nemezis2002
09.02.02, 20:36
Nie chcę być gorsza!!! Teraz ja!
SAMANTA – DRAMAT MIŁOSNY O WINIE I ODKUPIENIU.
Pascal powiada, że pojęcie Dobra i Zła zmienia się w zależności od położenia
geograficznego. Istotnie, ten sam czyn ludzki może być u nas uważany za
zbrodnię, a gdzie indziej poczytywany za dobry uczynek – i odwrotnie.
I tak na przykład w Europie starych rodziców otacza się na ogół czcią i
miłością, ale wśród niektórych plemion Indian amerykańskich każe im się włazić
na wysokie drzewo, po czym potrząsa się drzewem. Jeśli spadną, świętym
obowiązkiem dobrego syna, jak niegdyś u Meseńczyków, jest zatłuc ich paroma
uderzeniami tomahawku, by oszczędzić im wstydu i trosk zgrzybiałej starości.
Jeśli znajdą w sobie dość siły, by utrzymać się na gałęzi, znaczy to, że mogą
jeszcze być przydatni w polowaniu czy łowieniu ryb, i egzekucja się odracza.
Inny przykład: wśród narodów Europy północnej chętnie pija się wódkę, ów napój
przeźroczysty, w którym zaklęta jest czarodziejska moc kartofla. Nawet nasza
narodowa religia uczy, że „dobra gorzała cieszy serce i leczy umysł”. U
mahometan rzecz jest uważana za wielce zdrożną. W Sparcie złodziejstwo było
uprawiane namiętnie i otaczane szacunkiem: było niezbędnym uzupełnieniem
wykształcenia każdego porządnego obywatela. W Laponii gospodarz czuje się
wielce zaszczycony, jeśli przyjęty w jego dom podróżny świadczy jego córce
najdalej posuniętą uprzejmość. Podobnie w Besarabii.
Same w sobie czyny nasze pozostają więc moralnie obojętne. Dopiero sumienie
każdego z nas rozsądza, czy są one dobre czy złe. Tajemnicą, która tkwi na dnie
tego wielkiego nieporozumienia, jest – odczuwana przez człowieka jako
nieuchronna – potrzeba wyznaczania sobie ograniczeń i narzucania skrupułów,
zakazywania sobie takich raczej niż innych czynów według tego, jak wiatr w jego
kraju wieje: rzekłbyś, że ludzkość cała usiłuje sobie przypomnieć po omacku
jakieś dawno zagubione Prawo.
Od paru lat prosperowała pośrodku naszego portu pewna duża, rzęsiście
oświetlona tawerna, położona prawie na wprost jednego z portowych doków.
Spotykała się tam codziennie elita młodych ludzi, którzy zabłysnęli od
niejakiego czasu na forum – jedni wybitnym talentem artystycznym, inni zupełnie
jego brakiem, jeszcze inni wreszcie – swoim zachowaniem podczas burzliwych dni.
Jak widać więc, nie byle jakie towarzystwo uczęszczało do tej tawerny z
tysiąca i jednej nocy. Nieraz się zdarzało, że komendant policji posyłał tam
niedbale, niby wizytówkę, doborowy bukiet złożony z samego kwiatu miejskich
stróżów prawa; ci, swoim zwyczajem roztargnieni i uśmiechnięci, muskali jakby
od niechcenia lekkimi uderzeniami swych pałek co bardziej zaprószone i
niesforne głowy. Atencje te, aczkolwiek delikatne, bywały niekiedy dotkliwe.
Nazajutrz jednak nie pozostawało po nich zwykle śladu.
Na tarasie tawerny rozkładał się istny kwietnik z dam: ufryzowane jak na
rysunkach Mleczki, demonstrując najbardziej zdumiewające toalety, przeciągały
się leniwie na krzesełkach wokół okrągłych stolików z kutego żelaza,
pomalowanych na zielony kolor nadziei. Na stolikach tych podawano napoje. W
oczach kobiet malowała się naprzemian drapieżność jastrzębia i płochliwość
drobiu. Zdawało się, że wszystkie na kogoś czekają.
Wśród „młodych” tych osóbek wyróżniały się dwie szczególnie pilnie
przesiadujące na tarasie tawerny; bywalcy słynnego lokalu nazywali je po
imieniu Samantą i Nemezis. Przychodziły wraz z nastaniem zmroku, wybierały
sobie zwykle dobrze oświetlony kąt, zamawiały, raczej dla pozoru niż z
rzeczywistego pragnienia, szklaneczkę żuberka z sokiem jabłkowym lub
wścieklaczka, po czym czujnym okiem rozpoczynały obserwację przechodniów.
Były to właśnie panny Forumowskie.
Rodzice ich, ludzie rzadkiej zacności, wykształceni w twardej szkole życia,
nie dysponowali dostatecznymi środkami, by zapewnić swoim córkom naukę jakiegoś
popłatnego zawodu: para ta trudniła się bowiem zasadniczo wieszaniem się, o
każdej porze dnia i nocy, u długiego sznura, połączonego z zasuwą u bramy
wjazdowej. Ciężka to praca i jakże mizerne przynosząca od czasu do czasu
dochody! Nigdy choć szczęśliwa trójka nie wyszła im w totolotku. Nic też
dziwnego, że stary Forumowski gderał i zrzędził przygotowując sobie na
śniadanie swoją codzienną kawę z mlekiem. Samanta i Nemezis, jak na dobre córki
przystało, rychło pojęły, że nie obędzie się bez ich interwencji. Od wczesnego
dzieciństwa na Córy Koryntu przeznaczone, poświęciły owoc swych potów i
nieprzespanych nocy na to, by skromny, lecz przyzwoity dostatek zapanował w
rodzicielskiej dozorcówce. „Pan Bóg pobłogosławi naszym trudom” – zwykły
mawiać, wpojono im bowiem w dzieciństwie solidne, katolickie zasady, a dobre
wychowanie, wcześniej czy później, przynosi jednak owoce. Gdy wyrażano czasami
obawę, czy tak wyczerpująca praca nie odbija się przypadkiem na ich zdrowiu,
odpowiadały wymijająco, spuszczając oczy, wstydliwie zakłopotane w swej
skromności: „Widać Pan Bóg sił nam dodaje...”.
Panny Forumowskie należały, jak się to mówi, do owych robotnic, co to „na
dniówkę chodzą nocą”. Wykonywały z maksymalną godnością, na jaką było je stać
(zważywszy wciąż zakorzenione na ten temat przesądy), swe niewdzięczne, a
czasem wręcz przykre obowiązki. Nie należały one do grona niefrasobliwych
damulek, co krzywią się na widok odcisków i pęcherzy na spracowanych dłoniach,
i swej zapobiegliwości nie zwykły się wstydzić. O ich mrówczej pracowitości
krążyło mnóstwo opowieści, od których zatrzęsłyby się prochy cnotliwego króla
Henryka Pobożnego, gdyby biedak mógł jeszcze o nich słyszeć. I tak na przykład
którejś nocy jedna z nich wezwała drugą do szlachetnej rywalizacji i przeszły
wówczas same siebie w podjętych w celu spłacenia ostatniej raty za nagrobek dla
zmarłego niedawno wujaszka RD, mimo iż ten zostawił im w spadku jedynie
wspomnienie po kuksańcach, hojnie pomiędzy obie dziewczyny rozdzielanych w
czasach ich drugiej młodości. Toteż lubili je i szanowali bywalcy szacownego
lokalu, chociaż znajdowali się wśród nich ludzie godni i nie zwykli niczego
puszczać płazem. Przyjazne skinięcie głową, wesoły ruch ręki odpowiadał na
każde ich spojrzenie i na każdy uśmiech. Nie sformułowano nigdy pod ich adresem
żadnej skargi ani zarzutu. Przeciwnie, każdy chwalił ich ujmujący i przyjemny
sposób bycia. Słowem nikt nie miał nic im do zarzucenia, wzięte na siebie
obowiązki wykonywały starannie i akuratnie, toteż mogły kroczyć przez życie z
podniesionym czołem. Przykładnie oszczędne, odkładały „na czarną godzinę”, by
móc się w odpowiednim czasie z honorem wycofać z interesów. Przykładnie
stateczne, świętowały w każdą niedzielę. Jako panienki wyjątkowo rozsądne nie
dawały posłuchu pochlebnym słówkom różnych lowelasów, których najmilszą
rozrywką jest sprowadzanie dziewcząt z obranej przez nie drogi wytyczonej przez
obowiązki i pracę. Uważały zgodnie, że w naszych czasach za darmo można mieć w
miłości tylko księżyc. Dewizą ich były słowa „Szybkość, Pewność, Zaufanie”, a
na swoich wizytówkach kazały wydrukować obok nazwisk: „Specjały”.
Jednakże pewnego dnia, młodsza z obu sióstr, Samanta, zeszła na złą drogę.
Nieszczęsna, tak dotychczas nieposzlakowana, uległa pokusom, na jakie bardziej
niż inne kobiety (które nie powinny się spieszyć z jej potępieniem) narażało ją
środowisko, w jakim się obracała z racji swojego zawodu. Słowem popełniła
grzech niewybaczalny – zakochała się.
To był jej pierwszy błąd, ale któż zgłębi przepaść, w jaką może człowieka
strącić jeden nieopatrzny krok? Młody niewiadomoczydoktor, niewinny,
przystojny, obdarzony namiętną duszą mąciciela, lecz biedniejszy od Hioba,
niejaki Kagan, którego nazwisko wolę przemilczeć, tak długo prawił jej dusery,
aż ją