Dodaj do ulubionych

natknęłam się przypadkiem...

07.10.08, 21:48
maszerując w niedziele po empiku (od razu zaznaczam, że niedziel tam nie
spędzam, ale na szybkiego książki potrzebowałam) natknęłam się na promocje
(nie w sensie przecenionego produktu, a wydania nowej książki...coś się nie
mogę dziś precyzyjnie wysłowić) książki pod tytułem "Milaczek" (okładka
przykuła moją uwagę- jest różowa, ale tak przyjemnie różowa) no więc kupiłam,
bo czemu by nie. co więcej przeczytałam:) i wiecie co, jedna z bohaterek,
niejaka Zuza, bardzo charakterem i zachowaniem podchodzi pod bohaterki pani
Musierowicz. dlatego musiałam się z wami tym podzielić.
macie też takie książki, gdzie odnajdujecie podobne charakterki?

(swoja drogą książkę polecam! przyjemna i wesoła)
Obserwuj wątek
    • dakota77 Re: natknęłam się przypadkiem... 07.10.08, 21:55
      O podobnych w klimacie ksiazkach byla juz dyskusja, moze jeszcze nie znikla. A
      co do Milaczka, trafilam na strone autorki, przeczytalam podaby tam fragment i
      juz wiem, ze ksiazki za nic nie kupie. Szkolne wypracowanie bez cienia uroku,
      niezreczne dialogi, bledy jezykowe. Brr. Zgroza.
      • natalijasz Re: natknęłam się przypadkiem... 07.10.08, 22:11
        tematu nie przyuważyłam. co do książki, to ja tam takich wypracowań w szkole nie
        pisałam, ale jak kto uważa. mnie książka rozbawiła i poprawiła humor po
        nieprzyjemnym rozpoczęciu roku akademickiego.
        • dakota77 Re: natknęłam się przypadkiem... 07.10.08, 22:12
          Totez kazdy ma prawo do wlasnego zdania. Dla mnie okropienstwo.
          • senseeko Re: natknęłam się przypadkiem... 07.10.08, 22:44
            dakota77 napisała:

            > Totez kazdy ma prawo do wlasnego zdania. Dla mnie okropienstwo.

            Sam fakt, że "Monika Szwaja poleca" już postawił dla mnie tę książkę pod znakiem zapytania. Po przeczytaniu fragmentu zgadzam się z Dakotą. Klimatu Musierowiczowskiego toto nie ma.
            Tak, powiedzmy dla czytelniczek "Naj".
            Moze fragment źle dobrany, ale dla mnie strasznie papierowy. Potwornie proste zdania, monotonia, drętwe dialogi...
            No i zupełnie nie rozumiem zdania:
            CytatGdy weszła do mieszkania, zziębnięta i głodna, stwierdziła, że proszkowane jednak nie od dziś, ale od pierwszego stycznia, zjadła kawałek ciasta, usiadła w fotelu i pomalowała paznokcie na kolor krwistoczerwony.
            • agawa79 Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 06:21
              senseeko napisała:

              > Sam fakt, że "Monika Szwaja poleca" już postawił dla mnie tę
              książkę pod znakie
              > m zapytania.

              Cieszę się, że nie ja jedna jestem tak brzydko uprzedzona. ;)
              • senseeko Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 09:32
                agawa79 napisała:

                > senseeko napisała:
                >
                > > Sam fakt, że "Monika Szwaja poleca" już postawił dla mnie tę
                > książkę pod znakiem zapytania.
                >
                > Cieszę się, że nie ja jedna jestem tak brzydko uprzedzona. ;)

                O! To jesteśmy już dwie! Jaka ulga!
                • mama_kotula Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 17:11
                  senseeko napisała:

                  > O! To jesteśmy już dwie! Jaka ulga!


                  Trzy :P
                  Trzy jesteśmy :)
        • dakota77 Re: natknęłam się przypadkiem... 07.10.08, 22:13
          Tu masz tamten watek:
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=25788&w=26867791&wv.x=2&a=26867791
          • natalijasz Re: natknęłam się przypadkiem... 07.10.08, 22:14
            dzięki, dzięki.
    • slotna Re: natknęłam się przypadkiem... 07.10.08, 22:35
      Az sie zainteresowalam i znalazlam fragment, tutaj:
      www.milaczek.eu/index.php?k=12&lang=pl
      Powiedzcie mi, ze snie i ze takich koszmarkow sie NIE WYDAJE. Przeciez tego sie nie da czytac! :( "W knajpie w Sopocie o wdzięcznej nazwie „Błękitny Pudel” - to jakas alternatywa dla nazwy "Sopot"? Co to znaczy "proszkowane jednak nie od dziś, ale od pierwszego stycznia"? "Niemalże piękna"? Aaaa.

      --
      Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
      • jottka ooo 07.10.08, 22:50
        i tu trafiła dyskusja nad zagadkowym milaczkiem:) przyznaję szczerze, zostałam
        zmuszona przez wstrząśniętą koleżankę do przeczytania wątku na 'wydawnictwach'
        oraz cytowanego kawałka i wrażeń opisywać nie będę, bo netykieta mi zabrania,
        ale też bym sie chciała gorąco dowiedzieć, o co idzie z tym proszkowanym! tu cytat:


        "Gdy weszła do mieszkania, zziębnięta i głodna, stwierdziła, że proszkowane
        jednak nie od dziś, ale od pierwszego stycznia, zjadła kawałek ciasta, usiadła w
        fotelu i pomalowała paznokcie na kolor krwistoczerwony."


        analiza zdania sugerowałaby, że może to chodzi o mieszkanie (?), które ma być
        proszkowane (??), cokolwiek by to nie znaczyło - tyle że większego sensu to nie
        ma w przytaczanym akapicie. natomiast ktoś na wydawnictwach tłumaczył z
        przejęciem, że to na pewno chodzi o to, że bohaterka postanowiła się odchudzać
        od 1 stycznia, jedząc 'proszkowane' w domyśle dania, no a ponieważ jeszcze
        feralny dzień nie nastał, to zjadła ciasto. tyle że ta interpretacja to chyba w
        widzeniu pisana, bo jakoś nigdy ani nie słyszałam takiego skrótu powszechnego na
        dania z proszku, ani nie przypuszczałam, że są one dietetyczne. ale ma ktoś może
        jeszcze jakąś propozycję interpretacyjną?:)
        • yowah76 Re: ooo 07.10.08, 23:00
          Przecietna zupka z papierka ma chyba ok. 100 kalorii, smakow duzo,
          na upartego calkiem urozmaicona diete by sie z tego ulozylo;) ale
          moze to chodzi o takie koktajle dietetyczne? chyba cos takiego
          istnieje? slimfast czy cos...
          • szprota Re: ooo 07.10.08, 23:04
            Ja miałam przez chwilę wizję proszkowanych uszu, za które się trzymała w
            poprzednim zdaniu. Wiecie, kiedyś była jakaś taka posypka odświeżająca włosy,
            jak elegantka nie zdążyła umyć swoich przetłuszczonych pukli przed występem. To
            może do uszu też.
            • slotna Re: ooo 07.10.08, 23:26
              To mnie sie skojarzylo z datami przydatnosci do spozycia (bom z roznych powodow bardzo czula na tym punkcie), ze niby to ciasto proszkowane bylo (w sensie jak kopiec kreta czy cos) i mu sie data konczyla - ale jednak nie, bo nie DO dzisiaj czy DO dziesiatego stycznia, a OD.
              No patrzcie, moze cos w tym dziele jest jednak, do myslenia daje i w ogole :)))

              --
              Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
        • slotna Re: ooo 07.10.08, 23:02
          Aaa! Pewnie ta, jak jej tam, dieta cambridge czy cus.

          --
          Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
      • ananke666 Re: natknęłam się przypadkiem... 07.10.08, 23:29
        Oj wydaje się, wydaje. Nie tak dawno temu na fali głodu książkowego przeczytałam, pożyczone razem z kupką innych książek, dzieuo "Necrosis. Przebudzenie" popełnione przez duet Piekara-Kucharski. I złapałam się za głowę, że takie głupoty można wydać. A bzdurne to, a niechlujne... Co za pacan to do druku puścił...
        • slotna Re: natknęłam się przypadkiem... 07.10.08, 23:43
          Ja pare lat temu przebrnelam przez "Kuzynki" albo "Ksiezniczke", juz teraz nie pamietam, Pilipiuka. Nie mialam za bardzo wyjscia :) bo bylam wtedy za granica, z jezykiem jeszcze stalam kiepsko, a czytac cos musialam. Jak sie dowiedzialam, ze Pilipiuk dostal Zajdla, to malo nie zeszlam na zawal. Ale wtedy tlumaczylam sobie, ze akcja jest naprawde wciagajaca, wiec moze czytelnicy przymkneli oko na niedostatki jezykowe, no i ze to taka jednorazowa wpadka byla.
          A tu widze panoszy sie toto. A pracy dla redaktorow ponoc nie ma :/

          --
          Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
          • marajka Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 09:20
            A dla kogo jest praca?
            Jeszcze kilka lat, a mam nadzieję, że będą mogła robić z takich koszmarków miłe
            czytadełka, jeśli wydawca uprze się wydać;) Żeby przynajmniej zrozumieć można
            było. Przeglądnęłam Milaczka, ale nie kupiłam.
      • dakota77 Re: natknęłam się przypadkiem... 07.10.08, 23:53
        No widzisz, ja nie mam zwidow, ze to beznadzieja. Zreszta na fprum Wydawnictwa i
        ich obyczaje zrobila sie wokol tego afera, bo ludzie zaczeli jezdzic po autorce...
      • dakota77 Re: natknęłam się przypadkiem... 07.10.08, 23:56
        Jak tylko przeczytalam ten fragment na stronie, wyslalam go przyjaciolce, ktora
        jest redaktorem. Jej reakcja wygladala nastepujaco, ze tak sobie pozwole
        zacytowac :"jaja sobie ze mnie robisz, ze to ktos wydal, prawda?".
        • senseeko Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 09:31
          dakota77 napisała:

          > Jak tylko przeczytalam ten fragment na stronie, wyslalam go przyjaciolce, ktora
          > jest redaktorem. Jej reakcja wygladala nastepujaco, ze tak sobie pozwole
          > zacytowac :"jaja sobie ze mnie robisz, ze to ktos wydal, prawda?".

          I to jest w tym wszystkim najbardziej przerażające. Chociaż nie. Przerażające
          będzie jak się okaże, że toto się dobrze sprzedaje.
          Bo co tu dużo mówić - okaże się, że:
          1. nie dość, że jesteśmy w mniejszości to:
          2. Stajemy się tak przez nas krytykowaną rodziną Borejków, co to:
          3. Pewnej literatury nie tylko nie czyta, ale w ogóle do rąk nie weźmie, bo na
          sam widok dostaje drgawek.
          Innymi słowy
          4. Sporą część naszej krytyki pani MM można o kant ... potłuc, bo w sumie miała
          rację (prorok jaki, czy cuś?). Jesteśmy stukniętą grupą która lubi czytać coś,
          co choć trochę zaangażuje naszą szarą komórkę, a do tego jest nienaganne pod
          względem redakcyjnym stylistycznym, językowym, ortograficznym i do tego ma
          jeszcze w sobie jakąś treść (byłoby dobrze, gdyby owa treść była niegłupia).
          A my idiotki czepiamy się Borejków, że czytują wyłącznie ambitną literaturę
          zygu,zygu,zyg!

          Ale może się nie sprzeda? Życzę autorce jak najlepiej, ale (nie biorąc tego
          personalnie) odetchnęłąbym z ulgą gdyby jednak książka sprzedała się powiedzmy w
          kilkuset egzemplarzach. Bo to by znaczyło, że jednak ludzie są inteligentniejsi
          niż to się próbuje im wmówić i raczej siegają po rzeczy dobrej jakości.
          Biorąc jednak pod uwagę w jakich ilościach sprzedają się np. chipsy paprykowe, a
          w jakich papryka, wróżę książce powodzenie.
          Obym była złą wróżką.
      • the_dzidka Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 10:03
        A czytałyscie recenzje? Boszszsz...
        • senseeko Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 10:23
          the_dzidka napisała:

          > A czytałyscie recenzje? Boszszsz...
          >
          Gdzie? Gdzie?
          • the_dzidka Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 10:51
            Na tej stronie, gdzie jest fragment działa, jest zakładka "recenzje".
            • the_dzidka Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 10:52
              Dzieła, nie działa, choć niezła to armata :-)
            • senseeko Recenzje 08.10.08, 19:11
              Poszłam poczytać i już jestem z powrotem. (Nie wierząc własnym oczom czytałam kilkakrotnie, robiąc krótkie przerwy na przygotowanie obiadu i podanie tegoż domownikom, no ale w końcu uznałam, że nic więcej nie wyczytam i oto jestem. ;)
              Zafrapował mnie tekst:
              CytatZróżnicowany żeński team Witkiewicz może najbardziej przypomina kreacje Małgorzaty Musierowicz – co uznałabym za niemały wyczyn, bo naprawdę niewiele naszych pisarek zmierzyć się z twórczynią „Jeżycjady” Przy czym na stworzeniu grupy indywidualistek pomysłowość autorki „Milaczka” się nie kończy, a całość cechuje się bezpruderyjnością, której w rodzinie Borejków na pewno się nie uświadczy.
              Na uwagę zasługuje też i porządny warsztat (od zręczności językowej po przemyślaną konstrukcję), i przede wszystkim świeży dowcip. Serwując żarty, autorka zawierza inteligencji czy raczej poczuciu humoru odbiorcy: jej bohaterki nie kwitują zabawnych kwestii sitcomowymi wybuchami śmiechu. Wychodząc chyba z założenia, że spontaniczne rozbawienie to nie to samo, co bawienie się na siłę. Magdalena Witkiewicz nie zmusza więc do zabawy, ale bez wysiłku porywa czytelnika w jej wir.

              Kurczę! Chyba zdobędę gdzieś tę książkę (nie, nie kupię, co to, to nie. Książki kupuje się po lekturze a nie przed) i przeczytam. Wprawdzie podkreślone zdanie w kontekście zamieszczonego na stronie fragmentu „Milaczka” sugeruje, że cała recenzja nieco hmmm... mija się z prawdą, ;) a "kreację MM" widać w bezpruderyjnym alter ego Mili Borejko (li i jedynie), ale zaintrygowała mnie ta recenzja. Bo w końcu podpisana jest imieniem, nazwiskiem i miejscem pracy. A Zwierciadło wydawało mi się w miarę sensownym pisemkiem. Hmmmm
              • teano_laura Re: Recenzje 08.10.08, 21:00
                CytatAle że pod latarnią czasem bywa najciemniej, to upłynie sporo czasu (i wina) nim nasza pocharatana przez los bohaterka doceni wyjątkowość sympatycznego sąsiada samotnie wychowującego córkę.
                Artur Szklarczyk, „Olivia”

                Boszszsz.....
    • szprota Re: natknęłam się przypadkiem... 07.10.08, 22:59
      Ojej, Natalii się podoba, chciała się podzielić, a wy, wredoty jedne, od razu
      się nad tekstem pastwicie :P
      Ale ten zalinkowany fragment faktycznie jakoś niechlujnie napisany. Umówmy się,
      że ma swój wdzięk. Nieporadny ;)
      • natalijasz Re: natknęłam się przypadkiem... 07.10.08, 23:09
        ee,no ale nie wszystkim się podobać musi. mnie się spodobało, parszywy humor
        miałam, a parę sytuacji z książki szczerze mnie ucieszyło. no i mała Zuzia (to
        ona mi przypomina pewnymi zachowaniami bohaterów Musierowicz, ale, że klimat
        podobny ma to nie wspominałam, no chyba, że już mam problemy z pamięcią).
        skoro przeczytałam, wyjaśniam tajemniczą historię z "proszkowanym", to właśnie
        miała być dieta oparta na jakiś dziwnych substancjach, już nie pamiętam
        dokładnie, ale to o to tylko i wyłącznie chodzi. fakt może fragment nie
        najlepszy dobrano, nie odwiedzałam strony, to nie wiedziałam jaki zamieścili.
        niemniej nadal twierdzę, że co poniektóre pomysły mnie zaskoczyły, powiem
        więcej, mile mnie zaskoczyły. tak więc kto będzie chciał się przekonać czy
        jednak warto, przeczyta a kto nie, ten nie :) to tak bardzo błyskotliwie
        stwierdziłam na koniec.
    • kochanica-francuza Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 00:32
      sama bym lepsze napisała, a i wy też, podejrzewam

      Szwaja poleca??? hehehe. to miło, ja nawet Szwai nie czytam. znam z widzenia.
    • slotna Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 01:05
      Przeczytalam ten watek na Wydawnictwach, pomijam tresc bo to niefajny oftop, ale
      danka z proszku
      danka z proszku
      danka z proszku
      mnie rozwalily. Jakis mam dziwny humor chyba :D

      --
      Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
      • mmoni Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 10:06
        Właśnie, czy autorka nie udzielała się na "Wydawnictwa i ich obyczaje"? Nie
        czytałam tamtego wątku, bo kilometrowy, ale kto ciekawy, to znajdzie.
        • dakota77 Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 10:29
          Pewnie, ze sie udzielala. Ostatnio pochwalila sie wydaniem ksiazki i tym, ze
          bedzie ja podpisywac w empiku i od tamtej pory szaleje tam afera, ze tak powiem.
          CZesc losob zaczela krytykowac jej styl, inne oskarzac tamte o
          czepialstwo/zawisc/trollowanie i tak to sie toczy:-)
    • limotini Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 10:36
      A mi się, może bez związku, przypomina fragment Biegunów, w którym autorka
      wspomina rozmowę z dziewczyną (z Indii?) która założyła w swiom środowisku klub
      zachęcający do pisania książek ("Książkę napisać łatwo i tanio, a jak się uda,
      to jest to najprostszy sposób wyjścia z ubóstwa. I tylko, ach, żeby ludzie
      nawzajem swoje książki czytali".).
      • dakota77 Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 10:38
        Sposob na wyjscie z ubostwa? Ciekawe, w Polsce z tego sie nie da zyc, dopoki nie
        pisze sie superbestsellerow;-)
      • croyance Re: natknęłam się przypadkiem... 11.10.08, 15:19
        Jezu, i pomyslec, ze ja marze o wydaniu ksiazki, ale nie mam odwagi,
        bo uwazam, ze jestem nie dosc utalentowana ..:-O
        • uccello Re: natknęłam się przypadkiem... 11.10.08, 17:34
          Śledziłam na forum Wydawnictwa i ich obyczaje autopromocyjny wątek
          autorki innego debiutanckiego dzieła . Od krygowania się przed
          debiutem , przez entuzjastyczne opinie na temat własnej kreatywności
          (co wbudziło falę uszczypliwej krytyki), po dumną odpowiedź
          forumowym opozycjonistom:

          >Piszcie - i nawet wydawajcie! - swoje
          >wypociny, marząc, że kiedyś spłodzicie taką "Poczekajkę". Marzyć
          >wolno.
          >By spłodzić należy być po prostu dobrym człowiekiem, mieć wielkie
          >serce i czyste sumienie. W was jest za wiele jadu i nienawiści w
          >stosunku do wszystkich,którym się udało. Jak wy patrzycie co rano w
          >lustro? Nie kusi was, żeby tym razem opluć siebie?

          Z wyżyn doświadczenia- Autorka O Wielkim Sercu zakazała( sic!)
          autorce "Milaczka" zagladania na forum , bo będą tam ludzie którzy
          zechcą ją zniszczyć.

          No i mam mieszane uczucia( abstrachując od Autorki O Wielkim Sercu-
          przykładzie kuriozalnym)- Z jednej strony internet jest szansą dla
          autora dowiedzenia się co sądzą o jego pracy odbiorcy, z drugiej -
          anonimowość internautów pozwala na na najwredniejsze wyszydzenie
          autora i dzieła.

    • biljana Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 10:47
      Ja również przypadkiem natknęłam się parę dni temu na wątek milaczkowy na forum
      Wydawnictwa. Pomijając dyskusje personalne na temat Autorki, komentarze były
      bardzo trafne. Tym bardziej, że teraz można zaobserwować jakiś wysyp tego typu
      produktów książkopodobnych. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale nie tak dawno
      na forach pojawiła się też milaczkopodobna Poczekajka, ostro promowana przez
      autorkę, z reszta w podobnym stylu jak Milaczek.
      Mnie zadziwia w tym wszystkim jedno: że ktoś takie rzeczy wydaje. No bo przecież
      poziom językowy tych wszystkich milaczków jest mniej więcej podobny jak
      wypracowań z polskiego pisanych przez gimnazjalistki. Ja się nie czepiam treści.
      Niech sobie będą romanse, lekkie powieści obyczajowe, z humorem (jak twierdzi o
      swoim dziele autorka milaczka) Weźmy na przykład Samozwaniec, Musierowicz (!) No
      ale nie tak napisane! Nie tym językiem, nieporadnym, chropowatym i co najgorsze
      z błędami.
      Najgorsze jest to, że milaczki i poczekajki się sprzedają. Najlepszym przykładem
      są tu Szwaja, Kalicińska itp. które są uważane za pisarki z prawdziwego
      zdarzenia :( A Szwaja jeszcze milaczki wydaje !
      • dakota77 Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 10:52
        No wiec wlasnie. Ja tez sie nie czepiam gatunku, jest rynek na takie ksiazki,
        niech beda wydawane,. Tylko czemu one sa na takim dramatycznie zlym poziomie?
        Jezykowo marne, redakcyjnie tez leza... To jest brak szacunku dla czytelnika ze
        strony wydawnictwa.
        • biljana Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 11:01
          Najgorzej właśnie jest z redakcją książek. Ostatnio każdą nowokupioną książkę
          sprawdzam, czy jest redaktor i ewentualnie kto nim jest. Niestety, coraz więcej
          książek nie ma redaktora. A mnie się to w głowie nie mieści.
          • dakota77 Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 11:06
            Nie wiem czy wam opowiadalam o moich przejsciach z Achaja. Moze pamietacie,
            glosna pare lat temu powiesc fantasy Andrzeja Ziemianskiego. Fantasy lubie,
            wszedzie widzialam same zachwyty, wiec postanowilam to przeczytac. Na szczescie
            mnie kupilam tego watpliwego dziela, a pozyczylam od szwagra, bo strasznie by mi
            bylo zal pieniedzy. Otoz byla to ksiazka grafomanska, nie trzymajaca sie kupy, a
            do tego nie maja sladu redakcji merytorycznej ( no tak, autor ponoc to wielki
            pisarz, khe khe, kto by mu smial cos poprawiac), a do tego z masa bledow
            jezykowcych i zwyklych literowe. Wscieklam sie, ze sie mnie tu lekcewazy jako
            czytelnika, siadlam do komputera i z poswieceniem wklepalam iles fragmentow
            zawierajacych bledy z mkomentarzem natury jezykowej;-). Plik wyslalam mailem do
            wydawnictwa. Przeprosili, przyslali inna ksiazke w ptezencie, ale pracy nie
            zaproponowali;-P
            • ananke666 Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 13:25
              Paradoksalnie czasem cieszy mnie, że wydaje się takie głupoty. Może ktoś wyda moje :p
            • onion68 Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 19:26
              A ja nie mogę się jakoś zachwycić Białołęcką i Pilipiukiem, nad którymi wiele
              osób pieje z zachwytu.
              Achaję kiedyś podczytałam w księgarni i nie wzięłam.
        • senseeko Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 13:59
          CytatTylko czemu one sa na takim dramatycznie zlym poziomie?
          > Jezykowo marne, redakcyjnie tez leza... To jest brak szacunku dla czytelnika ze
          > strony wydawnictwa.

          Jeśli czytelnik sam się nie szanuje... Jak by nie było popytu, to by i podaży nie było.
          Mam wrażenie, że wielu czytelników obrało "strategię starej panny" (nie obrażając kobiet niezamężnych) tzn "byle jaki, byle siaki, byle był". Skoro nie można dostać dobrych książek, to niech będą i złe, byle było na czym oko zawiesić.
          To dokładnie to samo jak z dziewczyną, o której się kiedyś mówiło, że się "szanuje" bądź "nie szanuje" a teraz już nawet się nie mówi - jedna jest "łatwa" bo taka jest i właśnie to lubi, albo nie stać jej intelektualnie, emocjonalnie bądź moralnie na podjęcie trudu (ale i radości) budowania relacji, woli szybko, łatwo, przyjemnie i już-natychmiast, a inna ze strachu "bo może to jedyna okazja".
          Szanujmy się, nie kupujmy, to i wydawcy nas zaczną szanować i nikt gniotów nie będzie wydawał.
          • dakota77 Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 14:03
            Totez ja gniotow nie kupuje. Ale inni je kupia, i co sie zmieni? Tym bardziej ze
            to nie zawsze tak dziala, ze ludzie chca czegos, wiec wydawnictwa daja im to,
            czego tamci pragna. Popyt przeciez tworzy sie tez odgornie, poprzez marketing.
            • senseeko Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 14:09
              dakota77 napisała:

              > Totez ja gniotow nie kupuje. Ale inni je kupia, i co sie zmieni? Tym bardziej z
              > e
              > to nie zawsze tak dziala, ze ludzie chca czegos, wiec wydawnictwa daja im to,
              > czego tamci pragna. Popyt przeciez tworzy sie tez odgornie, poprzez marketing.

              Też prawda, niestety :(
              Najbardziej mi zal autorki. Wygląda sympatycznie i pewnie miała jakiś pomysł, tylko warsztatu jeszcze brak. Uważam,ze wydając jej książkę już na tym etapie, zrobiono jej krzywdę, bo pani, za przeproszeniem, Szwaja poskąpiła kasy na redaktora, a sama albo jest zbyt ograniczona by takie błedy wyłapać, albo też wyrachowana i kieruje się "zasadą pewnej kelnerki":
              Czy to dieta, czy nie dieta
              co wam podam, wszystko zjeta

              - bo, proszę pana redaktora, co by nam nie przywieźli do stołówki, i tak wszystko się skarmi"
          • filifionka-listopadowa Achaja i Fabryka Słów 08.10.08, 20:15
            FS ogólnie specjalizuje się w takich potworkach. Z potencjałem. "Popiół i kurz"
            Grzędowicza o na przykład. Przydałby się temu panu dobry redaktor, przepisał by
            tak z 4 razy i była by dobra fantastyka. A oni tam chyba nie zatrudniają
            redaktora ew. jest to osoba na I roku polonistyka, zastraszona nazwiskami.
            • onion68 Re: Achaja i Fabryka Słów 08.10.08, 20:31
              O tak, "Popiół i kurz" to porażka kompletna, wtórność, wtórność do kwadratu. I
              częsty w polskiej literaturze tworzonej przez mężczyzn mizoginizm.
              Nie mogłam się oprzeć podczas lektury wrażeniu, że autorowi zabrakło na meble
              czy coś i musiał w te pędy coś stworzyć. Cokolwiek.
              • dakota77 Re: Achaja i Fabryka Słów 08.10.08, 22:17
                O, wlasnie. Do tego ta ksiazka kompletnie sie rozlazila. Jakos tak autor sie
                zgubil i nie wiedzial, dfo czego zmierzal tak wlasciwie,
      • the_dzidka Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 10:57
        Akurat Samozwaniec jest dla mnie straszliwie toporna (przy czym mam
        na mysli jej "satyryczne" utwory, bo Marię i Magdalenę kocham), a
        jej dowcip ciężki. W dodatku bez przerwy zaznacza "powiedział
        dowcipnie", "spytała dowcipnie" (chyba żeby nikt nie miał
        wątpliwości), powtarza te same bonmoty kilkakrotnie (numizmaty
        wychodzące z ziemi były chyba w pięciu utworach). A szwaję czyta mi
        się z prawdziwą radością: pogodna, zabawna, lekka, może trochę pisze
        pod Chmielewską, ale to się często zdarza, jeśli ktoś Królowej
        pochłonął za dużo. De gustibus, i nie ma tak, że Słowacki wielkim
        poetą był, albo kto jest twoim idolem i dlaczego Lenin.
        O :-)
        • dakota77 Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 11:02
          Ja czytalam zdaje sie dwie ksiazki Szwai, zeby zobaczyc co to. I choc to nie
          arcydziela, to byly to calkiem niezle czytadla. Moim zdaniem lepsze od zmeczonej
          kiedys przez mnie z trudem Grocholi, tej pierwszej ksiazki o Judycie. To tez
          bylo jak dla mnie szkolne wypracowanie;-).
          U Szwai lubie to, ze jako byla dziennikarka bardzo fajnie opisuje telewizyjny
          swiatek;-)
        • biljana Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 11:10
          Co do Samozwaniec, to moim zdaniem tak jak Chmielewska i Musierowicz :), ma
          lepsze i gorsze książk. Uwielbiam Marię i Magdalenę oraz Zalotnicę Niebieską. Z
          jej powieści satyrycznych bardzo podoba mi się np. Czy pani mieszka sama ? a
          inne trochę mniej. Ale ogólnie jednak poziom kultury słowa z milaczkami
          nieporównywalny, prawda?
          Szwai nie lubię, jej typ humoru do mnie jakoś nie trafił. Przeczytałam jedną jej
          książkę i byłam raczej znudzona.
        • ananke666 Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 11:29
          > Akurat Samozwaniec jest dla mnie straszliwie toporna (przy czym mam
          > na mysli jej "satyryczne" utwory, bo Marię i Magdalenę kocham), a
          > jej dowcip ciężki.

          Ja jej nie jestem w stanie czytać. Beznadzieja, przynajmniej to, co próbowałam. Ale ma na koncie dwie dobre książki i pół zabawnej. Dobre są Maria i Magdalena oraz Zalotnica niebieska. Pół zabawnej to Na ustach grzechu. Pół, bo bawią mnie tylko fragmenty ;)
          • filifionka-listopadowa Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 20:19
            Ha! bratnie dusze! Uwielbiam Marie i Magdalenę a błędy jestem w stanie wybaczyć
            dzięki przedmowie Autorki. Ale reszta... ech może w swoich czasach robiła
            wrażenie....
            • ananke666 Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 22:24
              Na mnie reszta też zrobiła wrażenie. Negatywne :p
        • laura-gomez Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 18:55
          the_dzidka napisała:

          A szwaję czyta mi
          > się z prawdziwą radością: pogodna, zabawna, lekka

          Ja tez lubię książki Szwaji, na pewno są lepsze od tych napisanych przez Grochole.
    • limotini Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 12:37
      To ja się całkiem altruistycznie podzielę opowiadaniem, na które natknęłam się
      przeglądając wątek o książce z pierwszego posta:
      sylwiastraczewska.wordpress.com/babie-lato/
      Mnie się podobało :)

      • kochanica-francuza Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 14:05
        milaczek to mi się kojarzy z małym dzieckiem, zabawką, maskotką albo z laczkiem
        (kapciem)

        gender się kłania!!! dorosła kobieta = Milaczek????
        • dakota77 Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 14:06
          Czegos takiego bym sie nie czepiala. Przeciez autorka miala prawo nadac postaci
          przydomek jaki jej sie tylko podoba. Moze chciala elementu zaskoczenia.
          • biljana Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 14:10
            dakota77 napisała:

            > Moze chciala elementu zaskoczenia.

            Obawiam się, że tu elementu zaskoczenia nie będzie:)
            Po przeczytanym fragmencie i wypowiedziach autorki mam wrażenie, że bohaterka to
            właśnie taka cipulcia jest, taki milaczek tiu tiu tiu, ale to słodkie do wyrzygu.
        • senseeko Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 14:15
          kochanica-francuza napisała:

          > milaczek to mi się kojarzy z małym dzieckiem, zabawką, maskotką albo z laczkiem
          > (kapciem)
          >
          > gender się kłania!!! dorosła kobieta = Milaczek????

          A ja, póki nie przeczytałam fragmentu, sądziłam, że chodzi o faceta, jakiegoś
          bon vivanta, w stylu Hugha Granta (ale mi się rymło!)
          Co nie znaczy, że czytanie o tego typu Milaczkach by mnie pociągnęło bardziej,
          niz czytanie o infantylnej i ciumowatej kopii Bridget (bo podejrzewam, że
          autorka chciała napisać polski odpowiednik BJ, jako że te się ponoć sprzedają, a
          w każdym razie tako rzecze PR).
          • kochanica-francuza Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 14:22

            > a
            > w każdym razie tako rzecze PR).
            >
            >
            Jak rzekł kiedyś internauta "Brydżety latoś obrodziły"
            • limotini Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 14:59
              A tam, nie widzę dużej różnicy między "Żabą" a "Milaczkiem".

              Może rzeczywiście książka jest fajna (ciekawa fabuła, dowcipne zdarzenia itp.)
              pomimo, że fragment jest nieciekawy językowo? (Nie to, żebym miała wielkie
              nadzieje, ale nie czytałam, więc ciężko mi krytykować całość).

              Ale wściekam się strasznie, bo cała masa komentarzy jest w rodzaju tego, co, ja
              naiwna, wyobrażałam sobie że mówi pisarce redaktor/korektor/wydawca. I mam mocne
              wrażenie, że dziewczyna została jakoś oszukana. Być może z pomocą życzliwej
              krytyki mogłaby mieć fajną, lekką książką. Tylko nikomu nie chciało się, młoda
              autorka przyjęła to za dobrą monetę, wszystko jest ok, a teraz obcy ludzie na
              licznych forach mówią przykre rzeczy o jej książkach. I co jej to teraz da?

              Książka się pewnie sprzeda, bo i czemu nie? Staniki 80B też się sprzedają.
              • ananke666 Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 15:46
                W sumie lepiej, żeby ludzie czytali głupie książki niż żadne.
              • limotini Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 15:51
                CytatA tam, nie widzę dużej różnicy między "Żabą" a "Milaczkiem".
                Sam tytuł miałam na myśli.

                Starałam się być obiektywna, ale przeczytałam dostępne urywki, nawet
                przesłuchałam udostępniony na merlinie fragment czytany, i jestem pewna, że to
                jest książka nie dla mnie. A błędów językowych jest tyle, że nagle spominane
                przez Was niedawno ściągi z Jeżycjady wydały mi się ładne i dopracowane!

                Jeden fragment mnie tylko rozbawił: "Milena stała na wadze i trzymała się szafy,
                by waga była jak najniższa". W swojej naiwności starałam się sobie wyobrazić tę
                akrobację, dopóki nie zrozumiałam, co autorka miała na myśli.
                • ananke666 Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 18:15
                  > Jeden fragment mnie tylko rozbawił: "Milena stała na wadze i trzymała się szafy
                  > ,
                  > by waga była jak najniższa". W swojej naiwności starałam się sobie wyobrazić tę
                  > akrobację, dopóki nie zrozumiałam, co autorka miała na myśli.

                  Padłam.
                  • kochanica-francuza Co do obsesji wagi... 08.10.08, 21:05
                    proponuję bohaterkom zamontować nad tąże drążek do ćwiczeń i się go trzymać. W
                    trakcie ważenia. Najlepiej odrywając stopy od wagi.
                    • agawa79 Re: Co do obsesji wagi... 08.10.08, 21:17
                      Nie czytałam "Milaczka", więc nie chcę krytykować dzieła przed się
                      zapoznaniem (choć jako filolog pewnie bym potrafiła to zrobić, tym
                      bardziej, że z powodu osoby polecającej już jestem uprzedzona;) ),
                      jednak po wysłuchaniu fragmentu dostępnego w Merlinie muszę
                      powiedzieć, że nie znoszę, nie cierpię książek, w których bohaterka
                      zmaga się z nadwagą. Wyjątkiem była Bridget, ale ona była pierwsza i
                      jedyna w swoim rodzaju, cała reszta, która nastąpiła potem, już mnie
                      drażni. Sama mam dużą nadwagę, ale nie robię z tego życiowego
                      problemu; męczą mnie laski, które żyją oblewającym je tłuszczem, a
                      które nic właściwie nie robią, żeby się go pozbyć i odwlekają w
                      nieskończoność wzięcie się za siebie i swój tłusty tyłek. Czyli mam
                      kolejny powód, żeby książki nie czytać (ale jeśli się okaże, że
                      bohaterka jednak schudła, to proszę mi dać znać, być może jeszcze
                      pokonam niechęć do lektury;) ).
                      • ananke666 Re: Co do obsesji wagi... 08.10.08, 22:34
                        Co do Bridget. Przyznam się, że mnie pierwsza część śmieszyła, była radośnie głupkowata i całkiem niepoważna. I wtedy jeszcze oryginalna. Ale bardzo się zdziwiłam, że są osoby utożsamiające się z panną B. Dowiedziałam się tego na łamach Twojego Stylu bodajże (bodajże, bo było to dawno temu), jakieś okrzyki "to o mnie", łącznie z paleniem Silk Cutów specjalnie w tym celu przywiezionych z UK, malowaniem paznokci Rouge Noir i ogólnie kociokwik - i nie mogłam zrozumieć, jak można się utożsamiać z osobą sympatyczną, zabawnie zakręconą, no cóż... nieco yyyyyy jakby to powiedzieć... inteligentną inaczej.
                        A co do obsesji wagi, to walka Bridget z wagą jest rozdmuchana jej wyobraźnią, bo ile pamiętam, to przy wadze 59 kg twierdziła że jest gruba, a przy 54, że chuda. Może mam nienormalne widzenie świata, niemniej między osobą grubą a chudą chyba jest więcej niż 5 kilo ;)
                        • dakota77 Re: Co do obsesji wagi... 08.10.08, 22:44
                          Zdecydowanie wiecej niz 5 kilo, ale jak sama napisalas, Bridget jest
                          inteligentna inaczej. I to mocno.
                          • kochanica-francuza Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 15:20
                            dla mnie Brydżet ;-) nie jest ani zabawna, ani zakręcona, tylko zwykła idiotka
                            zawracająca d...ę pierdołami

                            • truscaveczka Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 15:55
                              Kochanica, nie boisz się tak w ikonę walić?
                              Brydżet śfuj!
                              • kochanica-francuza Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 21:22
                                truscaveczka napisała:

                                > Kochanica, nie boisz się tak w ikonę walić?

                                To ona jest ikona? Że tym razem ja rymnę ;-)
                          • onion68 Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 15:33
                            Mam wrażenie, że trochę za surowo osądzacie Bridget, co może się brać z
                            przenikania się wrażeń z powieści i filmu (bo o formułowanie sądów na podstawie
                            samego tylko filmu nie posądzam uczestniczek tego forum). Wrócę do tematu
                            później, bo teraz nie wytrzymałam z pracy ;-)
                            A o prawdziwości takiego działania ruchomych 5 kg sama mogę zaświadczyć.
                            Wystarczy być niewysokim i drobnokościstym.
                            • kochanica-francuza Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 15:51
                              onion68 napisała:

                              > Mam wrażenie, że trochę za surowo osądzacie Bridget, co może się brać z
                              > przenikania się wrażeń z powieści i filmu (bo o formułowanie sądów na podstawie
                              > samego tylko filmu nie posądzam uczestniczek tego forum). Wrócę do tematu
                              > później, bo teraz nie wytrzymałam z pracy ;-)
                              > A o prawdziwości takiego działania ruchomych 5 kg sama mogę zaświadczyć.
                              > Wystarczy być niewysokim i drobnokościstym.

                              Ale tylko wtedy. A aktorka grająca Brydżet nie była niewysoka.
                              • slotna Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 18:06
                                Jak to nie byla? Chyba byla... inna sprawa, ze w filmie waga jej sie nie zmieniala, w ksiazce faktycznie chudla i tyla na zmiane. Ja mam identycznie zreszta, postury jestem nikczemnej i wiecie co - 5 kg robi roznice :)

                                --
                                Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
                                • onion68 Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 18:15
                                  Ponadto to w książce Bridget wahała się od 60 do 54. Na filmie jak nic miała 70
                                  (co najmniej).
                                  Filmowa Bridget to faktycznie słodka idiotka i ofiara losu, jednak w powieści
                                  rzecz się przedstawia inaczej zgoła. Dla mnie jest to prawdziwe studium
                                  samotności współczesnej kobiety, jej zagubienia się w relacjach z mężczyznami w
                                  nowej sytuacji, kiedy stare wzorce nie mają już zastosowania (związki z
                                  przypadku lub z rozsądku). Cóż, poszukiwanie prawdziwej miłości tudzież drugiej
                                  połówki rodzi frustrację. Dodajmy, że wielu mężczyzn pogubiło się w swoich
                                  rolach (co w książce jest dobrze pokazane - związkofoby, pracoholicy,
                                  seksoholicy, itd.). Podobnie pisze zresztą Chmielewska w "Jak wytrzymać z
                                  mężczyzną" - i naprawdę w rzeczywistości wielu facetów wymaga, aby kobieta była
                                  ich partnerką w zarabianiu pieniędzy i podejmowaniu ważnych życiowo decyzji, a
                                  jednocześnie służącą w domu :-/
                                  Dobrze jest pokazany los osoby średnio wykształconej i wykonującej średnio
                                  wymagającą, za to nieciekawą pracę.
                                  Bridget interesuje się zagadnieniami politycznymi (jest zwolenniczką
                                  labourzystów, a odkrycie, że Mark reprezentuje odmienną opcję prowadzi niemal do
                                  zerwania), ekologicznymi, kwestią kobiecą (może nie do tego stopnia, aby
                                  zgłębiać opasłe tomiszcza, ale jednak). I to nie wyklucza, że może się martwić
                                  swoim wyglądem albo wagą. Ja, Onion, Wam to mówię ;-)
                                  • dakota77 Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 18:52
                                    Taa, wiele osob ma niby poglsaduy polityczne, a nie zna programu partii, ktora
                                    popiera. Poza tym B.nie wiedziala, gdzie leza Niemcy. Dla mnie wciaz idiotka;-)
                                    • slotna Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 19:02
                                      To jest moim zdaniem gigantyczna wpadka autorki, to z tymi Niemcami :D Bo Bridget myslec potrafi, ma te swoje teoryjki, niektore nawet calkiem zgrabne i ewidentnie jakas wiedze o swiecie musi posiadac.
                                      Jak dla mnie ona po prostu wyolbrzymia wszystko w tym pamietniku, glownie wlasna glupote, ja sama tak robie czesto, opisuje jakies wydarzenia podkreslajac ich "niesamowitosc", czy to by bylo moje zacmienie umyslowe, ktore do czegos tam doprowadzilo, czy jakies zewnetrzne okolicznosci, czy co tam jeszcze innego. Niby pamietnik, niby pisze to dla siebie, ale jednak ubarwiam, bo tak fajniej:) Wiec i Bridget tak odbieram. "Ach, moj Boze, co za kretynka ze mnie, zrobilam bla bla i jeszcze bla!".

                                      --
                                      Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
                                      • dakota77 Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 19:04
                                        To prawda, tak sie pisze pamietniki:-). Ale dla mnie B. zachowywala sie jak
                                        idiotka, to juz nie kwestia wiedzy. Jak poszla pracowac do TV, wyczyniala takie
                                        glupoty, ze mnie skora cierpla, tym bardziej, ze to moja branza.
                                        • onion68 Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 19:18
                                          A mnie wydaje się całkiem prawdopodobne, że nawet nie będąc idiotką, poprzez
                                          splot okoliczności albo chwilę dekoncentracji można się idiotycznie zachować.
                                          Dodam jeszcze, że praca w telewizji była nowa dla Bridget i choćby z tego
                                          względu mogła popełniać błędy. Naprawdę, zmiana pracy nawet w tej samej branży
                                          to duży szok - tyle nowych informacji do wchłonięcia, osób i zasad do poznania,
                                          a co dopiero przy zmianie branży.
                                          • dakota77 Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 19:21
                                            Jasne, ze tak. Kazda nowa praca to wyzwanie. Ale naprawde B. to sie nadawala co
                                            najwyzej do prowadzenia teleturniejow, a jednak musiala robic rzeczy ciut
                                            powazniejsze. I zdumiewajaco dlugo tej pracy nie stracila;-)
                                            • slotna Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 20:38
                                              W sumie jak sobie przypomne to tez sie dziwilam tej pracy (faceci dokola Bridget mnie nie zastanawiali, bo wiadomo powszechnie, ze oni lubia idiotki :)), dopoki nie wyjechalam do Anglii.
                                              Teraz mieszkam w Irlandii, tu jest jeszcze gorzej pod tym wzgledem. Moja mama pracuje w swoim zawodzie i budzi powszechne zdumienie doksztalcajac sie, czytajac ksiazki, sprawdzajac w internecie etc. W pol roku (kobieta w srednim wieku, nie ukrywajmy, i z nieco dziwna znajomoscia jezyka) stala sie megaekspertem! A gdy pracowala w identycznym miejscu w Polsce, byla ot, szeregowcem. Ja zawodu nie mam, pracuje fizycznie + obsluga klienta, i mialam podobna sytuacje - przypadkiem trafilam w internecie na cos, co sie wiazalo z moja praca, zaciekawilam sie, poszukalam i znalazlam kilka ulatwien, ktore mozna by wykorzystac. Mowie o tym szefowej, a ona "no owszem, fajnie, ale PO CO TY TEGO SZUKALAS?" i maglowala mnie o to z pol godziny, az zaczelam jakies glupoty wymyslac. Nie miescilo jej sie w glowie, ze moge sie po godzinach zainteresowac czyms zwiazanym z praca, no po co.
                                              Wiec tak to tu wyglada po prostu.

                                              --
                                              Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
                                    • m0nalisa Re: Co do obsesji wagi... 11.10.08, 13:05
                                      to raczej narodowa cecha - brak orientacji geograficznej- u przeciętnych
                                      anglikow :PPPP
                                  • verdana Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 19:00
                                    Rezyser filmu był facetem, co w danym przypadku oznacza - idiotą.
                                    Dureń uznał, ze jak kobieta stale pisze, ze jest gruba i się
                                    odchudza, to JEST gruba. A nie zwyczajnie szczupła, tyle, ze nie
                                    chuda.
                                    Briget gruba nie była nigdy - zwracam uwagę, ze jak schudła, to
                                    wszyscy znajomi kazali jej natychmiast wrocic do poprzedniej wagi.
                                    Co do odchudzania się - ja cale zycie się odchudzam i z kolei
                                    denerwuja mnie ludzie, ktorzy uwazają, ze jak komus wlasna waga
                                    przeszkadza, to wystarczy się odchudzić i tyle. Z moją waga nawet
                                    dietetyczka przegrała...
                                    • kochanica-francuza Verdana 09.10.08, 21:26
                                      a jakie masz BMI? Jak wyglądasz? Możesz pokazać na maila (z ukrytą twarzą)? Bo
                                      nie wiem, czy SŁUSZNIE
                                      • kochanica-francuza Re: Verdana 09.10.08, 21:27
                                        Co mi tu wysyła!...

                                        ... czy słusznie się tą wagą martwisz.

                                        KF, 5 kg nadwagi ;-)
                                        • verdana Re: Verdana 09.10.08, 22:28
                                          BMI w górnych granicach normy - czyli ok. 25. waga - o 1-2 kg
                                          większa niz wtedy, gdy miałam 18 lat, choć talię szlag trafił przed
                                          wiekami. Nie jestem gruba, szczupła tez nie, ale czuję się otyła -
                                          efekt nieustannego odchudzania mnie w dziecinstwie. A przy moim
                                          wzroscie kazdy kilogram widać. A nadwagi mam zawsze ok. 5 kg.
                                          Dlatego rozumiem Bridget.
                                          • kochanica-francuza Re: Verdana 09.10.08, 22:40
                                            A nadwagi mam zawsze ok. 5 kg.
                                            > Dlatego rozumiem Bridget.

                                            No a ja dlatego jej nie rozumiem.

                                          • ananke666 Re: Verdana 10.10.08, 11:34
                                            Ale przecież, żeby 60 kg dawało BMI w górnej granicy normy, Bridget musiałaby mierzyć ok. 155 cm. No i odchudzenie o 5 kg nie da wagi idealnej ani chudości! Do chudości musiałaby zrzucić znacznie więcej.

                                            Osobiście traktuję "Dziennik..." jako karykaturę samotnej trzydziestolatki. Jako karykatura jest zabawny. Tylko dalej nie rozumiem, jak można chcieć się utożsamiać z karykaturą.
                                            • onion68 Re: Verdana 10.10.08, 12:26
                                              Bridget przesadzała - na pewno nie była gruba przy tej swojej wadze 59 -60 kg.
                                              Ale ja ją rozumiem - na długo przed BMI=25 zaczynam się czuć grubo. Może była
                                              pulchną nastolatką, jak ja, wtedy człowiek po prostu nie może się od tego
                                              uwolnić psychicznie - co by nie twierdziło otoczenie.
                                              Mogło też być tak, że schodząc do wagi 54 kg schudła głównie z twarzy i klatki
                                              piersiowej (tak mają kobiety o sylwetce gruszki) i dlatego wydawała się znajomym
                                              mizerna.
                                    • mmoni Re: Co do obsesji wagi... 10.10.08, 12:31
                                      Verdana, akurat tutaj nie możesz się wyżyć na facetach - reżyserami obu filmów o
                                      Bridget były kobiety.
                                  • klymenystra Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 22:11
                                    Ja sie z Toba, Onionie, zgadzam, plus dodam to, co powtarza zawsze jedna moja
                                    wykladowczyni: w Bridger jest mnostwo nawiazan do Austen (nie tylko tych
                                    doslownych), Fielding prowadzi gre z dawna literatura kobieca. Ja cos tam z tego
                                    widze, na upartego Jane Eyre, a pani wykladowczyni wierze, bo jest chyba jedynym
                                    moim prawie autorytetem :)
                                    • dakota77 Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 22:14
                                      Akurat nawiazania do Austem sa bardzo, bardzo doslowne:-)
                                  • mmoni Re: Co do obsesji wagi... 10.10.08, 12:28
                                    onion68 napisała:
                                    > Bridget interesuje się zagadnieniami politycznymi (jestzwolenniczką
                                    > labourzystów, a odkrycie, że Mark reprezentuje odmienną opcję >prowadzi niemal
                                    do zerwania

                                    No nie, nie robiłabym z Bridget intelektualistki (jakąś tam partię na podstawie
                                    dosyć mglistych wyobrażeń każdy może popierać). Wspomnę tylko słynną dyskusję z
                                    Danielem o tym, czy w Srebrenicy ginęli Chorwaci czy Serbowie, dopóki
                                    przysłuchujący się im bileter nie wyprowadził ich z błędu. Scenka zresztą
                                    całkiem inteligentna i cięta, jak na literaturę rozrywkową.
                                    • onion68 Re: Co do obsesji wagi... 10.10.08, 12:42
                                      Chyba między intelektualistką a idiotką jest spora gama innych możliwości.
                                      W scence z hotelu, zdaje się, że to Bridget miała rację lub wykazała ignorancję
                                      Daniela.
                              • senseeko Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 19:34
                                kochanica-francuza napisała:

                                > onion68 napisała:
                                >
                                > > Mam wrażenie, że trochę za surowo osądzacie Bridget, co może się brać z
                                > > przenikania się wrażeń z powieści i filmu (bo o formułowanie sądów na pod
                                > stawie
                                > > samego tylko filmu nie posądzam uczestniczek tego forum).

                                Ja filmu w ogóle nie oglądałam i nie miałam pokus, by obejrzeć. Książka
                                wystarczyła w zupełności. ;)
                                Jeszcze parę lat temu miałam nadzieję, że Brydżet ;) jest absolutną fikcją
                                literacka. Później łudziłam się, że to może tylko w Anglii takie się rodzą...
                                Już się nie łudzę ;)))

                                BTW bardzo dobrą diagnozę "brydżetyzmu" sformułowała IMHO zooloza na forum
                                Wydawnictwa i obyczaje. Zerknijcie (wątek z B.J. w tytule)
                              • ananke666 Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 20:05
                                Eeee tam. Różnicę robi, to jasne, ale bez przesady, nie gruby/chudy. Też jestem niezbyt wybujałej postury i drobnokoścista - 163 cm, buty 35-36... przy 49 kg zaczynam być chuda, przy 54 jeszcze całkiem ładnie szczupła.
                        • laura-gomez Re: Co do obsesji wagi... 09.10.08, 16:13
                          Mnie akurat "Dziennik Bridget Jones" bardzo rozczarował. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego zdobył tak ogromną popularność, bo ja w tej książce niczego nadzwyczajnego nie widzę. Drugiej części nawet nie zaczęłam czytać.
                          • nikadaw1 A co do same wiecie czego.... 09.10.08, 20:22
                            zauważyłyście, że w filmie Bridget nosi freyę retro? w kolorze nude chyba.
                            (ciekawe jaki rozmiar)
                            • onion68 Re: A co do same wiecie czego.... 09.10.08, 20:59
                              Ja nie zauważyłam, bo dopiero dzisiaj miałam pierwszy raz okazję
                              zobaczyć Freyę Retro w realu (a w internalu też niedawno)
                            • klymenystra Re: A co do same wiecie czego.... 09.10.08, 22:14
                              W drugiej czesci ma przymale Wonderbra, ktore kiedys mierzylam i zrobilo mi z
                              piersi dwa nalesniki z gruszka posrodku. W drugiej czesci ma chyba tez Retro
                              Brazowe (jak ja :D).
    • senseeko Re: natknęłam się przypadkiem... 08.10.08, 21:06
      Hej, słuchajcie!
      Zmienił się fragment na stronie "Milaczka". Właśnie zobaczyłam, jeszcze go nie
      czytałam.
      • senseeko po lekturze 08.10.08, 21:24
        Hmmm... jakby to powiedzieć.
        Niby trochę lepszy, ale... no właśnie...
        Dobry redaktor wyłapałby na czym dokładnie polega to "ale".
        Pomysł ewidentnie jest, tylko warsztat, trochę nie tego...
        Już sam początek:
        Bachor siedzi przed obrazem i bardzo się boi. Narrator mówi, że przypomnial(a) sobie wszystkie złe uczynki. Ale zaraz w następnym zdaniu wylicza uczynki, które bachor uważa za dobre. Zatem z jakiego powodu tak się boi?
        I dalej:
        W sumie afera z eliksirem też była pozytywna. Jego wzrok uciekał w prawą stronę, gdzie postacie z okrzykiem spadały w ogień piekielny.

        Pomijając fakt, że wzrok eliksiru uciekał w prawą stronę, to nijak nie widzę związku przyczynowo skutkowego między obydwoma zacytowanymi zdaniami. Właściwie w ogóle nie widzę między nimi związku. A powinnam widzieć. Oczywiście mogę się domyślić, co autorka chciała przekazać, ale to psi obowiązek autora przekazać myśl tak, by czytelnik nie musiał zgadywać. To autor ma czytelnika zaczarować i prowadzić swoimi ścieżkami, a nie twierdzić "drogi czytelniku, tam gdzieś, jak poszukasz, to może coś znajdziesz, coś fajnego, ale nie powiem ci co, bo sama nie wiem, a ty się domyśl"
        No niestety. Chciałam coś dobrego napisać, ale niestety nie bardzo mogę. :(
        Podtrzymuję swoje zdanie, ze autorkę bardzo skrzywdzono. A szkoda. Potencjał jest.
        • slotna Re: po lekturze 09.10.08, 12:18
          Nie moglam sie polapac o co chodzi w tym kawalku, tu jakis sad ostateczny w Mariackim (a lomot sie w niego wpatruje), tu rzygliwy eliksir w szkole, no - ale zalapalam :D
          Jak tak beda zmieniac te fragmenty to w koncu wyjdzie na to, ze przeczytalam calosc i juz sie bede mogla wypowiadac :)

          --
          Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, częściej wyglądają bardziej jak rzeczy, niż same rzeczy.
          • anutek115 Re: po lekturze 10.10.08, 10:50
            "Jeśli można powiedzieć o książce, że jest urocza, to „Milaczek” taki właśnie
            jest – uroczy, inteligentny, pełen zabawnych pomysłów, a jednocześnie imponujący
            zwięzłością i logiką stylu. Jest to jedna z tych powieści, o których pisała
            Stefania Grodzieńska, że „każde słowo jest w nich przemyślane i czemuś służy”.

            Ten kawałek mnie urzekł. Każde słowo czemus służy!!!! Ciekawe, czemu. Coś mam
            takie wrażenie, że nie o takich książkach pisała pani Grodzieńska.

            A z Mariackim Memlingiem ja się od razu połapałam! Ale to dlatego, że ja kocham
            Gdańsk. I nawet dałam książce awansem fory, z tej miłości do Gdańska. Ale mi
            przeszło, jak fragmenty poczytałam...
            • senseeko Re: po lekturze 10.10.08, 12:54
              anutek115 napisała:

              > A z Mariackim Memlingiem ja się od razu połapałam! Ale to dlatego, że ja kocham
              > Gdańsk. I nawet dałam książce awansem fory, z tej miłości do Gdańska. Ale mi
              > przeszło, jak fragmenty poczytałam...

              Z Memlingiem to i ja się połapałam, ale co z tego skoro cały fragment jest bez sensu. Narratorka swoje, Bachor swoje, a myśli Bachora jeszcze co innego. Fabuła rozjeżdża się jak stare gacie, konsekwencja poszła się paść, a "przemyślana konstrukcja", nad którą pieje pani recenzentka przypomina przenośne rusztowanie stoiska promocyjnego. Wystarczy trącić, a wszystko się sypie.
    • limotini Re: natknęłam się przypadkiem... 10.10.08, 18:30
      Wiedziałam, że historia książki opisanej w "startowej" wypowiedzi tego wątku mi
      coś przypomina, ale nie mogłam sobie uzmysłowić co. Już wiem.

      Wyobraźcie sobie dziewczynę, która bardzo chce być modnie ubrana i kupuje sobie
      pierwszą super-hiper mini spódniczkę. Panie w sklepie mówią, że wszyscy teraz
      takie noszą, i że wygląda fantastycznie. Bliskie koleżanki piszczą z podziwu.
      Koledzy patrzą tym specjalnym wzrokiem. Tylko mama, starsza sąsiadka,
      nauczycielka, mówią, że spódniczka jest za krótka, nieprzyzwoita, że nie pasuje
      do niej. Oczywiście dziewczyna bardziej wierzy psiapsiułkom i pełnym
      zainteresowania spojrzeniom chłopców, niż uwagom staroświeckich i nie znających
      się na modzie bab.
      Aż pewnego dnia, może już dorosła, nagle się zorientuje, że spódniczka dlatego
      była nieprzyzwoita, bo było jej widać z tyłu majtki. I będzie jej strasznie wstyd.

      Tak mi się to kojarzy. Tym bardziej, że też mam za sobą gorzkie (choć nie
      ubraniowe) doświadczenia przekonania się, że jednak krytykanci mieli rację. I
      wiem, że to głupie uczucie.
      • lira_korbowa Re: natknęłam się przypadkiem... 11.10.08, 00:15
        Kto wie, może wcale nie będzie wstyd... Zobaczcie, z jaką dumą
        obnosi swoje majtki Poczekajka (też na WiO).
        • limotini Re: natknęłam się przypadkiem... 11.10.08, 00:41
          Pewnie że nie zawsze jest wstyd. Szczególnie jak wszystko pójdzie
          dobrze (czego z całego serca życzę). Bo jak jest dobrze, to głupio
          się zastanawiac, że mogłoby byc dużo lepiej, nie? Jak się zakocha
          (zauroczony tą zalotnie ukazaną bielizną) taki tylko trochę pijący, i
          naprawdę bardzo rzadko bijący chłopak, który wcale wiele nie wymaga,
          ot zadbany dom i obiad na stole, to ciężko narzekac że nie pracowity,
          rozumny, wartościowy i partnersko nastawiony mężczyzna...
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka