Dodaj do ulubionych

Rysy, skazy, dysonanse

15.03.07, 20:35
czyli szczegóły nie pasujące do obrazu osoby lub rodziny. Przykłady, które
przytoczę, dotyczą akurat Borejków.
Otóż, zgodnie z licznymi opisami, ale wynika to też z postępowania postaci na
wcale licznych stronach, Borejkowie, to ludzie szczerzy, otwarci, szczodrzy i
z sercem na dłoni. Przyjmą każdego, przykleją plasterek, podzielą się wszelkim
dobrem. I tu zgrzytają mi dwie sceny:
1. "Opium w rosole", wizyta Kreski u pań Borejko. Gabriela karmi małą Pyzę
kaszą , ta grymasi, woli parówkę. Dalej - Gabriela odsuwa "przemyślną
konstrukcję z książek", odsłania półmisek z pokrywką, wyjmuje parówkę, daje
dziecku. Abstrahując już od tego, że bałabym się podać dziecku jedzenie
(mięso!) przechowywane w ten sposób, w temperaturze pokojowej, czemu to
ukrycie miało służyć? Czy Gabriela miała słuszność, że siostry lub matka,
niepomne na to, że w domu jest małe dziecko, które musi być w specjalny sposób
odżywiane, rzuciłyby się na jedzenie i w jednej chwili pochłonęły je niczym
wilczyce? Czy może żałuje swoim siostrom nawet kawałka parówki?
Rozumiem, że były to czasy trudności w zaopatrzeniu, ale czy to nie przesada
aby? W końcu nie samym mięsem żyje człowiek, jest wiele innych źródeł
pełnowartościowego białka (jaja lub nabiał chociażby).
Pewnie zadziałało tu przekonanie, że jeśli coś jest trudno dostępne, to musi
to być coś wspaniałego ;)
2. strach Idy przed naruszeniem przetworów, gdy po ucieczce z rodzinnych
wczasów jest sama w domu i naprawdę nie ma co jeść - tu już nie chodzi nawet o
jakieś kartkowe rarytasy, ale zwykłe warzywa i owoce w słoikach.
Jak myślicie, pieniądze można zawsze zarobić, a nowej potrawy nie można
przygotować?
Jakieś dalsze przykłady? Mogą być również pozytywne :)
Obserwuj wątek
    • mankencja Re: Rysy, skazy, dysonanse 15.03.07, 21:18
      wydaje mi sie, ze gabriela chowala te parowke tylko tymczasowo, przed sama
      pyza, zeby ta zjadla troche kaszki
      • onion68 Re: Rysy, skazy, dysonanse 15.03.07, 21:58
        No, ale one przecież siedziały w pokoju. Nie prościej byłoby nie ujawniać
        parówek przed zakończeniem karmienia kaszą, nie przynosząc ich z kuchni? Chyba,
        że Gaba mieszkała tylko w pokoju i nie miała wstępu do kuchni w swoim rodzinnym
        domu ;) E, chyba nie.
        A w "Pulpecji" to już zdecydowanie chowała mazurki przed rodziną, nie? Jest to
        jasno stwierdzone (i nadmienię nieśmiało, że to "nowa" Jeżycjada).
        Trochę dziwny zwyczaj chomikowania jedzenia u tej niesłychanie szczodrej osoby.
        • mamalilki Re: Rysy, skazy, dysonanse 15.03.07, 22:17
          A wiesz jak wyglada jedzenie mazurkow w wielodzietnej rodzinie? Ja wiem. Zeby
          mojemu ukochanemu dac sprobowac naszego najlepszego kajmakowego mazurka (sama go
          upieklam) musialam go schowac w miejscu, gdzie na pewno go nie znajda moje
          siostry :-) Nie mowiac o tym ze czesto moja zalamana matka w pierwszy dzien
          swiat odkrywala, ze "w zupelnie niewidoczny sposob" zostaly obdlubane ozdoby i
          zjedzone brzegi. I raczej nie dlatego ze bylysmy glodne :-) Mazurki, podobnie
          jak przetwory sa rzadko a dobre :-)))
        • mika_p Re: Rysy, skazy, dysonanse 15.03.07, 22:28
          W ciągu 5 minut potrzebnych na podgrzanie parowki i przyniesienie jej Pyza
          mogłaby calkowicie odmówić jedzenia :D
          Podejrzewam, ze Gabriela jako matka otrzaskana ze zwyczajami własnego dziecka
          hurtem przygotowała karmę, zamiast dwa razy stać nad garami :D
          • onion68 Re: Rysy, skazy, dysonanse 15.03.07, 22:42
            Być może to jest wyjaśnienie.
            Ale za to kolejny błąd wychowawczy moim zdaniem wychynął - wpychanie w dziecko
            na siłę jedzenia. I cóż, że więcej by nie zjadła. Może nadrobiłaby to przy
            kolejnym posiłku, a może nie, bo była to wystarczająca porcja. A tak, to skutki
            się rychło pojawiły - w postaci długoletniej nadwagi, a następnie bolesnej diety
            odchudzającej.
            Poza tym, my chyba jesteśmy wobec tego nienormalni, bo właśnie od kilku lat
            wyrzucamy w pocie czoła przed laty wykonane przetwory (przez moją mamę, nie
            przeze mnie).
            Aha, jeszcze jak wiem, że dana potrawa ma u mnie w domu powodzenie, po prostu
            robię więcej, nigdy nie przyszło mi do głowy chować przed rodziną czegoś innego
            niż prezent - do czasu.
            Nie chcę się czepiać, przypominam sobie "Opium", sytuacja wydała mi się dziwna i
            zachciało mi się o tym z Wami pogadać :)
            • elwinga Re: Rysy, skazy, dysonanse 15.03.07, 23:56
              > Aha, jeszcze jak wiem, że dana potrawa ma u mnie w domu powodzenie, po prostu
              > robię więcej, nigdy nie przyszło mi do głowy chować przed rodziną czegoś innego
              > niż prezent - do czasu.

              Ale nie zawsze można zrobić więcej, a nawet jeśli, to nie zawsze jest gdzie to
              przechować. Dań na świąteczny stół nie szykuje się przecież na pięć minut
              bezpośrednio przed uroczystością. No i w rodzinie tak licznej jak Borejkowie
              przed świętami trzeba zrobić naprawdę duże zakupy jedzeniowe, żeby wystarczyło -
              przecież trzeba kupić nie tylko to, co odświętne, ale i to, co jada się na co
              dzień. Jestem skłonna uwierzyć, że to się wszystko faktycznie nie mieści w
              lodówce/spiżarce.
            • agnieszka_azj Re: Rysy, skazy, dysonanse 16.03.07, 00:28
              onion68 napisała:

              > Być może to jest wyjaśnienie.
              > Ale za to kolejny błąd wychowawczy moim zdaniem wychynął - wpychanie w dziecko
              > na siłę jedzenia. I cóż, że więcej by nie zjadła.

              Zjadłaby, zjadła - tylko, że nie kaszkę a wystane w pocie czoła parówki. Pyza
              wygląda mi raczej na dziecko tzw. "żarte", którego nie trzeba było zmuszać do
              jedzenia, wręcz przeciwnie ;-)))

              A co do mazurków... Nie tak dawno sama musiałam "sztukować" plasterkami banana
              dziury po truskawkach wyskubanych przez Julkę z galaretki na torcie urodzinowym
              Zosi. Dobrze, że miałam te banany, bo tort po wyjęciu z lodówki wyglądał jakby
              go myszy napoczęły :-)))
              • onion68 Re: Rysy, skazy, dysonanse 16.03.07, 08:35
                Może jakieś skrzywienie mam :)
                Mam też jednak pytanie - czy zaczęłaś od tej pory chować ciasta przed dziećmi?
                Notabene, mi też kiedyś córka pożarła pół blatu do karpatki i musiałam nowy
                piec, chociaż to akurat nie było to zbyt kłopotliwe.
                O mazurkach, wydaje mi się, padło jednoznaczne stwierdzenie, że ukrycie ich
                miało zapobiec pożarciu przez rodzinę. Czyżby Borejkowie byłi podatni tylko na
                rozwiązania siłowe ;)
                • agnieszka_azj Re: Rysy, skazy, dysonanse 16.03.07, 10:39
                  onion68 napisała:

                  > Mam też jednak pytanie - czy zaczęłaś od tej pory chować ciasta przed dziećmi?
                  > Notabene, mi też kiedyś córka pożarła pół blatu do karpatki i musiałam nowy
                  > piec, chociaż to akurat nie było to zbyt kłopotliwe.

                  Nie tylko przed dziećmi, ale też przed sobą ;-)))
                  Jak mam coś (np. ciasto), co zrobiłam "z przenaczeniem" dla gości i nie chcę
                  tego wcześniej napoczynać, to wynoszę do spiżarni, którą mam w piwnicy. Nie
                  widzę w tym nic zdrożnego - nie kusi, a przecież głupi byłoby wnieść na stół
                  podczas przyjęcia urodzinowego napoczęty tort ze świeczkami, albo podać na
                  śniadanie wielkanocne mazurka oskubanego z ozdób ;-)

                  Karpatkę mogłaś jezcze upiec - a co byłoby gdybyś nie miała takiej
                  możliwości ???
      • baba67 Re: Rysy, skazy, dysonanse 16.03.07, 11:45
        Mialas naprawde niezwykle dzieci,albo ich nie masz skoro sadzisz, ze Gabrysia
        chowala przed rodzine. Dziecko jak cos bardzo lubi slodycze i je widzi to apetyt
        na inne rzeczy ma taki sobie -a zjesc cos sensownego musi.
        Drugiego zarzutu nie bardzo tez rozumiem- po ton sie robi przetworym zeby kiedy
        cos jest w zimie drogie wzbogacic jadlospis tanszym kosztem-po co jesc cos ze
        sloika, jesli to samo, swieze jest w tej samej cenie ?
        Doskonale rozumiem zakaz Mili.
        Sytuacja Idy byla bardzo specyficzna i na pewno matka sie na nia nie gniewala.

        Ale ze rysy sa to nie przecze.
    • the_dzidka Re: Rysy, skazy, dysonanse 15.03.07, 21:50
      To z parówką to jest - za przeproszeniem - naciągane. Gaba schowała parówkę
      sprzed oczu dziecka, bo jakby Pyza zobaczyła parówkę, to juz w ogóle kaszki by
      jeśc nie chciała. Przesadą jest czepianie sie tego.
      O zauważonych przeze mnie rysach i skazach napisałam tutaj:
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=25788&w=54161831
    • agnieszka_azj Re: Rysy, skazy, dysonanse 15.03.07, 21:54
      onion68 napisała:

      2. strach Idy przed naruszeniem przetworów, gdy po ucieczce z rodzinnych
      > wczasów jest sama w domu i naprawdę nie ma co jeść - tu już nie chodzi nawet o
      > jakieś kartkowe rarytasy, ale zwykłe warzywa i owoce w słoikach.
      > Jak myślicie, pieniądze można zawsze zarobić, a nowej potrawy nie można
      > przygotować?

      Przetworów nie robi się tak łatwo. To długa robota, połączona z kilkukrotnym
      wekowaniem. Po za tym wekuje się owoce i warzywa sezonowe - truskawki w
      sierpniu były już nie do odtworzenia.
      U mnie w domu było tak samo i nie przyszłoby mi do głowy, żeby latem ruszać
      przetwory.

      Sprawę z parówką też odebrałam jako chowanie jej przed Pyzą - w końcu miała już
      półtora roku i pewnie nieźle chodziła.
      • verdana Re: Rysy, skazy, dysonanse 16.03.07, 09:52
        Zjedzenie przetworow, w niezbyt zamożnej rodzinie (a może i w zamożniej też), ,
        ktore sa wynikiem pracy i maja być dla wszystkich na zimę- to zwykle świństwo.
        Ida ich nie zjadła, bowiem myslala o innych, a nie tylko o sobie.
        U mnie w domu jedzenia się nie chowa, lae osoba, ktora widzi, ze np. jest
        ostatni kawałek czekolady pyta innych, czy moze zjeść. Nie wyżera się
        wszystkieg na oslep, tylko pilnuje, zeby dla wszystkich starczyło.
        A parowka byla swoistym "deserem", wiec jasne, ze została ukryta.
        • onion68 Re: Rysy, skazy, dysonanse 16.03.07, 10:15
          Naprawdę naturalnym i właściwym wydaje Ci się przechowywanie, niech będzie, że
          deseru, za "przemyślną konstrukcją z książek"? To ja chyba z innego świata jestem.
          A jeżeli, po zakończeniu karmienia daniem głównym, pójście do kuchni po parówkę
          to zbyt wiele zachodu i czasu straconego, które dziecko mogło już wykorzystać na
          jedzenie, to nie dziwię się, że Pyza wyrosła na osobę nie potrafiącą panować nad
          apetytem.
          • verdana Re: Rysy, skazy, dysonanse 16.03.07, 10:28
            To już czepianie się? Zaposiadywujesz własne dzieci? Bo zostawienie dziecka
            samego w pokoju, na wysokim krzesełku, przy stole, na którym stoją sztucce, to
            nie zawsze najlepszy pomysł.
            Gdy karmiłam małe dziecko, staralam sie nie wychodzić do kuchni i mieć zawsze
            wszystko w zasięgu ręki.
            • sevilay Re: Rysy, skazy, dysonanse 16.03.07, 12:47
              verdana napisała:

              > To już czepianie się? Zaposiadywujesz własne dzieci? Bo zostawienie dziecka
              > samego w pokoju, na wysokim krzesełku, przy stole, na którym stoją sztucce, to
              > nie zawsze najlepszy pomysł.
              > Gdy karmiłam małe dziecko, staralam sie nie wychodzić do kuchni i mieć zawsze
              > wszystko w zasięgu ręki.


              Nie chcę wyjść na czepialską co to ciągle ze swoim wyjeżdża-ale widzicie różnicę
              w opisie małej Pyzy a młodszego Rojka? Bo mi się to właśnie w oczy rzuciło: Pyza
              to takie przeciętne póltoraroczne dziecko a Jędruś nie ma zadnych problemow z
              wymową i sprząta ze stołu.Może jakby Gaba zostawiła Pyzę sama to by jej
              posprzątała ;))
              • verdana Re: Rysy, skazy, dysonanse 16.03.07, 13:24
                O tak!! dzieci w tym wieku sprzatać ze stołu potrafią idealnie. Raz za obrusik
                i juz jest sprzatnięte:-)
                • sevilay Re: Rysy, skazy, dysonanse 16.03.07, 13:59
                  verdana napisała:

                  > O tak!! dzieci w tym wieku sprzatać ze stołu potrafią idealnie. Raz za obrusik
                  > i juz jest sprzatnięte:-)

                  Hi,hi.Prawda,ale jakieś zamiłowanie do czystości już mają-mój średni synek jak
                  miał półtora roku to zwalił z ławy obrusik razem z tym co tam było i rajtuzkami
                  swojej siosty sciągniętymi z kaloryfera wycierał to co rozlał.i Pyza by sobie
                  poradziła ;)
          • mkw98 Re: Rysy, skazy, dysonanse 16.03.07, 10:32
            > Naprawdę naturalnym i właściwym wydaje Ci się przechowywanie, niech będzie, że
            > deseru, za "przemyślną konstrukcją z książek"? To ja chyba z innego świata jest
            > em.

            Jejku, no, z tą "przemyślną konstrukcją z książek" to taki żart, pewnie wszędzie
            leżały stosy książek i Gaba schowała parówkę między nimi.
            Co do chodzenia do kuchni - Pyza mogła w tym czasie wyleźć z krzesełka, ściągnąć
            obrus ze stołu... To przecież maluch był, bezrozumny. :-)
          • the_dzidka Re: Rysy, skazy, dysonanse 18.03.07, 14:31
            > nie dziwię się, że Pyza wyrosła na osobę nie potrafiącą panować na
            > d
            > apetytem.

            Skąd ten pomysł,że Pyza nie umie panować nad swoim apetytem?! Gdzie jest
            pokazane, że rzuca sie bez umiaru na jedzenie?!
            Bo ONA SAMA uważa, że jest gruba i powinna się odchudzać, podczas gdy na
            zdjęciach widzimy ładną, rumianą, ale nie pulchną dziewczynę?
            Za pozwoleniem, moja droga ;), ale odnoszę wrażenie, że jestes zwolenniczką
            kultu sylwetki wieszakowatej, a każdy przejaw zwykłego apetytu (jedzenie obiadu
            u Lelujków) jest dla Ciebie objawem niepanowania nad sobą.
            • onion68 Re: Rysy, skazy, dysonanse 18.03.07, 18:11
              Zapewniam, że jestem tolerancyjna wobec wszystkich typów sylwetki. Myślę jednak,
              że w wielu wypadkach kłopoty dzieciaków z nadwagą są spowodowane błędami
              rodzicielskimi, kiedy to miłość jest częściowo utożsamiana i wyrażana przez
              napychanie dzieciaka jak indyka.
              Zgodzę się, że bazując na ilustracjach ukazujących Pyzę w wieku licealnym nie
              można jej nic zarzucić, ale to już było w trakcie diety. Jako dzieciak (NN) jest
              zdecydowanie za pulchna. No i ta scena w sklepie, ciociu to, ciociu tamto.
              • the_dzidka Re: Rysy, skazy, dysonanse 18.03.07, 19:08
                Nie zgadzam się, Pyza nie jest za pulchna na żadnym rysunku. Konieczność diety
                sobie wmówiła, jak to panienki w tym wieku. Pamiętaj, że w Imieninach, gdzie są
                już te wg Ciebie "niepulchne ryciny", Pyza dopiero podejmuje decyzję o diecie.
                Ergo, ta dieta nie jest jej potrzebna.
                Chęć nabycia chipsów czy delicji na wakacjach (Laura też ciotkę
                naciągała na te słodycze) nie jest niczym zdrożnym.
                Tego, że Gabrysia napychała Pyzę jak indyka, też sobie nie przypominam,
                przypominam sobie natomiast, jak zrezygnowała z przymusowego wpychania w nią
                kaszki...
                No i ponowię pytanie: gdzież to mamy sceny, świadczące o gorszącym braku
                opanowania apetytu Pyzy?
                • baba67 Re: Rysy, skazy, dysonanse 18.03.07, 20:32
                  U Lelujkow konsumowala obiadek az milo, ale ten, kto byl na diecie, wie jak po
                  kilku dniach sie pyszne obiadki konsumuje :-)
                  Kiedys po 2 tygodniach diety(ale nie glodzenia sie) zastalam zaproszona na
                  pizze do dobrej pizzerii . Odmowic nie wypadalo, zatem no coz... zjadlam swoja
                  duza i jeszcze prawie polowe czyjejs.
                  Myslalam ze mi zoladek peknie. Diety nie sa zdrowe, nie...
                  • onion68 Re: Rysy, skazy, dysonanse 18.03.07, 20:54
                    No tak, znam te niedole :)
                • onion68 Re: Rysy, skazy, dysonanse 18.03.07, 20:51
                  "Ależ ty wyładniałaś! A jak schudłaś! - powiedziała z podziwem ciocia Natalia,
                  jakby czuła, że tym właśnie może zrobić największą przyjemność siostrzenicy,
                  która walczyła o linię za pomocą diety owocowo-warzywnej i mlecznej." - moim
                  zdaniem, oznacza to, że Pyza w "Imieninach" była już w trakcie diety i nawet
                  miała za sobą pierwsze sukcesy :)
                  Jakichś opisów rażących jej ekscesów przy stole rzeczywiście brak, ale moim
                  zdaniem ona jako dziecko była zbyt pulchna, a to nie bierze się z niczego.
                  • baba67 Re: Rysy, skazy, dysonanse 19.03.07, 11:15
                    Ja mysle, ze to sprawa genow-rzeczywiscie Pyza w Nutrii byla kraglusia,
                    przeciez Tygryska wychowano i wykarmiono w podobnych czasach. Miedzy Nutria a
                    Pyza bylo raptem 2 lata rozncy-jedna byla chudziutka, druga nie.
                    Wychowanie nie ma tu nic do rzeczy.
                    • the_dzidka Re: Rysy, skazy, dysonanse 19.03.07, 11:24
                      Między Pyzą a Laurą - nb wydaje mi się, że to nie Pyza była pulchna, tylko
                      Laura szczuplutka, i stąd to wrażenie co niektórych.
                      • emae Re: Rysy, skazy, dysonanse 22.04.07, 18:36
                        Tak jak u mnie... Zobaczyłam nieawno swoje zdęcia z dzieciństwa i szok! jaka ja
                        byłam szczupła! Zawsze uważałam się za co namniej pyzatą - a wszystko przez to,
                        że moja siostra była chudzielcem :)
                    • onion68 Re: Rysy, skazy, dysonanse 19.03.07, 15:20
                      Niekoniecznie. Często drugie dziecko wychowuje się trochę inaczej niż pierwsze -
                      z dużo mniejszym pietyzmem ;)- to apropos Pyzy i Tygrysa. Myślę, że zarówno
                      geny, jak i wychowanie ma tu coś do rzeczy. Jednak rzeczywiście, czasami dzieci
                      faszerowane idą w odwrotnym kierunku - niejadka, jak mała Aurelia.
                      • sevilay Re: Rysy, skazy, dysonanse 19.03.07, 15:39
                        Ja jeszcze w sprawie żywienia.
                        Z własnego dziecinstwa pamietam jak mama we mnie wpychała kaszkę,podobnie jak w
                        moje rodzeństwo,może wtedy panowało takie przekonanie,ze to dla dzieci
                        najlepsze? Moi bracia to juz mieli więcej szczęścia bo pokazały się takie
                        błyskawiczne kaszki,o smaku owocowym a ja i siotra to jeszcze takie mdłe
                        paskudztwo wtryniałyśmy.

                        Poza tym w tych czasach jak wiadomo były braki rynkowe i np. banana to pierwszy
                        raz zobaczyłam na oczy jak miałam 10 lat a pomarańcze jadło się tylko kilka razy
                        w roku przeważnie w święta (tak samo jak szynkę w mieście).
                        Krązyły też opowieści,ze kupna kiełbasa składa się w wiekszości z papieru
                        toaletowego i nawet teraz niektorzy nie polecają ją dawać małym dzieciom.
                        Zapewne część z Was te "stare,dobre lata" pamięta.Ja się załapałam na końcówkę
                        tego okresu a jednak mi to w pamięci zostało.Co innego ta Gaba mogła dziecku
                        dać? Może miala nadzieję,ze dziecku wystarczy sama kaszka,ale też znając swoją
                        córkę przygotowała sobie na wszelki wypadek jakąs alternatywę?

                        I teraz sobie uświadomiłam jaka ja wredna matka jestem (oj,oj,biedne moje
                        dzieci) bo ja to zawsze jak mi małe dziecko czegoś nie zjadło to próbowałam
                        jeszcze raz po jakimś czasie(podgrzewam i znowu proponuję,moze teraz zje?)
                        Paskuda ze mnie.No ale jak za drugim razem nie chce to dostaje co innego,może
                        Gaba taż już drugi raz próbowała;)


                • laura-gomez Re: Rysy, skazy, dysonanse 23.04.07, 10:36
                  "Obie córki Gabrieli ubrane były w płócienne czerwone szorty, które na Tygrysku
                  raczej wisiały, zaś na pulchnym tyłeczku Pyzy opinały się niemal do
                  ostateczności." (cytat z TiR)

                  zgadzam się, że dzieci zawsze naciągają dorosłych na słodycze i inne przysmaki,
                  zwłaszcza w wakacje, i nie jest to oznaką obżarstwa, czy też niepanowania nad
                  apetytem. Róża zawsze była okrągła, niegruba, ale bardzo szczupła też nie; z
                  figury przypominała swoją ciocię, Patrycję. moim zdaniem pociąg Pyzy do
                  jedzenia nie jest wynikiem błędów wychowawczych Gaby, tylko genów.
                  różnica pomiędzy Różą a Pulpecją jest taka, ze ta pierwsza w okresie
                  dojrzewania zaczęła się odchudzać, a ta druga w pełni akceptowała swoje
                  opływowe kształty.
    • nula8 Re: Rysy, skazy, dysonanse 16.03.07, 10:05
      He, he, chyba nie masz zbyt wielkiej rodziny, co? Z pozycji osoby wychowanej w
      domu pełnym żarłoków i łasuchów twierdzę, że są sytuacje, kiedy chowanie
      jedzenia jest jedyną szansą na zjedzenie go przy właściwej okazji. U mnie w
      domu na przykład wszyscy uwielbiają uszka. Babcia je robi sama i robi pysznie.
      Ale tylko raz w roku - taka tradycja. Oczywiście możnaby je zrobić także poza
      Wigilią, w końcu nie jest to jakaś szczególnie droga potrawa, ale to by je
      odarło z wyjątkowości, krótko mówiąc. A wyjątkowość potraw jest OK :)
      Ad rem - poza tym, co zjadamy podczas wieczerzy wigilijnej, reszta uszek
      natychmiast jest dzielona "na głowę". I każdy sobie chowa w swojej miseczce
      uszka, bo nie ufamy sobie nawzajem co do tego, że każdy się do swojej porcji
      ograniczy.
      Nadmieniam, że bieda u nas nie piszczy, najmłodszy członej rodziny na 20 lat, a
      na codzień jesteśmy ludźmi uczciwymi i brzydzimy się kradzieżą i oszustwem.
      Taka paranoja odbywa się raz w roku, ale podobne przejścia są często. Zwłaszcza
      jeśli coś, jak mazurki, ma być zjedzone dopiero w niedzielę wielkanocną, a
      pachnie w sobotę, kiedy u mnie w domu się pości :))). Pokusa jest nie do
      odparcia...
      • zieleniack Re: Rysy, skazy, dysonanse 16.03.07, 16:49
        Ano właśnie, u mnie czasem też tak jest. Najczesciej z jogurtami - kupuje sie
        zawsze po 1 na głowe, ale czasem mój brat, kiedy zobaczy, ze jakis jogurt dłużej
        (tzn wg niego wtedy, kiedy od razu nie został zjedzony, tylko np. na 2gi-3ci
        dzień) leży w lodówce, uważa, że nikt go nie chce (a to ja zazwyczaj zostawiam
        sobie, żeby mieć np. drugiego dnia na śniadanie) i zjada, mimo, że swój
        przydział już miał. Później sie tłumaczy, że nikt tego nie chciał, a wcale nie
        spytał. Żeby nie było, to nie dziecko, on ma 18 lat. Czasami tata mówi, zebym w
        takim razie sobie podpisała, że to moje, a od chowania to sie niewiele różni. Z
        reszta, żeby coś schować, to też nieraz słyszałam. "Schowaj sobie, bo ci
        zjedzą!" tylko dlatego, że nie zjadam rzeczy od razu po zakupie. Nie chodzi o
        to, że rodzinka jest niewychowana, a że są łasuchami.
        • meduza7 Re: Rysy, skazy, dysonanse 16.03.07, 22:06
          Tiaaaa, z łasuchami nie pogadasz. U mnie w domu mimo pracowitego dzielenia
          wszystkiego po równo, żeby było sprawiedliwie (np. torebki cukierków), zawsze
          ktoś coś komuś zeżarł. Bardzo często, przyznaję, osobą zeżerającą byłam ja, bo
          nie mieszkając już z rodziną, nie uczestniczyłam w dzieleniu, a jak leżało na
          wierzchu, to i święty by się skusił ;)
          • onion68 Re: Rysy, skazy, dysonanse 17.03.07, 12:17
            Dzięki za wypowiedzi :)
            Możecie nie wierzyć, ale wszelkie takie praktyki są mi obce i dlatego mnie
            zdziwiły u Gabrieli. Zawsze, gdy spodziewam się gości, robię po dwie blachy
            ciasta, właśnie po to, aby rodzina zaspokoiła swe łakomstwo przed godziną "0".
            Zapobiega to targom, przekomarzaniom, a także temu, że pociechy narobią mi
            wstydu swym niepohamowanym obżarstwem przy gościach. Jak wiadomo, na Borejkówny
            nie można było pod tym względem liczyć ;)
            • meduza7 Re: Rysy, skazy, dysonanse 18.03.07, 20:40
              Wiesz, odnoszę wrażenie, że to łakomstwo Borejkówien we wczesnej Jeżycjadzie
              spowodowane jest po prostu ich niedojadaniem na co dzień. No, może nie tyle
              niedojadaniem w ścisłym sensie (choć gdy Mama Borejko chorowała, dzieciom
              groziła przemiana w hinduskie szkielety), ale brakiem właśnie słodyczy, deserów
              itp. W tym przekonaniu utwierdził mnie zwlaszcza "Łasuch literacki" z opisami
              skromnych posiłków (te kanapki smarowane margaryną, ohydną w smaku lecz za to
              tanią) i pojawiającym się przy którymś przepisie stwierdzeniem, że siostry
              Borejko i tak pożrą wszystko, co się przed nimi postawi. Była też wzmianka, że
              przy jedzeniu nikt nie grymasi, bo któraś z sióstr mogłaby się zająć porcją
              grymaśnicy.
              • ginestra Mały jakby off-topic choć się wiąże 22.03.07, 19:51
                To co chcę napisać nie do końca wiąże się z rysami, skazami i dysonansami
                odnoszącymi się do charakteru postaci, ich wyznawanych wartości itp., ale temat
                ten można rozumieć także jako taki dysonans w książce, w sensie jakiejś sceny,
                która coś burzy, jakoś negatywnie zapada w pamięć itp.

                Dziewczyny pisały wcześniej o tym robieniu sałatki przez Milę i Monikę, przy
                której to czynności ścierały sobie manicure, że potem trudno się pozbyć wizji
                tych paznokci i odprysków lakieru w sałatce.

                Mi natomiast jakoś tak negatywnie zapadła w głowę scena (z JT albo z Żaby), w
                której Józinek poszedł do łazienki z komiksami czy innymi lekturami i tam sobie
                z tej łazienki korzystał nadsłuchując rozmowy o ciąży Róży, którą snuli
                domownicy nie wiedząc, że on jest w tej łazience. No i mnie tak jakoś ten opis
                Józinka udającego się do tej łazienki i tego jak tam dalej ten wątek był
                pociągnięty, trochę skonsternował swoim realizmem i w ogóle. Ja myślę, że to był
                pewien dysonans. Wolałabym, żeby było opisane, że on był gdzieś w pokoju obok
                czy coś i słyszał tę rozmowę, albo że się na przykład kąpał.
                Nie wiem czy i w was to wzbudziło takie zażenowanie jak we mnie..

                Apropos, trochę ostatnio nasze forum przygasło - pewnie wiosna? ;)
                Pozdrawiam!
                • sevilay Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 22.03.07, 20:42
                  A owszem ja w związku z Józinkiem w łazience miałam dokladnie takie same
                  odczucia.Widzę,ze nie jestem w tym osamotniona.
                  • sevilay Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 22.03.07, 20:50
                    a jeszcze w sprawie Józinka - dla mnie dysonansem i to dużym jest to,że on tak
                    często bije Ignasia.Nie jest już w końcu trzyletnim dzieckiem i mógłby nad
                    emocjami panować.A poza tym ta Mila uważająca,że Józinek sie zachowuje jak
                    mężczyzna w kazdej sytuacji... Hmm...Czy ona jest zwolenniczka tezy,ze prawdziwy
                    męzczyzna to taki co bija żonę? Niby mówią,że " jak się baby nie bije to jej
                    watroba ugnije".A podobno wsród Romów panuje przekonanie,"Ze jak Rom nie bije to
                    nie kocha".
                    Niby już się z Ignasiem pogodzili ale widać,że to tylko tak pozornie.Czy oni
                    całe życie będą się naparzać?
                    To jest normalnie przemoc w rodzinie.
                    • onion68 Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 22.03.07, 21:21
                      No właśnie, to dziwne, że upodobania Mili z biegiem lat tak bardzo w kierunku
                      maczyzmu idą... Czyżby odreagowywała to, że sama wyszła za, nie bójmy się tego
                      słowa, safandułę? ;)
                    • ginestra Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 23.03.07, 14:06
                      Tak, mnie też dosyć mocno razi taka pobłażliwo - żartobliwa forma pisania w
                      Jeżycjadzie o przemocy, tolerowanie jej, a wręcz pozytywne nastawienie do niej w
                      przedstawianiu postaci Józinka (pisaliśmy o tym sporo w wątkach w obronie
                      Ignasia). Ja wiem, że chłopcy (w pewnym wieku) mają potrzebę takich zabaw
                      "zapaśniczych" i testowania swojej siły, męskości, dominacji itp. natomiast w
                      relacji Józinek - Ignacy Grzegorz to wcale nie jest to. Tam jest po prostu masa
                      przemocy i dokuczania - takiego znęcania się nad słabszym (słowo znęcanie pasuje
                      tu jak najbardziej, bo z definicji oznacza ono dokuczanie powtarzające się, a
                      tak w tym przypadku jest) przy kompletnej niefrasobliwości dorosłych czy nawet
                      cichym poklasku Mili. Zupełnie tego nie rozumiem i jest to naprawdę wielka rysa
                      i dysonans. Zwłaszcza gdy sobie przypomnimy Lisieckich, gdzie takie zachowanie
                      było potępione jednoznacznie.

                      No i jest moim zdaniem w Jeżycjadzie, gdzieś w tle, takie lekko zarysowane
                      poczucie, że brutalność jest "męska". Widać to właśnie w tym sprzyjaniu
                      Józinkowi przez Milę, że niby rośnie z niego prawdziwy facet, w tym, że rozbicie
                      telewizora miską z pierogami przez Ignacego B. potraktowane jest jako taki nic
                      nie znaczący epizod, wręcz humorystyczny (a wyobraźmy sobie jak to mogło
                      wyglądać naprawdę, no i jaki on musiał być ogólnie jako człowiek skoro coś
                      takiego zrobił, bo to się nie bierze z niczego. Rozumiem gdyby ktoś go skrajnie
                      męczył, właśnie dręczył czy coś i on by już nie wytrzymał nerwowo i rzucił czym
                      popadnie w ten telewizor, ale ta scena jest inna, wystarczy sobie ją przeczytać
                      i wyobrazić w realu. Jest w tej scenie naprawdę zastanawiające wiele rzeczy, a
                      zwłaszcza reakcja otoczenia na to zachowanie, no i jest też zastanawiające jest
                      ich dalsze życie, takie harmonijne i zgodne, taki spokojny filolog itp. - coś
                      jest tu niespójne łagodnie mówiąc.) I jeszcze w innych momentach ta brutalność
                      jest jakby tak zasugerowana, też niby w taki żartobliwy sposób.
                      Na przykład w którejś z wcześniejszych książek (była też o tym mowa na forum)
                      Ignacy B. mówi o wychłostaniu córki "nahajem po białych plecach". A potem ten
                      sam zwrot jest przytoczony w Imieninach. Mówi go Grzegorz niby żartobliwie o
                      Gabie, że jeśli będzie tyle pracować (czy coś innego?) to ją wychłoszcze
                      "nahajem po białych plecach". I oboje się śmieją itp. Tam według mnie jest coś
                      na rzeczy. Ta przemoc (nie używam słowa agresja, bo agresja jest neutralna, a
                      przemoc to czynienie drugiej osobie krzywdy ze świadomością tego) jest tam jakby
                      ukryta, okiełznana, obecna tylko w obrazowaniu, ale jakoś atrakcyjna..?
                      O czym mogą te przykłady świadczyć? Może jednak moje wrażenie jest za ostre?

                      Co do takich stereotypowych wyobrażeń i powiedzeń o przemocy w rodzinie, to
                      zgadzam się z Sevilay, że jeszcze wiele z nich pokutuje, niestety. Podobnie
                      szkodliwe są takie powiedzenia jak "swoje brudy należy prać we własnym domu"
                      albo "każdy musi nieść swój krzyż" w kontekście znoszenia przemocy i nie
                      szukania pomocy i wyjścia z sytuacji, wstydzenia się komukolwiek powiedzieć o
                      swojej sytuacji i ukrywania jej. Jak to dobrze, że się podejście do tego tematu
                      powoli zmienia.
                      Pozdrawiam!
                      • verdana Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 23.03.07, 15:08
                        O nahaju to chyba Ignacy Borejko i to w konwencji 100% zartobliwej, więc o
                        przemocy mowy nie ma. Jesli tak, to w naszym domu jest przemoc na okrągło - mam
                        wrazenie, ze czasem takie zartobliwe nawiazywanie do przemocy wiąże się własnie
                        z widzeniem jej niestosownosci i absolutną niemożnoscią zastosowania w
                        praktyce.
                        Natomiast dla mnie absolutnie nie do przyjęcia jest zachowanie Filipa Bratka w
                        NiN. Te kajdanki to dla mnie dno. Nastepnie sledzenie i nekanie - to ma byc
                        obrona brata? To zwykle chamstwo i przestepstwo. Zglosilabym sprawę na policję.
                        Autentyczna przemoc. Do tego dochodzi Mamert, bijacy dzieci pasem.
                        • zieleniack Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 26.03.07, 20:07
                          nad Mamertem i biciem pasem toby sie nikt na policji nie zajął, bo bicie pasem
                          to typowa metoda wychowawcza tamtych czasów, a nawet późniejszych przecież
                          (sama dostawałam i pamiętam ten lęk przed pasem). Jak dla mnie Mamert bijący
                          pasem to taki obraz typowego polskiego rodzica. Nie chodzi o to, ze popieram
                          bicie dzieci, ale o to, ze to sie praktykuje w wielu domach. Przez to, ze sama
                          dostawałam pasem, to ten fragment emocji we mnie nie wzbudził.
                        • ready4freddy Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 26.03.07, 22:26
                          no, o tym to juz tyle razy wspominalem, ze az mi do glowy nie przyszlo w tym watku. tak jest, obywatel Nerwus to rasowy stalker, do zgloszenia wladzom i obserwacji, najlepiej przez kompetentnego doktora (nie Mamerta, nie). z tym
                          biciem pasem to akurat taka symbolika raczej, ja to widze jako wielki teatr "kara za straszliwe winy", ale konczy sie na straszniu tak naprawde. patrze z ze znanej mi perspektywy dziecka, nie rodzica, zeby bylo jasne. nie bylbym Mamertem, na ile sie znam :)
                      • agnieszka_azj Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 23.03.07, 17:40
                        ginestra napisała:

                        > No i jest moim zdaniem w Jeżycjadzie, gdzieś w tle, takie lekko zarysowane
                        > poczucie, że brutalność jest "męska". Widać to właśnie w tym sprzyjaniu
                        > Józinkowi przez Milę, że niby rośnie z niego prawdziwy facet, w tym, że
                        rozbicie
                        > telewizora miską z pierogami przez Ignacego B. potraktowane jest jako taki nic
                        > nie znaczący epizod, wręcz humorystyczny (a wyobraźmy sobie jak to mogło
                        > wyglądać naprawdę, no i jaki on musiał być ogólnie jako człowiek skoro coś
                        > takiego zrobił, bo to się nie bierze z niczego. Rozumiem gdyby ktoś go
                        skrajnie
                        > męczył, właśnie dręczył czy coś i on by już nie wytrzymał nerwowo i rzucił
                        czym
                        > popadnie w ten telewizor, ale ta scena jest inna, wystarczy sobie ją
                        przeczytać
                        > i wyobrazić w realu. Jest w tej scenie naprawdę zastanawiające wiele rzeczy, a
                        > zwłaszcza reakcja otoczenia na to zachowanie, no i jest też zastanawiające
                        jest
                        > ich dalsze życie, takie harmonijne i zgodne, taki spokojny filolog itp. - coś
                        > jest tu niespójne łagodnie mówiąc.)

                        Przeciez właśnie tak było - że "ktoś [a konkretnie towarzysz Gomułkai wladza
                        ludowa] go skrajnie męczył, właśnie dręczył czy coś i on by już nie wytrzymał
                        nerwowo i rzucił czym popadnie w ten telewizor".
                        Kompletnie nie czujesz atmosfery tamtych czasów. Ja miałam okazję wysłuchać
                        tego przemówienia juz w latach osiemdziesiątych, w czasie studiów, ale
                        pamietam, ze byłam nim wstrząśnieta - tą wylewającą się w ekranu nienawiścią i
                        tą salą ryczącą jak podczas przemówień Hitlera.
                        Jestem przekonana, że Ignacy nie był wówczas odosobniony w swoim odruchu, tylko
                        nie wszyscy mieli pod ręką półmisek z pierogami. ;-) To wcale nie był epizod
                        humorystyczny, tylko bardzo tragiczny - koniec złudzeń związanych ze Gomułkąi
                        Październikiem'56.

                        > Na przykład w którejś z wcześniejszych książek (była też o tym mowa na forum)
                        > Ignacy B. mówi o wychłostaniu córki "nahajem po białych plecach". A potem ten
                        > sam zwrot jest przytoczony w Imieninach. Mówi go Grzegorz niby żartobliwie o
                        > Gabie, że jeśli będzie tyle pracować (czy coś innego?) to ją wychłoszcze
                        > "nahajem po białych plecach". I oboje się śmieją itp.

                        "Nahajem po białych plecach" to cytat z "Pana Włodyjowskiego" - tak Azja
                        traktował swoją brankę (Ewka Nowosielska to chyba była).
                        W "Idzie sierpniowej" (chyba) jest to użyte zdecydowanie żartobliwie, a Ignacy
                        chce w ten sposób ukryc dumę z córki.
                        Określenie w podobny sposób uzywane jest często w mioim domu, podobnie jak
                        groźba, że urządzę moim córkom "kęsim, kęsim" ;-)))
                        • ginestra Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 23.03.07, 20:14
                          Witam,
                          jeśli chodzi o tamte czasy, to myślę, że odczucie tych wydarzeń mam dobre.
                          Jestem rocznikiem '71 i wprawdzie wydarzeń marcowych, o których mowa, nie znam
                          bezpośrednio, ale znam je - oraz inne aspekty tych czasów - z filmów, reportaży,
                          jakichś artykułów czy książek wspomnieniowych, z opowiadań bezpośrednich (np.
                          osób z rodziny) itp. Tudzież czasy późniejsze - z własnych już wspomnień Nie
                          chciałam umniejszać tego co się wtedy działo i jakie to było tragiczne i smutne
                          i budzące wściekłość i rożne najsilniejsze i najtrudniejsze w przeżywaniu
                          uczucia. Chodziło mi tylko o samą tę sytuację (z rozbiciem telewizora), bo rzecz
                          w tym, żeby ją sobie wyobrazić __realistycznie__, tak jakby się działa na
                          naszych oczach, na przykład w naszym domu.

                          Na przykład gdyby Agnieszko Twój mąż kiedyś podczas oglądania strasznych i
                          tragicznych rzeczy w telewizji tak się tym zdenerwował, że przy Tobie, przy
                          Waszych malutkich dzieciach nagle stał się jakby niepoczytalny, krzyczał,
                          wstawał gwałtownie, nie dawał się uspokoić, wreszcie nagle chwycił ze stołu
                          ciężki przedmiot i rzucił nim w telewizor. Telewizor wybucha, słychać ten
                          straszny huk pękającego jak bomba kineskopu, dźwięk tłuczonego szkła, pojawia
                          się __ogień__ i dym. Mąż nadal się miota, Twoja mama coś do niego mówi, żeby się
                          uspokoił, a on wrzeszczy na nią na całe gardło. Mama wychodzi. Co czują wtedy
                          Wasze małe dzieci, które od dłuższego już czasu były świadkiem napiętej,
                          nienaturalnej atmosfery, że coś strasznego i niezrozumiałego się dzieje, rodzice
                          - zmartwiali i nieobecni duchem - od kilku dni oglądali ciągle w telewizji
                          jakieś straszne komunikaty i przemówienia, teraz od wielu godzin siedzi u Was
                          sąsiadka, która jest załamana i płacze i wszyscy dorośli z chwili na chwilę są
                          coraz bardziej przejęci i pełni grozy, nikt dzieciom nic nie tłumaczy. W końcu
                          przychodzi babcia - przyniosła pierogi, super, może wreszcie będzie jakoś
                          normalnie, ale nie - tata chwycił nagle tę miskę i rzucił nią w telewizor.
                          Telewizor rozbija się, jest huk, ogień, dym, chaos, tata dziwny i straszny. Mama
                          bezradna, coś mu perswadowała, ale ją odpychał zanim rzucił w ten telewizor.
                          Babcia poszła..
                          Dzieci - zaręczam, że na pewno są w ciężkim szoku i braku poczucia
                          bezpieczeństwa... To co odczuwają to czysta groza i przerażenie.

                          A co robią małe Borejkówny przy tej scenie? - otóż "krzyczą z radości", tak
                          pisze Autorka. Gizela wychodzi i zostawia całą gromadkę, więc nie wiemy co dalej.

                          Co dalej dowiadujemy się z dalszych fragmentów. Otóż Gizela opowiada o zajściu
                          swojemu partnerowi, który do tej sceny odnosi się pobłażliwie, żeby wybaczyła
                          Ignacemu, że każdy by się zdenerwował, jest lekko rozbawiony, coś takiego mówi,
                          że i sam by tak chętnie zrobił. No tak, to przecież tylko takie "zdenerwowanie",
                          nic się przecież nie stało. (A zresztą, wszystkiemu winien przecież Gomułka - w
                          domyśle - przypis mój).

                          Potem Gizela idzie do księdza, spowiada się, że trudno jej wybaczyć zięciowi.
                          Ksiądz tłumi z trudem rozbawienie tą sceną, wręcz śmiech. Tłumiąc to rozbawienie
                          właśnie, mówi jej, że właściwie nie dziwi się Ignacemu, każe jej wybaczyć mu,
                          udziela jej za pokutę odmówienie 3 razy Alleluja.
                          Gizela spotyka za jakiś czas Milę, która jest taka jakby nigdy nic. Gizela jest
                          obrażona na Ignaca i nie chodzi do nich. (Czy dzieciom ktoś z dorosłych
                          cokolwiek wyjaśnił, czy ktoś zdjął z nich poczucie zagrożenia, chaosu? To
                          przeżycie tak czy owak będzie w nich tkwiło do końca życia, to nie jest takie
                          hop siup, taki epizod. Szkoda, że Gizela nie odwiedzała ich, moim zdaniem.)

                          Reasumując, nie wiem czy byłaś Ty (czy ktoś inny z forumowiczów) w takiej
                          sytuacji, gdzie byliście świadkiem tego, że ktoś obok Was zrobił coś właśnie w
                          tym stylu co Ignacy. Czy byliście w sytuacji kiedy ktoś wpada w szał i rzuca
                          czym popadnie albo też robi coś innego - skrajnie chaotycznego, przemocowego,
                          groźnego - tym bardziej ktoś bliski, tym bardziej przy dzieciach. Nie wiem czy w
                          ogóle, w realu, takie reakcje otoczenia na to wydarzenie jak te opisane byłyby
                          możliwe. Nie wiem co myślicie.

                          A Mila i Ignacy? Czy nie jest prawdopodobne, że innym razem, Ignacego znów "coś"
                          zdenerwuje (znów winne będzie "coś" nie on), tak dalece, że chwyci on ciężki
                          przedmiot i rzuci nim w Milę?
                          I jeszcze jedno - Ignacego nikt nie dręczył. Oczywiście ktoś może być tak
                          wrażliwy i tak pełen empatii do pokrzywdzonych, że przeżywać będzie przemówienie
                          Gomułki tak boleśnie, że rozbije telewizor. A może ten wrażliwy człowiek kiedy
                          indziej będzie tak przeżywał, że zupa jest za słona albo, że woda głośno kapie z
                          kranu (wierzę, że to może być dla niego autentyczne cierpienie, nie ironizuję,
                          nie polemizuję z odczuciem, które może być faktem: on to naprawdę tak dotkliwie
                          przeżywa), że ten człowiek chwyci coś i tym czymś kogoś na przykład zabije. Czy
                          jednak jest usprawiedliwiony? A może jest chory lub zaburzony i powinien się leczyć?

                          No to kończę i pozdrawiam..



                          • agnieszka_azj Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 23.03.07, 21:21
                            Akurat mojego męża jestem sobie w stanie wyobrazić w takiej akcji, bo jest
                            porywczym człowiekiem. Na szczęście teraz nie jesteśmy świadkami aż tak
                            wstrząsających wydarzeń, więc zdarza mu się tylko kłócić z politykami w
                            telewizorze z użyciem słow powszechnie uznanych za obraźliwe (jesli w poblizu
                            nie ma dzieci) ;-)))

                            Mi osobiście zdarzyło się (do czego przyznalam sie kiedyś na innym forum) w
                            przypływie furii wywolanej nie przez I sekretarza, tylko przez moje wlasne
                            dzieci, rzucić w ścianę niepozorną muffinką - trafiłam w zegar, ktory spadł na
                            kaloryfer i rozbił się w drobny mak ;-) Z Ignacym było troche podobnie, efekty
                            specjalne (tzn. - wybuch kineskopu, ogień i dym) wyszły mu niechcący.

                            Nie zgodzę się z Tobą w jednej sprawie:
                            > I jeszcze jedno - Ignacego nikt nie dręczył. Oczywiście ktoś może być tak
                            > wrażliwy i tak pełen empatii do pokrzywdzonych, że przeżywać będzie
                            przemówienie
                            > Gomułki tak boleśnie, że rozbije telewizor.

                            Dla mnie to było dręczenie ludzi - nie tylko Ignacego. Sięgnięcie do
                            najgorszych wzorców antysemityzmu, wywoływanie takiej prymitywnej nienawiści
                            zaledwie 20 lat po wojnie dla choć odrobinę wrażliwego człowieka było
                            wstrząsające.
                            Miałam wtedy 2 lata, więc nie pamietam. Jak przez mgłę pamietam natomiast
                            marzec'68, bo przyjechalismy wtedy do Warszawy i pierwszy raz widziałam osobę w
                            stanie autentycznego ataku histerii - kuzynkę pobitą na Krakowskim
                            Przedmieściu. Plecy sine od pałek też widziałam wtedy po raz pierwszy. Też mi
                            niewiele tłumaczono, bo chyba rodzice nie wiedzieli jak.
                            Pożegnania wyjeżdżających wówczas znajomych też pamiętam. To wspomnienie
                            wróciło do mnie, gdy pierwszy raz usłyszałam piosenkę Młynarskiego "Tak jak
                            malował pan Chagalle".
                            • verdana Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 23.03.07, 22:32
                              Ja pamiętam marzec. Pamietam posiniaczoną nauczycielke angielskiego. Pamiętam
                              strach rodziców. I rzucenie czymkolwiek w telewizor uważam za słuszne,
                              zrozumiałe i wręcz wychowawcze.
                              • onion68 Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 24.03.07, 12:43
                                To są dwie strony tego samego medalu. Stosując metody prześladowcy stajemy w
                                pewnym sensie z nim w jednym szeregu.
                                Wiem, że w tej scenie nie ma akurat prostego przełożenia, bo Ignacy nie siniaczy
                                nikogo, ale powstaje wrażenie, jakby agresja była rozwiązaniem.
                                Przypomina mi się tu stary, dobry Terry Pratchett:
                                "-He did!
                                -And you don't. That's because you're not him!"
                                • baba67 Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 24.03.07, 16:26
                                  Wyladowywanie zlosci na sprzetach abu nie wyladowywac jej gdzie indziej to jest
                                  sprawa temperamentu a nie bycia zlym lub dobrym.
                                  W ogole z Twoich postow wynika, ze masz zycie nie z tej ziemi zaradny maz,
                                  idealne dzieci, nie dziwne ze nic Cie nie denerwuje i wszystkich traktujesz
                                  wszechogarniajacym serduchem i w ogole kazdy objaw irytacji to dla Ciebie jakis
                                  szok swiadczacy o zlym charakterze, a kazdy normalny odruch samoobrony przed
                                  rodzina po prostu skrajnym egoizmem.
                                  Wszyscy sa milusi i cacusi, a Oblonski to ideal meza i ojca, no teraz nareszcie
                                  zaczelam Cie rozumiec.
                                  Mnie tam obraz swiata przyprawiakacy o bol zebow z tej slodyczy nie pasuje.
                                  Normalne ludzkie slabostki i reakcje nie wykluczaja glebokiej milosci i oddania.
                                  Oddalabym zycie za mojego syna, ale nie zamierzam mu pozwalac na wyzeranie
                                  mojej porcji sernika i juz.
                                  • onion68 Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 25.03.07, 05:05
                                    Uff.
                                    Moja sytuacja osobista ma na pewno wpływ na to, w jaki sposób postrzegam świat.
                                    Ale mylisz się sądząc, że moje życie jest jakąś idyllą, a już na pewno nie są
                                    idealnymi moje dzieci, ani też nie uważają mnie za idealną matkę (czy któreś
                                    dzieci uważają). Żeby nie przedłużać tematu (o mnie, co za pokusa ;) powiem
                                    tylko, że jest ono dość uporządkowane, mimo że poruszam się po dwóch polach
                                    permanentnego potencjalnego konfliktu: mieszkam w wielopokoleniowym domu i
                                    pracuję z mężem w jednej firmie (między innymi jego, jest więc moim szefem). I
                                    układa się dzięki ciągłym negocjacjom, mediacjom, wzajemnej empatii i
                                    przechodzenia do porządku dziennego nad sprawami mało ważnymi.
                                    Nie pisałam, że Obłoński to ideał, ale że jego wady są dla mnie do zniesienia.
                                    Na pewno bardziej, niż awanturnictwo domowe.
                                    Czy to coś złego, że staram się szukać dobrych stron? ;) Ponieważ, jak Joanna
                                    Chmielewska, przeważnie jestem na diecie (ze wzlotami i upadkami), pozbawiona
                                    sernika cieszę się, że tylu kalorii uniknęłam ;)Nie oznacza to, że pozwalam
                                    swoim dzieciom na wszystko.
                                    Zaradny, zaradny. Jak choćby przypadki Robrojka wskazują, we własnej firmie
                                    wypadki różnie mogą się potoczyć.
                                    • baba67 Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 25.03.07, 13:53
                                      Ja wszak nigdzie nie napisalam, ze szukanie dobrych stron jest zle, wrecz
                                      przeciwnie jest dobre, sama tak robie.
                                      Chcialam tylko napisac ze rozni sa ludzie rozna ich sytuacja rodzinna,
                                      wychowanie i z tego wynika rozne postrzeganie swiata. Ja mam tak, Ty masz tak.
                                      To ze ktos gwaltownie wyraza swe emocje w zadnym wypadku nie przekresla to nikogo.
                                      Nie kazda gwaltowna reakcja jest awantura, nie kazda awantura jest niepotrzebna
                                      i szkodliwa.
                                      Ja predzej znioslabym gwaltowny temperament meza(gdyby go mial, ale wiem co to
                                      znaczy) niz koniecznosc mieszkania w wielopokoleniowej rodzinie.
                                      Na sama mysl o mieszkaniu z kimkolwiek poza meza i dziecmi odczuwam panike i
                                      zaczynam miec depresje.
                                • agnieszka_azj Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 24.03.07, 20:35
                                  Onion,
                                  ja bym raczej powiedziała, że "czasami człowiek musi, inaczej się udusi" ;-)))
                                  Nawet stoik.

                                  Zresztą mąż Gizeli też mówił, że "nie może juz patrzeć na tego Gomułę po tym,
                                  jak oszukał cały naród, i że sam by nawet chętnie rzucił czymś w telewizor."
                                  • onion68 Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 25.03.07, 04:48
                                    Zgoda :)
                                    Ale można wyrazić targające nami emocje werbalnie, na ten przykład.
                                    Mam wrażenie,że obecnie treści przekazywane przez telewizor są mi nie mniej
                                    nienawistne, niż to, co mówił tow. Wiesław do narodu w 1968.
                                    Nie tłukę telewizora (to weteran, jest z nami już chyba ze 12 lat), ani nie
                                    włączam go zbyt często.
                                    • agnieszka_azj Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 25.03.07, 10:39
                                      onion68 napisała:

                                      > Mam wrażenie,że obecnie treści przekazywane przez telewizor są mi nie mniej
                                      > nienawistne, niż to, co mówił tow. Wiesław do narodu w 1968.

                                      Onion,
                                      jeśli nadal nie chwytasz różnicy między telewizją w kraju demokratycznym a
                                      propagandą w czasach totalitarnych, to ja się poddaję :-(((
                                      • agnieszka_azj Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 25.03.07, 11:05
                                        Jeszcze jedno - dziś o 22,45 na TVN bedzie filmo dokumentalny "Dworzec
                                        Gdański" - obejrzyj, może coś zrozumiesz.
                                      • onion68 Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 25.03.07, 15:06
                                        Ależ chwytam. Co nie zmienia faktu, że do następnych wyborów jestem i tak
                                        bezsilna, a i wtedy nie wiadomo, na co da się nabrać większość.
                                        Swoją drogą, zabawne jest obserwować, jak była demokratyczna opozycja z czasów
                                        PRL próbuje się bawić w te same klocki, co ówcześni prześladowcy. Wystarczy
                                        włączyć TVP1, niezbyt wiele tam miejsca dla poglądów odbiegających od linii
                                        rządzących,czyż nie.
                                      • ready4freddy Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 26.03.07, 22:40
                                        ja tez mam problemy z dostrzezeniem tych roznic, coraz wieksze niestety. ale ja z daleka patrze, na szczescie.
                                        a tak swoja droga.. ciekawe, czy Ignac rzucajac talerzem w tow. Wieslawa wspomnial przez moment wydarzenia sprzed zaledwie 12 lat. z tego samego Poznania. i ich mozliwe rozwiniecie. a tak sie zastanowilem..
                          • the_dzidka Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 27.03.07, 12:02
                            (...)
                            > A co robią małe Borejkówny przy tej scenie? - otóż "krzyczą z radości", tak
                            > pisze Autorka.

                            Tak, też wydało mi się to w takiej sytuacji wysoce nieprawdopodobne, jedno z
                            bardziej nieprawdopodobnych zdarzeń w Jeżycjadzie. Które dziecko, w dodatku w
                            tak napiętej atmosferze, będzie krzyczeć z radości na widok _wybuchającego_
                            telewizora?! Z przerażenia, to na pewno.
                        • onion68 Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 24.03.07, 10:09
                          > Przeciez właśnie tak było - że "ktoś [a konkretnie towarzysz Gomułkai wladza
                          > ludowa] go skrajnie męczył, właśnie dręczył czy coś i on by już nie wytrzymał
                          > nerwowo i rzucił czym popadnie w ten telewizor".
                          > Kompletnie nie czujesz atmosfery tamtych czasów. Ja miałam okazję wysłuchać
                          > tego przemówienia juz w latach osiemdziesiątych, w czasie studiów, ale
                          > pamietam, ze byłam nim wstrząśnieta - tą wylewającą się w ekranu nienawiścią i
                          > tą salą ryczącą jak podczas przemówień Hitlera.
                          > Jestem przekonana, że Ignacy nie był wówczas odosobniony w swoim odruchu, tylko
                          >
                          > nie wszyscy mieli pod ręką półmisek z pierogami. ;-) To wcale nie był epizod
                          > humorystyczny, tylko bardzo tragiczny - koniec złudzeń związanych ze Gomułkąi
                          > Październikiem'56.

                          W ocenie tego wyskoku (chyba to za łagodne określenie, ale na razie inne nie
                          przychodzi mi do głowy) Ignacego, zgadzam się z Ginestrą. Moim zdaniem to typowa
                          reakcja słabego człowieka, który swoją frustrację musi wyładować na kimś lub w
                          tym przypadku również na czymś niewinnym. Jakże znamienne jest to, że działanie
                          jest nie konstruktywne, a destrukcyjne ;) Rzeczywiście, jak musiały to odczuć
                          żona i dzieci, jak ucierpiały stosunki w rodzinie, nie wspominając o dobytku.
                          łatwo niszczyć coś, czego się nie kupiło, nie zrobiło własnym wysiłkiem (te
                          pierogi - wiem, ile czasu pochłania ich produkcja, przynajmniej moimi
                          niewprawnymi rękoma, telewizor też był chyba prezentem od Gizeli?). Bezrozumna
                          agresja w czystej postaci. Od miłośnika dorobku filozofii greckej, człowieka
                          pracującego nad sobą, można chyba oczekiwać innego zachowania. Co by na to Marek
                          Aureliusz, stoi, na to powiedział? Chyba on coś takiego napisał, że w
                          najgorszych okolicznościach jest takie miejsce, gdzie się można schronić - w
                          sobie, tzn. ja to właśnie tak odbieram, że praca nad własnym charakterem polega
                          na tym, że okoliczności zewnętrzne nie mogą tak łatwo usprawiedliwiać naszej
                          porywczości czy podłości - nasze postępowanie powinno być zgodne z naszym
                          wewnętrznym kodeksem w każdej sytuacji. Nie odbierajcie tego jako jakiegoś
                          kazania ;) Chodzi mi o to, że ponownie ujawnia się rozbieżność między
                          deklaracjami a postępowaniem Ignacego. On te swoje wartości wyznaje tylko w
                          mowie. Oczywiście, chętnie widzi zastosowanie się do nich w postępowaniu innych
                          osób, sam natomiast chętnie stawia się ponad tymi zasadami.
                          • verdana Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 24.03.07, 18:05
                            Czy uznałabyś też za frustrata i słabego człowieka Niemca, który słuchając
                            przemówienia Hitlera na temat Żydów, zamiast powiedzieć "Oj, nie zgadzam się z
                            tym człowiekiem" bierze radio i ciska nim o podłogę? Ja raczej uznałabym, ze
                            dał dobry przykład dzieciom i wiele je nauczył.
                            • onion68 Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 25.03.07, 04:44
                              Tak, uznałabym, jeżeli ten gest miałby wystarczyć za cały sprzeciw. Zależy, czy
                              ten człowiek byłby w stanie otwarcie przeciwstawić się złu. Ale w takim
                              przypadku taka zastępcza aktywność w postaci rzucenia radia uczy tylko
                              bezsilnego wyładowywania złości, w tym jak sądzę, złości na siebie, za swoją
                              słabość.
                              W ludziach typu Hitler, Gomułka nie to było najstraszniejsze, że byli jacy byli,
                              ale to, że tyle osób za sobą pociągnęli.
                              Wiem, że łatwo pisze się takie rzeczy siedząc wygodnie przy komputerze i czując
                              się względnie bezpiecznie (tego nigdy nie możemy być pewni :) Ale tamci ludzie
                              żyli rzeczywiście w atmosferze permanentnego niebezpieczeństwa.
                              Nie wiem, jak ja bym się zachowała. Ale, na litość boską, jeśli zaczniemy uważać
                              takie akcje za sprzeciw wobec Zła i złego systemu, to przyznajmy od razu dodatki
                              kombatanckie 70% społeczeństwa.
                          • ginestra Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 24.03.07, 18:18
                            Witam znów,
                            zgadzam się z Onion68.
                            Właśnie. Moim zdaniem trzeba pracować nad sobą. Na wiele rzeczy w nas samych nie
                            jesteśmy w stanie w takim "tu i teraz" poradzić, ale naprawdę możemy się
                            __starać__, dążyć do jak największej świadomości tego co się dzieje w nas i na
                            zewnątrz. Jeśli jest to za trudne, z powodu jakichś obciążeń z przeszłości, z
                            rodziny pierwotnej itp., które sprawiają, że mogą nas nagle zalać jakieś uczucia
                            i pod ich wpływem robimy coś strasznego, zwłaszcza wymierzonego w innych ludzi
                            lub narażającego ich, to naprawdę widząc to, analizując, wyciągając wnioski z
                            tych zachowań możemy iść po pomoc psychologa czy jakąś inną pomoc. Ja będę dalej
                            utrzymywać, że rzucenie miską w telewizor to co innego niż walnięcie pięścią w
                            stół, rozpłakanie się, rzucenie mufinką, kapciem, czy jakieś inne - nie
                            przemocowe - wyrażenie swojej frustracji, __niezgody__ na coś, sprzeciwu wobec
                            czegoś, tego, że mamy już dość.

                            Chodzi mi o to, że w realu taka scena jest naprawdę okropna. I potem zbieranie
                            tych resztek telewizora, resztek miski i tych pierogów wszędzie - te pierogi,
                            jak sobie wyobrażę, to widzę je jako coś bardzo smutnego, coś co zostanie w tych
                            dzieciach zwłaszcza jako żywe i smutne wspomnienie: że na dywanie leżały te
                            pierogi i mama je zbierała itp.

                            Tak jak Marek Aureliusz zacytowany przez Onionkę mówił, że trzeba dbać o ten
                            świat w sobie, tak następną rzeczą jest dbanie o to by dzieci - które przecież
                            są niewinne - chronić. No i liczyć się z innymi ludźmi. Gdyby Ignacy liczył się
                            z kimkolwiek - do tego by nie doszło. :( [dygresyjnie powiem, że jak ktoś
                            oglądał film "Życie jest piękne" Roberto Benigniego, to będzie wiedział o co mi
                            chodzi. Film jest taki trochę "nierealistyczny", ale mówi właśnie o ojcu, który
                            chroni ze wszystkich sił swoje dziecko gdy wokół szaleje zagłada - a chroni je w
                            sposób bardzo szczególny i brawurowy - choć sam jest przerażony].

                            I jeszcze - dlatego tak chciałam, żebyście sobie wyobrazili taką scenę w realu,
                            bo takie sceny naprawdę się zdarzają i nie są humorystyczne i nie są niczym
                            lekkim, żeby o nich tak lekko pisać, jak pani MM. W naszym kraju oficjalnie ok.
                            40% dorosłych ludzi to DDA (dorosłe dzieci alkoholików lub ludzie z rodzin
                            dysfunkcyjnych). Nierzadko ludzie ci jako dzieci widzieli coś podobnego do tej
                            sceny, coś co destabilizowało ich obraz świata i rodziców: widzieli dorosłych
                            ludzi, którzy byli rękojmią całego ich bezpieczeństwa i fundamentem całego ich
                            świata i wzorcem pokazującym wszelkie wartości, w chwilach kiedy zachowywali się
                            niepoczytalnie, kiedy niszczyli coś w furii, kiedy robili komuś krzywdę i kiedy
                            mama musiała zbierać na przykład z podłogi wigilijnego karpia, bo ojciec
                            rozwalił nakryty stół czy podobne takie rzeczy. I sprawca tej demolki zazwyczaj
                            nie mówił, że on jest temu winien tylko, że winne jest coś innego albo ktoś, ale
                            nie on sam.

                            Ogólnie wydaje mi się, że kiedy dorośli ludzie, na co dzień stabilni nawet,
                            zamiast chronić dzieci robią coś tak skrajnego - to jest to dla dziecka szok.
                            Jestem jednocześnie przekonana, że __nie__ jest to wielki szok dla dzieci, jeśli
                            mama, która cierpliwie coś tłumaczy i coś tam chce dzieciom nakazać a one są
                            nieposłuszne, traci w końcu cierpliwość i rzuca mufinką - ale nigdy w ich
                            wspólnej historii nie przestała przecież być tym __prawdziwym dorosłym__, nigdy
                            nie zachowała się tak, żeby emocje ją __zalały__, to jest żeby zachowywała się
                            prawie jak niepoczytalna. Bo wtedy może być niebezpieczna i to nie są żarty. Tu
                            jest ta różnica.

                            Ignacy nie był pod działaniem środka zmieniającego świadomość (np. alkoholu).
                            Teoretycznie mógł mieć - mimo stresu - adekwatny obraz sytuacji: że owszem
                            dzieją się w kraju rzeczy okropne, ale że w pokoju są małe dzieci, że żona prosi
                            go o uspokojenie się, że są jeszcze dwie starsze kobiety, że ogólnie trzeba,
                            mimo wzburzenia zachowywać się poczytalnie.
                            Jeśli miał z tą oceną sytuacji i zapanowaniem nad sobą kłopot, to __musiał
                            mieć__ ogólnie kłopoty natury psychologicznej.
                            Dlatego to jest chyba takie niedociągnięcie autorki, taka niespójność postaci,
                            bo to się naprawdę kłóci z całym obrazem Ignacego jako człowieka opanowanego,
                            wręcz stoika, a jeśli tracącego opanowanie (jest przecież człowiekiem, ulega
                            emocjom jak każdy), to najwyżej dostającego piany na ustach i wykrzykującego
                            rzeczy typu "Czarna polewka!". W tym byłby spójny, według mnie, ale jeśli rzucił
                            miską w telewizor, to faktycznie coś jest nie tak, takie jest przynajmniej moje
                            zdanie.

                            Wiem, że temat jest trudny i delikatny, ale ta scena faktycznie jest opisana i
                            jakoś możemy się do niej odnieść przez pryzmat realizmu i w ogóle.
                            Pozdrawiam
                            • ginestra Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 24.03.07, 18:40
                              Pisałam równolegle z Verdaną, przede mną była tylko Onion68 jak zaczynałam pisać.
                              Otóż w tym swoim długawym poście zawarłam przynajmniej taką swoją wizję, że
                              rzucenie o ziemię radiem, w którym słychać nawoływanie do nienawiści, jako znak
                              protestu i niezgody na zło i swój udział w nim i solidarności z prześladowanymi,
                              jest moim zdaniem OK. O ile nie ma znamion "utraty poczytalności" człowieka,
                              który tym radiem rzuca. Gest oburzenia, niezgody, innymi słowy "słuszny gniew"
                              jest OK. Na objawy "słusznego gniewu" otoczenie reaguje zazwyczaj adekwatnie,
                              widzi czym jest i czym się on różni od ślepej furii i nie liczenia się z innymi.

                              Ja spotkałam się z taką jakby "definicją" słusznego gniewu, że jest to taki
                              komunikat pod hasłem "nie godzi się". (tylko to napisane nie będzie miało takiej
                              siły wyrazu jak gdyby to wykrzyczeć, trudno, to może wyobraźmy sobie, że to jest
                              napisane z ekspresją) "Nie godzi się tobie istoto ludzka nawoływać do ślepej
                              nienawiści drugiego człowieka. W __tobie__ jest też człowieczeństwo i w tym
                              drugim jest człowieczeństwo i ja nie pozwolę żeby ktoś to człowieczeństwo
                              gwałcił i brukał. Nie godzi się, żeby ktoś tak robił jak ty. Nie wolno, ja nie
                              pozwalam, ja dam wyraz temu, że to co robisz jest nie godne człowieka, choć
                              jestem może bezsilny, ale nie bezradny i coś mogę zrobić, mogę przynajmniej
                              zaświadczyć, że tak nie wolno!"
                              Pozdrowienia
                            • agnieszka_azj Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 24.03.07, 20:52
                              ginestra napisała:

                              > Tak jak Marek Aureliusz zacytowany przez Onionkę mówił, że trzeba dbać o ten
                              > świat w sobie, tak następną rzeczą jest dbanie o to by dzieci - które przecież
                              > są niewinne - chronić. No i liczyć się z innymi ludźmi. Gdyby Ignacy liczył
                              się
                              > z kimkolwiek - do tego by nie doszło. :( [dygresyjnie powiem, że jak ktoś
                              > oglądał film "Życie jest piękne" Roberto Benigniego, to będzie wiedział o co
                              mi
                              > chodzi. Film jest taki trochę "nierealistyczny", ale mówi właśnie o ojcu,
                              który
                              > chroni ze wszystkich sił swoje dziecko gdy wokół szaleje zagłada - a chroni
                              je
                              > w
                              > sposób bardzo szczególny i brawurowy - choć sam jest przerażony].

                              "Trochę nierealistczny" to spory eufemizm. To piękna bajka o miłości, ale
                              trudno spodziwać się podobnych zachowań od ludzi "z krwi i kości".

                              Rodzice też są ludźmi i mają prawo do ludzkich słabości, jeśli mozna tak
                              określić lęk i rozpacz. Dzieci są w stanie wiele zrozumieć, jeżli jesteśmy
                              wobec nich szczerzy.
                              Nie widzę większej różnicy między gestem Ignacego a moją akcją z mufinką i
                              uważam, że Ignacy zdecydowanie miał wieksze powody, żeby się tak zachować. Jest
                              to jedna z niewielu sytuacji, w których jego zachowanie wydaje mi się
                              zrozumiałe - dużo bardziej niż w "Czarnej polewce" czy nawet "Kwiecie
                              kalafiora".
                      • zieleniack Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 26.03.07, 20:04
                        zwrot 'nahajem po białych plecach' to cytat z sienkiewicza, bodajże z 'potopu'
                        o ile się nie mylę, w rodzinie czytelniczej to coś w rodzaju żartu
                        literackiego, nie przesadzajmy z tą brutalnością =P
                        • zieleniack Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 26.03.07, 20:15
                          a może z "pana wpłodyjowskiego', nie wiem, Trylogię czytałam w 1 gimnazjum, a
                          teraz jestem na studiach, więc ciężko spamiętać ;)
                        • ready4freddy Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 26.03.07, 22:30
                          a moze to przejaw pewnych ukrytych tesknot Bominkow, tfu, Borejkow i nalezaloby temat poruszyc w watku "fantazje seksualne"? :) jeszcze wyjdzie ze to kryptofani BDSM...:O
                    • zieleniack Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 26.03.07, 19:59
                      ja sie z bratem biłam baaaaardzo długo, tylko ze roznica była taka, ze nikt
                      tego nie popierał, a za bicie sie mozna było dostac lanie pasem;p
                • zieleniack Re: Mały jakby off-topic choć się wiąże 26.03.07, 19:58
                  A mi to jakos nie przeszkadzało, ileż to osób czyta w toalecie, podobno bardzo
                  dużo. A załatwianie potrzeb to czynnosc ludzka, tylko krępująca, co się
                  szczególnie wstydliwie przyjęło w kulturze. A że chciał wysłuchać rozmowy do
                  konca i nie przeszkadzac, to nie wychodził z wc. Jakos mnie to ani nie dziwi
                  ani nie razi.
    • lambaluna ojejej! 22.03.07, 20:24
      poraziło mnie, dlatego że dobrze pamiętam czasy stanu wojennego miałam wtedy 7
      latek, taka "parówka" na talerzu to było święto i wielkie wydarzenie, nie wiem
      ile masz lat i czy pamiętasz takie rzeczy, wystana przez matkę w nocnej kolejce
      parówka chowana dla dziecka przed resztą rodziny, żeby przypadkiem nie zjedli to
      jak najbardziej wiarygodny fakt, a banany - raz na rok i czułam się jakby złota
      rybka podarowała mi niewyobrażalny skarb. wiesz co wtedy ludzie jedli : zupy na
      kościach, kartofle z mlekiem i gliniasty chleb z margaryną. ech wspomnienia!
      • onion68 Re: ojejej! 22.03.07, 21:14
        Pamiętam, jestem kilka lat starsza od Ciebie :)I jeszcze chleb z margaryną i
        musztardą, tzn. nie karmiono mnie tym, sama się karmiłam.
        Ale zaskoczyła mnie ta praktyka, bo przecież, wydaje się, członkami tej rodziny
        były istoty zdawałoby się rozumne i na poziomie, które powinny w imię dobra
        dziecka powstrzymać się od konsumpcji. Nutria i Pulpecja były już nastolatkami.
        Chociaż fakt, pokusa na pewno byłaby silna. Nie zagrało mi dlatego, że to
        Borejkowie, rozumiesz...

        • baba67 Re: ojejej! 22.03.07, 21:27
          moim zdaniem parowka byla schowana przed PYza, bo inaczej nie mialoby to sensu.
          Chowanie parowek za ksiazkami ?
          • onion68 Re: ojejej! 22.03.07, 22:16
            Sama już nie wiem :) Zgodnie z zasadą, że większość ma rację, ja jej nie mam, bo
            tylko jedna osoba przychyla się do mojej interpretacji.
            Z drugiej strony, przed Pyzą mogły być równie dobrze schowane w lodówce. A po
            zakończeniu karmienia kaszą, obie mogły przecież udać się do kuchni po parówkę.
            I w ogóle tej Pyzy nie rozumiem, kasza manna to potrawa mojego dzieciństwa,
            uwielbiam ją do tej pory bez żadnych dodatków (chociaż z sokiem malinowym to już
            sam cymes).
            • lambaluna Re: ojejej! 23.03.07, 19:40
              no ok! aleć borejkowie wcale nie są rodzinką przestrzegającą w stu procentach
              zasad higieny i antyseptyki otoczenia :-), (poza małym wyjątkiem zażywania
              kąpieli i pryszniców) w mieszkaniu mają wieczny bałagan, na książkach stosy
              kurzu, żyją swobodnie i radośnie nie przejmując się tym stanem, wiec dlaczego by
              gabriela miała z powodów higienicznych nie chować kiełbasy za książkami?
              zwłaszcza że 20 parę lat temu ludziska nie byli tak wyczuleni na te sprawy jak
              teraz a dzieciaków nie chowało się pod kloszem co im zresztą na zdrowie wychodziło.
              • laura-gomez Re: ojejej! 24.03.07, 12:01
                dyskusja o Ignacym rzucającym talerzem w telewizor przypomniała mi scenę
                z "Noelki", w której tytułowa bohaterka na wieść o zaproszeniu na Wigilię
                Terpentuli zaczęła rzucać pokrywkami i żaden z opiekunów nie zwrócił jej uwagi.
                byłam w szoku, bo w moim domu taka demonstracja nie przeszłaby bez echa.
                • ginestra Dalej w temacie emocji 24.03.07, 18:29
                  Właśnie, coś jest na rzeczy, jak piszesz o tej Noelce. W "świecie
                  przedstawionym" opisanym w Jeżycjadzie bohaterowie jakby nie mają kontaktu ze
                  swoimi emocjami. Dzieje się coś, a oni nie kontaktują się z tym co się dzieje,
                  tylko automatycznie to spychają gdzieś wgłąb i zachowują się jakby nigdy nic.

                  Najbardziej to chyba widać w Imieninach. Tam praktycznie każdy bohater (może
                  prócz Bernarda) coś jakby niejasno czuje, że odczuwa jakąś emocję w związku z
                  sytuacją rozgrywającą się realnie, ale nie wie co to za emocja i nie słucha jej,
                  tylko robi coś zupełnie innego i przeciwnego niż by wolał rozumowo. Generalnie
                  oni są odszczepieni od swoich uczuć. Dlatego pewnie nie reagują na to co się dzieje.

                  Ja coraz więcej tego "rozszczepienia" u nich widzę (zwłaszcza w rodzinie
                  Borejków, najbardziej u Gaby i Grzegorza), choć są też książki, w których
                  bohaterowie są bliżsi siebie samych i bardziej adekwatnie reagują na to co jest
                  tu i teraz (IS - Ida maziająca Lisieckich farbą, Kłamczucha - zaczynająca
                  rozumieć samą siebie i ludzi wokłół, Brulion - Bebe docierająca w końcu do tego
                  co się w niej dzieje i na koniec działająca przepięknie pod wpływem impulsu,
                  chyba też Opium w rosole - Kreska mówiąca o złocie i tombaku: wie czego chce,
                  nie pamiętam dokładnie, bo na razie po latach odświeżyłam sobie tylko kilka tych
                  powieści). Ale z tym odszczepieniem emocji to coś jest na rzeczy :(
                  Pozdrawiam
                • agnieszka_azj Re: ojejej! 24.03.07, 20:43
                  laura-gomez napisała:

                  > dyskusja o Ignacym rzucającym talerzem w telewizor przypomniała mi scenę
                  > z "Noelki", w której tytułowa bohaterka na wieść o zaproszeniu na Wigilię
                  > Terpentuli zaczęła rzucać pokrywkami i żaden z opiekunów nie zwrócił jej
                  uwagi.
                  >
                  > byłam w szoku, bo w moim domu taka demonstracja nie przeszłaby bez echa.

                  Ale to nie jest książka o Tobie, prawda ? Nie jest to również podręcznik
                  dobrych manier. Ta scena czemuś słuzyła - pokazaniu jakim charakterem
                  charakteryzowała się Elka i że w domu pozwalano jej na wiele.

                  Poza tym wiele zależy od cech osobniczych - z moich córek jedna
                  jest "furiatką", a druga "beksą" (świadomie biorę te słowa w nawias i od razu
                  zaznaczam, ze wiem, iż nie nalezy dzieciom przypinać "łatek" ;-)
                  W podobnej sytuacji Ania nie rzucałaby może pokrywkami, bo mamy szklane i
                  zaprotestowalabym zdecydowanie, ale zaciskając pięści i wydając nieartykułowane
                  odgłosy pobiegłaby (głośni tupiąc) do swojego pokoju, a nastepnie walnęłaby
                  drzwiami. Zosia natomiast zamarłaby na środku kuchni jak żona Lota i zalałaby
                  się łzami. Takie mają charaktery i dzialania wychowawcze niewiele tu mogą
                  zmienić.
                  • laura-gomez Re: ojejej! 24.03.07, 23:03

                    > Poza tym wiele zależy od cech osobniczych - z moich córek jedna
                    > jest "furiatką", a druga "beksą" (świadomie biorę te słowa w nawias i od razu
                    > zaznaczam, ze wiem, iż nie nalezy dzieciom przypinać "łatek" ;-)
                    > W podobnej sytuacji Ania nie rzucałaby może pokrywkami, bo mamy szklane i
                    > zaprotestowalabym zdecydowanie, ale zaciskając pięści i wydając
                    nieartykułowane
                    >
                    > odgłosy pobiegłaby (głośni tupiąc) do swojego pokoju, a nastepnie walnęłaby
                    > drzwiami. Zosia natomiast zamarłaby na środku kuchni jak żona Lota i zalałaby
                    > się łzami. Takie mają charaktery i dzialania wychowawcze niewiele tu mogą
                    > zmienić.

                    i tu się nie zgodzę, bo jesli ktoś, nawet pełen temperamentu, jest dobrze
                    wychowany, nie rzuca przedmiotami po domu i nie wrzeszczy w niebogłosy.
                    wychowanie ma więcej do powiedzenia niz to się może wydawać
                    • agnieszka_azj Re: ojejej! 24.03.07, 23:17
                      laura-gomez napisała:

                      > wychowanie ma więcej do powiedzenia niz to się może wydawać

                      Też kiedyś tak mi się wydawało ;-)))

                      Ktoś dobrze wychowany nie rzuca przedmiotami po domu i nie wrzeszczy non stop,
                      ale w sytuacjach szczególnych zdarza się, że dochodzi do głosu jego prawdziwa
                      natura ;-)

                      Poza tym wracjąc do meritum - Elka nie była dobrze wychowana i to MM chciała
                      czytelnikom pokazać,
                      • laura-gomez Re: ojejej! 25.03.07, 11:53
                        >Poza tym wracjąc do meritum - Elka nie była dobrze wychowana

                        przecież o tym wiem - właśnie dlatego napisałam o niej w tym wątku
                        • piotr7777 Re: a ja mam inną rysę 26.03.07, 17:41
                          Wzajemną antypatię Gabrysi i Joanny, opisaną w "KK" - "jak to między kuzynkami
                          bywa, niespecjalnie za samą przepadały".
                          Zdaniem MM w relacjach między kuzynami (czyli dziećmi rodzeństwa, wnukami tych
                          samych dziadków) naturalna jest stan nieprzepadania za sobą. Dziwne.
                          Aha a to że Ignacy rzucił pierogami w telewizor miało walor edukacyjny - MM
                          pokazuje młodym czytelnikom jak bardzo haniebne było przemówienie Gomułki,
                          skoro nawet stoik Ignacy stracił cierpliwość.
                          • sevilay Re: a ja mam inną rysę 26.03.07, 17:49
                            piotr7777 napisał:

                            > Wzajemną antypatię Gabrysi i Joanny, opisaną w "KK" - "jak to między kuzynkami
                            > bywa, niespecjalnie za samą przepadały".
                            > Zdaniem MM w relacjach między kuzynami (czyli dziećmi rodzeństwa, wnukami tych
                            > samych dziadków) naturalna jest stan nieprzepadania za sobą. Dziwne.
                            >
                            >Zgadzam się,już to opisałam w innym wątku-"czego im zazdrościmy?".
                            Mnie to też bardzo zdziwiło jak czytałam KK ale już wtedy byłam na tyle
                            "dorosła",że zdawałam sobie sprawę,że nie w każdym domu jest tak jak w
                            moim.Tylko trochę szkoda.
                          • agnieszka_azj Re: a ja mam inną rysę 26.03.07, 22:13
                            piotr7777 napisał:

                            > Wzajemną antypatię Gabrysi i Joanny, opisaną w "KK" - "jak to między
                            kuzynkami
                            > bywa, niespecjalnie za samą przepadały".

                            Bywa - to nie znaczy, że tak jest zawsze, ani że to jest dobre. Po prostu -
                            bywa.
                            Mam trójkę kuzynów - z bratem ciotecznym ze strony Mamy bardzo się lubimy i
                            mamy serdeczne kontakty. Z potomstwem siostry Taty jest właśnie tak jak u
                            Borejków - niespecjalnie za sobą przepadamy. Obecnie, kiedy jestesmy już
                            dorośli, a Dziadkowie nie zyją, kontaktów właściwie nie utrzymujemy. Spotykamy
                            się przy okazji większych spędów rodzinnych.
                • the_dzidka Truskawki 27.03.07, 13:35
                  > dyskusja o Ignacym rzucającym talerzem w telewizor przypomniała mi scenę
                  > z "Noelki", w której tytułowa bohaterka na wieść o zaproszeniu na Wigilię
                  > Terpentuli zaczęła rzucać pokrywkami i żaden z opiekunów nie zwrócił jej
                  uwagi.

                  A ta kretyńska scena, jaką zrobiła Natalia Tuniowi w Parku Sołackim? Kto na
                  litość boską tak się zachowuje, i to jeszcze w takiej sytuacji?!
                  Natalia, poetyczna Natalia, która nie potrafiła zaprotestowac, kiedy Tunio
                  wymuszał na niej robienie rzeczy, które tylko i wyłącznie jemu pasowały -
                  zachowuje się jak kompletna wariatka w momencie, kiedy Tunio tak naprawdę jej
                  się oświadcza?
                  Pewnie, że wybrał sobie wyjątkowo toporny sposób tych oświadczyn ;), ale
                  niektórzy tak mają. Powiedział o małżeństwie i "spojrzał na nią ufnie", a ta
                  niedojda co zrobiła?
                  Żadna normalna kobieta nie zachowałaby się w ten sposób podczas pierwszej w jej
                  życiu sceny oświadczyn - nawet gdyby nie żywiła do konkurenta żadnych uczuć i
                  musiała odmówić. Ale z reguły jest to zawsze dość wzruszający moment. A
                  zwłaszcza dla takiego eterycznego zefirka, jakim była Nutria!
                  • zieleniack Re: Truskawki 27.03.07, 16:16
                    hm, no właśnie, takie tupanie po truskawkach to chyba jedynie dzieci robią i to
                    nie te normalne, a te, którymi zajmuje sie super niania...

                    co innego, gdyby Natalia np. tylko wyrzuciła koszyk do stawu, albo gdyby na
                    przykład cisnęła w Tunia tymi truskawkami czy też gdzieś koło niego, a dalej od
                    siebie..
                    • mmoni Re: Truskawki 27.03.07, 21:38
                      Mnie akurat ta scena nie wydała się nieprawdopodobna psychologicznie. U osoby
                      nieasertywnej i introwertycznej różne niewypowiedziane resentymenty i żale mogły
                      się zbierać, pęcznieć, kotłować, aż w końcu wysadziły ten korek w butelce.
                      Nagły wybuch był dla samej Natalii szokiem równie wielkim jak dla Tunia, który
                      do tej pory żył w błogim przeświadczeniu, że ukochanej jego plan na przyszłe
                      życie razem odpowiada stuprocentowo - no bo skoro ona nic nie mówi... Aha,
                      teraz sobie przypomniałam, ze uprzedziła go, że truskawki będą skapciałe. Ale
                      że danych na temat historii związku Tunia z Natalią mamy za mało, to nie wiemy,
                      jak często mu dawała do zrozumienia, że uważa jakiś jego pomysł za głupi i jak
                      często Tunio rozumiał, co mu dawała do zrozumienia.
                      • mika_p Re: Truskawki 29.03.07, 21:48
                        Mnie też się scena z truskawkami wydaje spójna.
                        Bo to nie same truskawki, ale i męczący upał, słońce świecące w oczy (na
                        życzenie ukochanego, niebiorącego pod uwagę potrzeb Natalii), niechciane
                        truskawki (fanaberia ukochanego, niebiorącego pod uwagę słów Natalii) i jeszcze
                        ból głowy. W takiej sytuacji mozna wybuchnąc - no i jak się ma praktyki w
                        kontrolowanych wybuchach, to sie leci po całości. Pasuje czyli.
                        • the_dzidka Re: Truskawki 29.03.07, 22:01
                          No dobra, ale przy oświadczynach? Nieeee.
                          Osoba pokroju Natalii nie zareagowałaby w taki sposób w takim momencie! Już
                          prędzej widzę jej atak złości, i odpowiadającego na to Tunia: - A ja chciałem,
                          żeby mama dzisiaj poznała przyszłą małżonkę!
                  • laura-gomez Re: Truskawki 27.03.07, 17:25
                    the_dzidka napisała:

                    > > dyskusja o Ignacym rzucającym talerzem w telewizor przypomniała mi scenę
                    > > z "Noelki", w której tytułowa bohaterka na wieść o zaproszeniu na Wigilię
                    >
                    > > Terpentuli zaczęła rzucać pokrywkami i żaden z opiekunów nie zwrócił jej
                    > uwagi.
                    >
                    > A ta kretyńska scena, jaką zrobiła Natalia Tuniowi w Parku Sołackim? Kto na
                    > litość boską tak się zachowuje, i to jeszcze w takiej sytuacji?!

                    skoro już idziemy tym tropem, to nalezy wymienić także scenę, juz wcześniej
                    przeze mnie wspomnianą w innym wątku, przykucia się Filipa do Natalii
                    kajdankami
                    • zieleniack Re: Truskawki 29.03.07, 20:33
                      ale Filip to taki narwaniec i szaleniec, do niego takla sytuacja pasuje...
                      Zachowanie Natalii (tzn tupanie po truskawkach) kojarzy mi sie z dziecmi, ktore
                      w sklepie sie tarzają po podłodze, jak mama nie chce batonika kupic. Tzn nie
                      chce porownywac Tunia i tego, co uważał o małżeństwie do tego, co rzeczona mama
                      myśli o kupnie batonika, bo wiadomo,z e druga sprawa jest dużo mniej błacha...
                      Niemniej jednak wysypanie tych truskawek i tupanie samo w sobie jako
                      zachowanie...no cóż, kojarzy mi się, jak sie kojarzy...
    • mmaupa Re: Rysy, skazy, dysonanse 26.03.07, 20:53
      Za kazdym razem zastanawia mnie scena z "Imienin", z pamietnej randki
      pyzato-fryckowej. Frycek mowi, ze jego przodkowie pochodzili z Niemiec, po czym
      zamiera i upewnia sie, czy Pyzie to aby nie przeszkadza.

      I tu, moi drodzy, plasterkowo-borejkowa kochajaca wszystkich Pyza nie odpowiada
      bynajmniej
      "Alez skad, nie mam nic przeciwko Niemcom!"
      albo
      "Niemcy, Polacy, kresowiacy, kazdy ma przeciez jakies korzenie"
      albo po prostu
      "Oczywiscie, ze mi to nie przeszkadza".

      Rozyczka odpowiada:
      "Co mnie obchodza jacys przodkowie!" (czy cos w ten desen, nie mam ksiazki przed
      soba). Jakby chciala dac do zrozumienia, ze owszem, pochodzenie jej przeszkadza,
      ale przez wielkie poswiecenie i milosc do Fryderyka jakos ten gorzki fakt
      przelknie. Czyli ogolnie rzecz biorac Wanda, co to nie chce tego Niemca ale
      jednak wielkodusznie go przyjmuje.

      Moze to jest okropna nadinterpretacja, ale uwazam, ze MM mogla odpowiedz Pyzy
      sformulowac troche zreczniej.
      • agnieszka_azj Re: Rysy, skazy, dysonanse 26.03.07, 22:05
        No to ja znowu w poprzek ;-)))
        "Dlaczego mieliby mi przeszkadzać jacyś przodkowie ?" - jest dla mnie zupełnie
        naturalną odpowiedzią. Interesuje ją Fryderyk, a nie jego antenaci,
        "Nie mam nic przeciwko Niemcom" sugeruje natomiast, że miałaby coś przeciw
        innej nacji - Murzynom, Żydom czy cyklistom.
        • verdana Re: Rysy, skazy, dysonanse 26.03.07, 22:11
          Dla mnie tez to zdanie maksymalnie neutralne. Człowieka nieuprzedzonego
          rzeczywiscie nic nie obchodzą przodkowie - bo dlaczego mieliby wpływac na
          uczucia do potomka?
          Natomiast "nie mam nic przeciw Niemcom, Żydom" wskazuje na pewną łaskawość -
          mógłbym mieć, a patrzcie, co za tolerancyjny ze mnie czlowiek - nie mam.
          • ready4freddy Re: Rysy, skazy, dysonanse 26.03.07, 22:27
            tak, staje mi od razu przed oczami rysunek Mleczki, na ktorym jegomosc z zacieta geba klaruje uwieszonej na ramieniu towarzyszce "postanowilem byc tolerancyjny. od dzis bede tolerowal Zydow i Murzynow" :/
            • mmaupa Re: Rysy, skazy, dysonanse 27.03.07, 00:48
              Hehe, no jesli tak to ujac, to rzeczywiscie brzmi zabawnie. Chyba mnie zrazilo
              to "jacys", jakby Fryderyka znaleziono w kapuscie, albo mial przodkow ktorych
              musi sie wstydzic.

              Ale zaznaczam raz jeszcze, ze to pewnie moja nadinterpretacja...
              • meduza7 Off topic kompletny, ale mi się skojarzyło 27.03.07, 10:52
                Jest taka pisarka kanadyjska Carol Shields. W jej powieściach, cokolwiek by się
                nie działo, zawsze gdzieś podskornie nurtuje myśl, że tak naprawdę nie znamy
                innych, nie rozumiemy ich, odbieramy ich jedynie przez pryzmat wlasnych
                doświadczeń, skojarzeń itp. Inny człowiek jest obcą planetą i choćby to była
                własna matka czy siostra, choćby nam się wydawalo, że znamy tę osobę na wylot -
                zawsze gdzieś w głębi jest coś, czego nie rozumiemy, słowa i gesty, które
                odczytujemy fałszywie, rzeczy, o których nie mamy pojęcia, o których nie ma
                pojęcia nieraz sam bohater. Najdoskonalej widać to w "Zagadce wiecznego pióra" -
                bohaterką jest tu poetka w zasadzie kompletnie bez biografii, mieszkająca na
                odludziu, skryta, o ktorej kompletnie nikt nic nie wie, poza jakimiś strzępkami
                informacji, która w dodatku już nie żyje, więc nic o sobie też nie powie... Ten
                sam jej wiersz, interpretowany przez różne osoby, w każdym przypadku wydaje się
                mowić o czymś zupelnie innym - a przede wszystkim mowi wiele o samych
                interpretujących.
                A my czytamy sobie Musierowicz, jedne sytuacje wydają nam się prawdopodobne,
                inne zgrzytają - a wszystko oceniamy głównie przez pryzmat własnych rodzin,
                własnych charakterów i doświadczeń. Podejrzewam, że nigdy nie będzie zgody w
                kwestii Ignacego z pierogami, bo myśląc o tej scenie, każdy podkłada pod nią
                inne emocje i każdy w gruncie rzeczy wyobraża sobie taką sytuację nie w
                fikcyjnej rodzinie Borejków, ale we własnym domu. Zresztą, ile razy pojawia się
                argument "u mnie by coś takiego nie przeszło", "dziwi mnie to, bo u mnie jest
                calkiem inaczej". Zgadza się, jest to rownież pewien zgrzyt, jeśli chodzi o
                charakter Ignacego przedstawiony w innych książkach - ale nie można przecież
                wykluczyć istnienia w nim jakiejś takiej ukrytej sprężyny, która poruszona daje
                taki efekt właśnie. Sam Ignacy mógł nie zdawać sobie sprawy z jej istnienia.
                Ludzie nieraz przecież ze zdumieniem odkrywają, że nie są tacy, za jakich się
                zawsze uważali, za jakich ich uważało otoczenie...
                A propos jescze sytuacji, które "u mnie nigdy by nie przeszły" - do tej pory
                zdumiewam się (z lekką nutką zazdrości) sceną rodzinnej dyskusji nad pierwszą
                randką Cesi. U mnie... ech. Po pierwsze: ja bym nic nie powiedziała, bo po
                drugie, jakbym powiedziała, to nie byłoby żadnej dyskusji tylko zakaz i
                szlus. ;)
                • k_linka Re: Off topic kompletny, ale mi się skojarzyło 27.03.07, 11:38
                  Wcale nie taki offtopic, dobre podsumowanie. Czytam sobie ten watek i zdumiewam
                  sie ze dla kogos parowka schowana przed dzieckiem moze byc objawem skapstwa czy
                  innej skazy charakterologicznej.
                  Mnie juz dawno przesladuje mysl ze ludzie czesto "nie rozumieja" co druga strona
                  "ma na mysli" - rozbieznosc interpretacji cudzych slow i zachowan dotyczy i
                  anzliz literackich i plotek biurowych. A ta Shiels chetnie poczytam:)
                  • baba67 Re: Off topic kompletny, ale mi się skojarzyło 27.03.07, 12:10
                    Tez tak mysle-wszystko odbieramy przez pryzmat doswiadczen.
                    Dla mnie chowanie smakolykow jest ok, zwlaszcza przed dziecmi,nikt tego za
                    patologie nie uwaza, ale jestem w stanie sobie wyobrazic rodzine, gdzie to jest
                    nie do pomyslenia zeby cikolwiek przed kimkolwiek chowac.
                    Najczesciej chodzi o rodziny ze starymi pieniedzmi(takie bardzo kulturalne,
                    gdzie od pokolen kasa zawsze byla, matki mialy dla dzieci duza czasu i nie
                    musialy oszczedzac-ale to moje obserwacje tylko.
                    • k_linka Re: Off topic kompletny, ale mi się skojarzyło 27.03.07, 12:28
                      Otoz to... Wychowana bylam w rodzinie gdzie raczej nie przelewalo sie i moze
                      dlatego chowanie parowek nigdy nie zwrocilo mojej uwagi. Poza tym mialam siostre
                      przed ktora trzeba bylo chowac slodkie, bo nie tknela by zadnego normalnego
                      posilku....
                      Pamietam nawet ze - dlugo jeszcze przed epoka nalogowego zaczytywania sie forum
                      - zastanawialam sie nad roznica w kwestiach kulinarno-zaopatrzeniowych w domach
                      Borejkow i moim. Np u mnie rzeczy podzielne kupowalo sie zawsze w ilosci bedacej
                      wielokrotnoscia liczby czlonkow rodziny. Tzn. jogurty zawsze byly cztery (albo
                      8), a u Borejkow Tygrys np nie mial sniadania kiedy Natalia skonsumowala swoj
                      jogurt z ziarnami zboz. A rzeczy "luksusowe" jak np pierwsze wiosenne truskawki
                      mama dzielila sprawidliwie i kazdy mial swoj przydzial. U Borejkow panowala
                      pelna swoboda czestowania sie i - poza slynnym przypadkiem kiedy ciazarna Gaba
                      poszla spac bez kolacji - zawsze dla wszystkich starczalo (zdaje sie ze na
                      zasadzie cudownego rozmnozenia).



                      baba67 napisał:

                      > Tez tak mysle-wszystko odbieramy przez pryzmat doswiadczen.
                      > Dla mnie chowanie smakolykow jest ok, zwlaszcza przed dziecmi,nikt tego za
                      > patologie nie uwaza, ale jestem w stanie sobie wyobrazic rodzine, gdzie to jest
                      > nie do pomyslenia zeby cikolwiek przed kimkolwiek chowac.
                      > Najczesciej chodzi o rodziny ze starymi pieniedzmi(takie bardzo kulturalne,
                      > gdzie od pokolen kasa zawsze byla, matki mialy dla dzieci duza czasu i nie
                      > musialy oszczedzac-ale to moje obserwacje tylko.
                      • ginestra Re: Off topic kompletny, ale mi się skojarzyło 27.03.07, 15:50
                        Z tym "pryzmatem własnych doświadczeń i charakteru", przez który patrzymy na
                        zachowania bohaterów to zgadzam się z przedpiścami, z tym że chciałabym jeszcze
                        coś dodać.

                        Otóż przypomniałam sobie, że dawno temu, podczas studiów, na zajęciach z teorii
                        literatury mówiliśmy o tym, że istnieje coś takiego jak "umowa między autorem a
                        czytelnikiem". Nie pamiętam już kto jest twórcą tej koncepcji umowy, ale było to
                        dokładnie i pięknie opisane. Chodzi z grubsza o to, że autor powieści już od
                        pierwszych linijek tekstu, czy może nawet od tytułu, czy wręcz od chwili wyboru
                        rodzaju powieści, zawiera z czytelnikiem pewną specyficzną umowę, tzn.
                        "obiecuje" trzymać się założeń przyjętych dla świata przedstawionego oraz bohaterów.

                        I tak, jeżeli jest to książka kryminalno-sensacyjna, której bohaterem jest na
                        przykład Dzielny Agent Dżejms Bond, to wówczas będzie się on zachowywał jak
                        przystało na dzielnego agenta. I na przykład nie jest możliwe by zaistniała taka
                        sytuacja, że nagle nasz bohater dozna załamania nerwowego i porzuci swoją misję.
                        Owszem, może on doznać chwilowego załamania, żebyśmy zobaczyli jego ludzką
                        stronę, ale czytelnik ma prawo - na mocy tej umowy - oczekiwać, że dziesięć
                        linijek dalej ów agent weźmie się w garść, pokona trudności i ruszy do akcji,
                        aby na ostatniej stronie uratować ludzkość przed zagładą ze strony "złych".

                        Owszem, są też powieści, które łamią te reguły itp., ale są już innym gatunkiem
                        i to widać już też od pierwszych linijek, tych właśnie, w których zawierana jest
                        ta umowa pomiędzy autorem i czytelnikiem. Jakiś pastisz, powieść absurdu itp.

                        A zatem jeżeli pokazany jest świat science fiction, to wiadomo, że do domu
                        bohatera mogą zapukać tryfidy i zacząć go oplatać swoimi trującymi mackami i to
                        też jest jakoś zasugerowane już na początku i to co się dzieje dalej nikogo nie
                        dziwi.

                        Jeżeli nawet akcja zaczyna się na maksa realistycznie, a ma to być "Harry
                        Potter", to już w pierwszej scenie pojawiają się "dziwne rzeczy", jakiś kot
                        czytający mapę, jakieś sowy i dziwni ludzie, a bohater (Vernon Dursley) odgania
                        te niepokojące myśli, "bo przecież magia nie istnieje". A więc już widzimy, że
                        będzie o magii i to co następuje dalej jest stuprocentowo spójne.

                        W Jeżycjadzie natomiast świat przedstawiony umiejscowiony jest w bardzo
                        konkretnym wymiarze, w Poznaniu, w takich samych realiach w jakich żyjemy/
                        żyliśmy te parę lat temu, gdzie wszystko ma być stuprocentowo realistyczne,
                        gdzie ludzie opisani są "jak żywi", są dość precyzyjnie przedstawione ich
                        charaktery, temperamenty, wartości itp. - oczywiście ewoluujące, ale tak jak w
                        życiu - zgodnie z wydarzeniami, czyli też realistycznie. Dlatego możemy
                        przykładać tu pewne prawidła psychologiczne, pewne prawdopodobieństwo zachowań,
                        bo taka jest "umowa". No i liczą się też fakty. Jeśli - jak zostało zauważone -
                        Autorka pisze o Róży w każdym prawie akapicie, że jest dzielna i ma charakter,
                        to chcemy to też widzieć naocznie. Nasza podświadomość niezależnie od nas
                        wychwyci to co niespójne i zaczniemy się denerwować. Umowa to umowa. No więc
                        jeśli Ignacy jest spokojny, stoicki, zawsze dystansujący się i ironiczny, jeśli
                        nawet gdy widzimy go kiedy jest __zakochany___ na przykład i zachowuje się
                        również i wtedy trochę ciapowato i trochę chłodno (nie pamiętam dobrze
                        Kalamburki, ale w KK opisane są jego oświadczyny, które odbyły się w atmosferze
                        roztargnienia i raczej perorowania o zwyczajach ślubnych w starożytnym Rzymie
                        niż doświadczania i wyznawania uczuć w głębokim kontakcie ze sobą), otóż
                        reasumując, jak "znamy" Ignacego, to ta scena z rozbiciem telewizora jest - wg.
                        mnie - niespójna. Owszem i stoika można czasem wyprowadzić z równowagi, ale
                        myślę, że mimo wszystko jakoś by to się odbyło inaczej (pięścią w stół, czerwony
                        na twarzy, wykrzykiwanie itp., ale z zachowaniem jakiegoś kontaktu ze światem).
                        LUB też, gdyby nawet rozwalił ten telewizor, to koniecznie zobaczylibyśmy go, że
                        znów jest sobą, że znów jest tym spokojnym człowiekiem, byłaby scena, że się
                        wstydzi, usprawiedliwia, przywołuje się do porządku, uspokaja dzieci, zbiera
                        energicznie resztki telewizora, znów wygłasza jakieś sentencje itp. To by było
                        jakoś wiarygodne (może).

                        Ja myślę, że po prostu wyłapujemy nawet pozaświadomie te niespójności.
                        Co nie znaczy, że całość jest zła, bo jak wielu z nas pisało, i ja także się
                        podpisuję pod tym obiema rękami, mimo wszystko bardzo te książki lubimy. Ja
                        lubię się w nich wręcz zatapiać i bardzo były dla mnie niejednokrotnie pomocne w
                        życiu. Poza tym są naprawdę niepowtarzalne z atmosfery.

                        Chodzi mi po prostu o to, że to dość słuszne, że przykładamy zachowania
                        bohaterów do swoich doświadczeń i "obserwacji życia", bo chcemy może przyrównać
                        je do tych ogólnie występujących prawideł psychologii. Jeśli ktoś jest, dajmy na
                        to, introwertykiem to naprawdę może dziwić, gdyby __nagle__ zaczął się
                        zachowywać jak ekstrawertyk i, o ile nie ma okoliczności, które by tę zmianę
                        tłumaczyły, to jesteśmy w konsternacji - słusznej. Zgadzam się jednak, że świat
                        przedstawiony jest przez nas bardzo różnie odbierany, bo zahacza i o nasze
                        doświadczenia i o zwyczaje i o nasze postawy, a zatem dla każdego z nas jest on
                        inny.

                        Pozdrawiam!
                        • onion68 Re: Off topic kompletny, ale mi się skojarzyło 29.03.07, 21:40
                          Ginestro, bardzo to ciekawe, co piszesz.
                          Nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam sobie wyobrażać takie możliwe odstępstwa
                          od umów między autorem a czytelnikiem - Wokulski w Paryżu odwiedza dom schadzek,
                          Oleńka ulega Bogusławowi, po czym po zmianie sytuacji na wojnie najspokojniej
                          wychodzi za Kmicica (na pewno by się nie zorientował, nie wygląda mi on na
                          znawcę kobiet), Soames Forsyte pali sobie w łeb z miłości... wysiadłam ;)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka