5 miesiący temu z parku narodowego przyniosłem do domu ok. 10 już wbitych w skórę kleszczy. Wydawało mi się, że wszystkie usunąłem, ale jednego przeoczyłem, bo znalazłem go niestety dopiero po 3 dniach od ugryzienia. Żeby jeszcze pogorszyć sprawę, jak tylko go znalazłem, w pierwszym odruchu nieudolnie wyskrobałem go ze skóry palcami zamiast użyć pęsety, więc może go jeszcze dodatkowo zgniotłem, wstrzykując sobie w ten sposób całą jego zawartość w miejsce ugryzienia. Kleszcze gryzły mnie wcześniej wielokrotnie (biegam długie dystanse w lesie, w ciepłe dni w samych krótkich spodenkach) i nigdy nic mi nie było, więc na początku zbytnio się tym nie przejąłem...
Po ok. 2 tygodniach od ugryzienia wystąpił jednak typowy rumień wędrujący, który na początku był mały, ale stawał się powoli coraz większy. Oto jak wyglądał po ok. 8 tygodniach od pojawienia się:
Nie miałem żadnych objawów, więc nadal to beztrosko ignorowałem, myśląc sobie, że organizm sam sobie poradzi, choć wszyscy dookoła mówili mi z przerażeniem w oczach, żebym poszedł do lekarza. Po ok. 3 miesiącach wystąpiły jednak pierwsze, na szczęście lekkie objawy choroby, jak nagłe fale gorąca, delikatne, ale długotrwałe bóle brzucha, powiększone węzły chłonne, ogólne uczucie zmęczenia i rozbicia, jak przy grypie. Dopiero wtedy zacząłem traktować sprawę poważniej. Stwierdziłem, że jeśli mam rumień i objawy pasujące do boreliozy, to nie będę robił żadnych testów, których wyniki są jak wiadomo dość wątpliwe, bo dowiedziałem się, że rumień daje ok. 90% pewności, że mamy do czynienia z wczesnym stadium boreliozy, czyli jednoznacznym wtargnięciem bakterii do organizmu. Postanowiłem więc olać wszelkie testy i od razu przystąpić do leczenia.
Pierwszy krok polegał na tym, że zacząłem dużo czytać na temat boreliozy z najróżniejszych źródeł, jak artykuły i książki lekarzy ISDA/PTEiLCHZ, ILADS i naturoterapeutów, po polsku, angielsku i niemiecku. Przeczytałem to i różne inne fora, też w różnych językach. Obejrzałem różne filmy dokumentalne (m. in. oczywiście dwa wybitne horrory amerykańskie, czyli Under Our Skin i drugą część, Under Our Skin 2: Emergence) i w końcu doszedłem do wniosku, że dla mnie osobiście terapia antybiotykowa absolutnie i pod żadnym pozorem nie wchodzi w grę, nawet biorąc pod uwagę (a może raczej tym bardziej), że choroba jest we wczesnym stadium początkowym. Ogarnęło mnie bowiem bezgraniczne przerażenie w związku ze skutkami ubocznymi antybiotyków, ludzie czują się po nich często jeszcze gorzej niż przed rozpoczęciem leczenia. Dodatkowo wszystko wskazuje na to, że nawet po intensywnej, wielomiesięcznej, a nawet wieloletniej antybiotykoterapii objawy boreliozy mogą powrócić. Postanowiłem więc, że to nie jest droga dla mnie. A nawet gdyby, to gdy po raz kolejny ugryzie mnie kiedyś i zarazi kleszcz – to co, wszystko jeszcze raz od początku? Sorry Winnetou, nie ma szans. Po przetrawieniu wszystkich materiałów i zapoznaniu się na forach z relacjami wręcz niewyobrażalnie cierpiących osób, rozważających nawet samobójstwo, aby ich męki się tylko skończyły, doszedłem bowiem do wniosku, że długotrwałe zażywanie antybiotyków jest dość wątpliwym pomysłem w przypadku choroby, której wyleczenie w tak ogromnym stopniu zależy od silnego, sprawnego układu odpornościowego, który antybiotyki niszczą i osłabiają, dodatkowo wywołując w przypadku wysokich, zażywanych przez długi czas dawek naprawdę straszne skutki uboczne. Nie mam zamiaru łykać miesiącami lub wręcz latami trucizny jedynie w nadziei, że szybciej zabije krętki niż mnie. Za bardzo szanuję mój organizm, aby zrobić mu coś takiego...
Zdecydowałem się więc na terapię alternatywną, naturalną, ukierunkowaną na maksymalne wzmocnienie układu odpornościowego. Nie stosuję żadnych leczniczych ziół, suplementów, antybiotyków ani innych leków alopatycznych. Za radą jednego z niemieckich naturoterapeutów, który ma długoletnie doświadczenie z leczeniem boreliozy także w przewlekłych przypadkach, Wolfa-Alexandra Melhorna, z leków wybrałem tylko jeden środek homeopatyczny (Borrelia Nosode w potencji C 200), po 3 globulki 3 razy dziennie. I to był prawdziwy strzał w dziesiątkę – po bardzo gwałtownym, na szczęście krótkotrwałym pogorszeniu się objawów (bardzo nieprzyjemna sztywność szyi, gula w gardle, problemy z przełykaniem, ból gałek ocznych, trudności z koncentracją, uczucie gorączki, nasilone fale gorąca i zimna) następowała naprawdę błyskawiczna zmiana, z dnia na dzień czułem wyraźną, jednoznaczną poprawę. Już po tygodniu (!) bóle brzucha minęły wraz ze wszystkimi pozostałymi objawami. Na wszelki wypadek będę go brał jeszcze przez kilka następnych tygodni. Wcześniej trochę podśmiewałem się z homeopatii, bo nie mogłem sobie w logiczny sposób wytłumaczyć sposobu działania, ale już się nie podśmiewam. To naprawdę działa. A nawet jeśli obiektywnie rzecz biorąc nie działa i jest to tylko efekt placebo, to u mnie przyniósł niesamowicie potężną poprawę.
Obecnie czuję się całkowicie zdrowy, choć od ugryzienia minęło zaledwie 5 miesięcy. Dlatego uważam, że kluczem do wyleczenia boreliozy jest maksymalne wzmocnienie układu odpornościowego, a nie antybiotyki. W tym celu, oprócz zażywania powyższego leku, całkowicie zmieniłem odżywianie: przede wszystkim zrezygnowałem ze wszystkich produktów zawierających rafinowane węglowodany, czyli cukier i białą mąkę, oraz rafinowane tłuszcze (margaryna, zwykłe oleje). Przestałem też spożywać jakiekolwiek produkty pochodzenia zwierzęcego (mięso, ryby, kiełbasa, wędliny, mleko, sery, jogurty, kefiry, śmietana, masło itd.), aby nie osłabiać układu odpornościowego obcym białkiem zwierzęcym. Jem praktycznie same warzywa, owoce, zboża, orzechy i nierafinowane, tłoczone na zimno oleje, wszystko na surowo, zero gotowania czy pieczenia czegokolwiek. Czyli klasyczny witarianizm wegański. Niektórzy powiedzą – co za straszne wyrzeczenie, ale mi smakuje i nie jest to dla mnie żaden problem, w porównaniu do skutków ubocznych antybiotyków jest to wręcz śmiesznie niewielkie wyrzeczenie.

Ponadto chodzę raz w tygodniu do sauny i codziennie biorę bardzo gorące prysznice zakończone krótkim prysznicem zimną wodą, bo krętki nie lubią podwyższonej temperatury ciała. Codziennie jeżdżę na rowerze i biegam, co również zwiększa temperaturę, a dodatkowo ułatwia układowi odpornościowemu dotarcie do "schowków" w tkankach łącznych i stawach, w których borelie mogą się przed nim ukrywać. Oczywiście natychmiast odstawiłem wszelkie używki, jak alkohol i tytoń, nie piję też kawy ani czarnej/zielonej herbaty. I to cała moja terapia: zdrowie odżywianie, unikanie używek, jeden lek homeopatyczny, który po pierwszym zażyciu i gwałtownym pogorszeniu się objawów nie ma już żadnych dalszych skutków ubocznych, sport, sauna i gorące prysznice, unikanie stresu (o ile to możliwe) i wczesne chodzenie spać do 22:00. Nic więcej.
Sam z siebie pewnie nie miałbym odwagi zaufać organizmowi, że przy odpowiednim wsparciu układu odpornościowego poradzi sobie sam. Na szczęście w trakcie mojego riserczu znalazłem poniższą rozmowę emitowaną w niemieckiej TV, która jest bardzo miłą odmianą na tle innych filmów, które albo ignorują powagę sytuacji, przedstawiając boreliozę jako coś niegroźnego i łatwego do wyleczenia, albo wręcz przeciwnie – sieją panikę. Są tam wymienione alternatywne, naturalne metody leczenia boreliozy i jest bardzo dobrze wytłumaczone, dlaczego antybiotyki w przypadku tak sprytnej i przebiegłej bakterii są naprawdę kiepskim pomysłem (można włączyć polskie napisy):