademik, stypendium i nawet studiowac dalo sie ("Swiatla w cudzych oknach" Ziolkowskiej to wlasnie opowiesc o kilku tuz pomaturalnych wychowankach DD) - po prostu zadna rodzina Ewy w jezycjadzie, w losach Aurelii nie istnieje. Jest tylko rodzina meza Ewy.
          • przymrozki Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 13:26
            tt-tka napisała:

            > Wychowankowie domow dziecka nie musieli isc do pracy zaraz po skonczeniu 18 lat
            > , tylko po skonczeniu szkoly, i bywal to ogolniak. Akademik, stypendium i nawet
            > studiowac dalo sie

            Ale jednak byłoby trudniej. I na pewno biedniej.

            No właśnie, drugi trop. Biedniej. Nie wiemy, ile lat mają Jedwabińscy, ale to pewnie byli - jak na współczesne standardy życia rodzinnego - dosyć młodzi ludzie (jeżeli Ewa urodziła Aurelię w okolicach mediany wieku urodzenia pierwszego dziecka w drugiej połowie lat '70, to w OwR nie miała nawet trzydziestki). A jednak Jedwabińscy mieli spore mieszkanie (przynajmniej trzypokojowe), na dodatek, jak na ówczesne standardy, luksusowo urządzone. Ewę stać było na przepłacanie za Lisiecką i wędliny. Aurelia miała buty, których cenę praktyczna pani Lewandowska oceniła na mniej więcej półtorej robotniczej pensji. A Ewa była przecież nauczycielką i robiła doktorat, Eugeniusz też był pracownikiem naukowym, a nie badylarzem czy oficerem politycznym. Na dodatek wiemy na pewno, że on pochodził z niezamożnej rodziny i to nie jego potrzeby estetyczne miała zaspokajać "wystawa mebli", jak nazwał swoje mieszkanie.

            Trochę tak to wygląda jakby pieniądze i mieszczański (dziś byśmy powiedzieli, że właściwy wyższej klasie średniej) styl życia i noszenia się przyszedł do rodziny od strony Ewy.






            • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 13:33
              Sadze, ze Ewa urodzila Aurelie po dyplomie, czyli w OwR jest tuz po trzydziestce. Jeszcze w latach 80-tych zostaje wicedyrektorem (jak pani Dabek-Nowacka, nie przymierzajac), to tez wskazuje na wiek i staz pracy.

              Jedwabinski jest naukowcem, nie wiemy w jakiej dziedzinie (w instytutach resortowych czy przemyslowych stawki byly calkiem, calkiem), i sporo pracuje, nigdy go nie ma w domu. Publikacje, patenty, stanowiska kierownicze w administracji uczelnianej mogly zapewnic taki poziom, na jakim zyja Jedwabinscy.
              • przymrozki Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 14:06
                tt-tka napisała:

                > Sadze, ze Ewa urodzila Aurelie po dyplomie, czyli w OwR jest tuz po trzydziestc
                > e. Jeszcze w latach 80-tych zostaje wicedyrektorem (jak pani Dabek-Nowacka, nie
                > przymierzajac), to tez wskazuje na wiek i staz pracy.

                To też mogło być różnie, sama znam jedną nauczycielkę, która na przełomie lat '80 i '90 została dyrektorką szkoły w wieku 30 lat. Była ambitna, chciała robić karierę, miała doktorat. Bardzo młodzi dyrektorzy szkół to wcale nie było takie rzadkie zjawisko.

                > Jedwabinski jest naukowcem, nie wiemy w jakiej dziedzinie (w instytutach resort
                > owych czy przemyslowych stawki byly calkiem, calkiem),

                To prawda, że nie wiemy, ale - przyjmując, że Aurelia powtarza na Roosevelta to, co usłyszała w domu - Eugeniusz sam siebie określał mianem "intelektualisty" i "docenta" (bez podkreślenia że inżyniera), co sugeruje, że to jednak mógł nie być przemysł. Pojęcie "inteligencji technicznej" oczywiście istniało i byli tacy, którzy go używali, ale "intelektualistami" nazywali się raczej ludzie pracujący w zawodach wymagających wyższego wykształcenia uniwersyteckiego (w ówczesnym tego słowa znaczeniu).


                • tt-tka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 14:21
                  Ewa zostala wice jeszcze w latach 80-tych, nie na przelomie. I u Pieroga, ktory smarkaterii raczej nie forytowal :)
                  Zostac dyrektorem mozna bylo mlodo, ale raczej nie w renomowanej placowce w duzym miescie.


                  Gdyby jakakolwiek rodzina Ewy - mniejsza, czy mieszczanska, czy srednioklasowa - istniala, to sadze ze jednak bylaby wzmiankowana. Czy w myslach Aurelii, czy samej Ewy, czy w slowach Jedwabisnkiego. A nie jest.

                  PS jeszcze inna sprawa, ze Musierowicz znowu poplynela - przez rok nastolatka mieszka u calkiem obcych (formalnie) ludzi, spore mieszkanie stoi puste i nikt go nie wynajmuje, kochajaca babcia przez rok lub wiecej nie widzi i nie stara sie zobaczyc wnuczki... takie rzeczy to tylko w musieroversum
                  • przymrozki Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 14:45
                    tt-tka napisała:

                    > Ewa zostala wice jeszcze w latach 80-tych, nie na przelomie. I u Pieroga, ktory
                    > smarkaterii raczej nie forytowal :)

                    W sumie nie wiemy, ile Ewa mogła mieć lat, ale i pani Lewandowska, i Mila traktowały ją jak zagubioną małolatę. Mila myśli o niej jako o młodej kobiecie i odruchowo mówi do niej na "ty", pani Lewandowska zwraca się do niej per "dziecko". Biorąc pod uwagę, że Mila miała wtedy 47 lat, pani Lewandowska pewnie też coś koło tego, mało prawdopodobne, żeby Ewa wyglądała na więcej niż 30 lat.

                    Nawet biorąc poprawkę na to, że szczupła zadbana kobieta mogła wyglądać na młodszą niż jest w rzeczywistości, i tak zostawałaby dyrektorką jako - z punktu wiedzenia Pieroga - "smarkula". Może czterdziestoletnia, ale smarkula.

                    > Gdyby jakakolwiek rodzina Ewy - mniejsza, czy mieszczanska, czy srednioklasowa
                    > - istniala, to sadze ze jednak bylaby wzmiankowana. Czy w myslach Aurelii, czy
                    > samej Ewy, czy w slowach Jedwabisnkiego. A nie jest.
                    > PS jeszcze inna sprawa, ze Musierowicz znowu poplynela - przez rok nastolatka m
                    > ieszka u calkiem obcych (formalnie) ludzi, spore mieszkanie stoi puste i nikt g
                    > o nie wynajmuje, kochajaca babcia przez rok lub wiecej nie widzi i nie stara si
                    > e zobaczyc wnuczki... takie rzeczy to tylko w musieroversum

                    No tutaj w ogóle jesteśmy w czarnej de jeżeli chodzi o logikę świata przedstawionego, bo skoro nikt z faktycznych opiekunów Aurelii nie szukał ani jak najbardziej istniejącego ojca Aurelii, ani jej jak najbardziej istniejącej babci w Pobiedziskach, to fakt niepowiadomienia rodziny Ewy nie jest automatycznym dowodem na jej nieistnienie. Tam najwyraźniej była jakaś blokada informacyjna, a u samej Aurelii pełne zaćmienie. Zresztą, babcia Jedwabińska też się nie popisała, że przez tyle lat w ogóle nie szukała kanału kontaktu z jedyną wnuczką. Miała przecież jej adres.
                    • subskrybcja Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 22:02
                      przymrozki napisała:

                      > tt-tka napisała:
                      >
                      > > Ewa zostala wice jeszcze w latach 80-tych, nie na przelomie. I u Pieroga,
                      > ktory
                      > > smarkaterii raczej nie forytowal :)
                      >
                      > W sumie nie wiemy, ile Ewa mogła mieć lat, ale i pani Lewandowska, i Mila trakt
                      > owały ją jak zagubioną małolatę. Mila myśli o niej jako o młodej kobiecie i odr
                      > uchowo mówi do niej na "ty", pani Lewandowska zwraca się do niej per "dziecko".
                      > Biorąc pod uwagę, że Mila miała wtedy 47 lat, pani Lewandowska pewnie też coś
                      > koło tego, mało prawdopodobne, żeby Ewa wyglądała na więcej niż 30 lat.
                      >
                      Czekaj a ona nie była pare lat starsza od Gaby? Ją tez uczył Dmuchawiec ale wcześniej.
                      Gaba rocznik 1961, Ewa może 1955?Miałaby 27 lat w Opium, wiec Mama Borejko mogła do niej palnąc cos w stylu dziecko?

                      Chociaz z opisu, myslałam, że Melania ma dobrze po 60tce :D
                  • przymrozki Re: Eugeniusz Jedwabiński 27.08.25, 19:50
                    tt-tka napisała:

                    > Ewa zostala wice jeszcze w latach 80-tych, nie na przelomie. I u Pieroga, ktory
                    > smarkaterii raczej nie forytowal :)

                    Przejrzałam OwR, o wieku Ewy i jej młodości wiemy w zasadzie tyle.

                    Po pierwsze, w 1983 roku jest tuż po dyplomie (przy założeniu, że poszła na studia zaraz po maturze i wzięła dziekankę po urodzeniu dziecka, ma zatem jakieś 26 lat). Po skończeniu studiów chciała się poświęcić wyłącznie pracy naukowej, ale – ku jej głębokiej frustracji – z powodów wiadomych powstało wiele wakatów w szkołach, a ona dostała propozycję nie do odrzucenia i przymusowe skierowanie do pracy w obmierzłym liceum od września 1982 roku.

                    Tezę o tym, że w OwR Ewa była bardzo młoda potwierdza też jej wspomnienie o Dmuchawcu „Nie lubiła go, będąc uczennicą przed kilku zaledwie laty”. Precyzyjna matematyczka nie użyłaby określenia „kilka” na więcej niż dziewięć. Na tej podstawie maksimum jej wieku w OwR oceniam na 28 lat.

                    Po drugie, w liceum nosiła warkocze i wycierała ręce po dotknięciu pulpitu lub kredy. Dmuchawiec uważał, że „była wcieleniem ambicji i pedanterii. Miała zawsze same piątki, u niego też, chociaż stawiał jej te oceny bez przekonania”. Ewa widziała ich szkolne relacje tak: „Nigdy go nie lubiła. Nigdy. Naprawdę. Był złośliwy, dokuczliwy, niesprawiedliwy i się czepiał. Nigdy jej nie doceniał. Otaczał się zawsze gromadą pupilków i pupilek i nigdy wśród nich nie było miejsca dla niej. Zawsze wyczuwała jakąś dezaprobatę w jego wzroku, chociaż tak pilnie się uczyła. Stawiał jej piątkę i jednym spojrzeniem odbierał ocenie jakąkolwiek wartość. A potem, zachwycony, żartował z jakąś leniwą i niedbałą uczennicą”.

                    Po trzecie, Ewa przymusza Aurelię do jedzenia hasłami motywacyjnymi typu „w twoim wieku nigdy nawet nie widziałam szynki”. Co może coś znaczyć, ale nie musi. Ewa była w wieku Aurelii za Gomułki, u szczytu afery mięsnej. No, nie były to złote lata zaopatrzenia w szynkę.

                    Ciekawostka. Makijaż Ewy opisywany jest jako wykonywany z „japońską precyzją”.

                    Ciekawostka druga. Gdy Aurelia zaginęła, Ewa obdzwoniła wszystkich znajomych, wszystkie pogotowia, komisariaty MO i izby dziecka. Nie żeby coś, ale niektórzy mogliby się zainspirować [Gabrielo, wstań, gdy o tobie mowa]
      • tajna_kryjowka_pyziaka Re: Eugeniusz Jedwabiński 25.08.25, 12:59
        tt-tka napisała:

        > tak nawiasem to nic nie wiemy o zapleczu rodzinnym Ewy, zadnej babci z jej stro
        > ny, zadnych ciotek, nic - czyzby Ewa byla sierota, wychowanka domu dziecka ? je
        > sli tak, to jej pragnienie i rzeczywista potrzeba mania i utrzymania w calosci
        > rodziny mogka byc znacznie wieksza niz Eugeniusza, a i trening spoleczny mialab
        > y duzo slabszy.
        >

        Wystarczyłoby, żeby miała za rodziców takie same emocjonalne nieudaloty jak ona, albo i gorsze. Przy okazji byłoby wiadomo skąd wyniosła tę niekomunikatywność. Po pójściu na swoje (albo, bardziej prawdopodobnie, wyjściu za mąż) mogła urwać z nimi kontakt lub ograniczyć go do minimum. I nie brać ich pod uwagę jako dziadków do opieki nad Aurelią. A i oni mogli się do tego nie garnąć, mało to jest dziadków, którzy uznają opiekę nad wnukami tylko w formie przywożenia ich raz od wielkiego dzwonu, wypucowanych na błysk i nie przeszkadzających?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka