katarsis
14.02.04, 01:20
Niestety bez linka - tylko przeklejony ( ze względów technicznych):
Pułkownik obojga narodów
Z profesorem Józefem Szaniawskim, historykiem, biografem pułkownika Ryszarda
Kuklińskiego, rozmawia Tomasz Gdula
- 14 lat po upadku komunizmu spór o to, czy pułkownik Kukliński był zdrajcą
czy bohaterem, jest wciąż żywy.
- Wie pan, jak umarł pułkownik? Przeczytał "Gazetę Wyborczą", w której
kilkanaście dni temu ukazał się kolejny paszkwil o nim. "Wyborcza" ma w
Stanach korespondenta nazwiskiem Węglarczyk, który opublikował recenzję
najnowszej książki Benjamina
Weisera. Z tej zmanipulowanej recenzji wynikało, że Kukliński potwierdził to,
co o motywach wprowadzenia stanu wojennego mówił Jaruzelski. To było
kłamstwem, bo takiego stwierdzenia w książce Weisera nie ma. Pułkownik w
miniony czwartek pisał którąś z kolei wersję odpowiedzi na
oszczerstwa "Gazety Wyborczej". W tym czasie dzwonił do mnie kilka razy i był
strasznie zdenerwowany. Z tego właśnie powodu dostał wylewu krwi do mózgu i
po sześciu dniach w śpiączce umarł.
- Bolało go, że wciąż jest w Polsce niezrozumiany?
- Tak. W zeszłym roku udzieliłem "Nowej Trybunie Opolskiej" wywiadu, w którym
opowiedziałem o motywach działania Ryszarda Kuklińskiego. Publikację
pokazałem pułkownikowi. Bardzo się ucieszył, że są dziennikarze, którzy chcą
o nim mówić i nie negują z góry jego czynu. Ten wywiad przez długi czas leżał
na biurku Kuklińskiego.
- Jak pan się dowiedział o chorobie pułkownika?
- W miniony piątek zadzwoniła do mnie jego żona. Niedługo potem telefonowało
z USA kilka innych osób, wśród nich synowa Ryszarda Kuklińskiego i były
wiceminister spraw zagranicznych Radek Sikorski.
- Czy poza Polakami w Stanach, Amerykanie też interesowali się stanem zdrowia
pułkownika?
- Profesor Brzeziński zatelefonował do prezydenta Busha, by zapewnił
Kuklińskiemu jak najlepszą opiekę. Dzięki temu nieprzytomny pułkownik został
przewieziony do Tampy, 1,5-milionowego "wojskowego" miasta na Florydzie. Tam
mieści się centralne dowództwo wojsk USA stacjonujących w Iraku i
Afganistanie. Pułkownik Ryszard Kukliński leżał w najlepszej amerykańskiej
klinice wojskowej, pod opieką znakomitych specjalistów, obok żołnierzy
rannych w Iraku i Afganistanie. To znamienny symbol.
- Wraz ze śmiercią Ryszarda Kuklińskiego spór o jego rolę w historii
rozgorzał z nową siłą. I niektórzy zmieniają swoje utarte od lat zdanie o
nim - chociażby Lech Wałęsa.
- Oglądałem jego wypowiedź w telewizji. To wręcz niesłychane: Wałęsa, który
pluł na Kuklińskiego, nie chciał go uniewinnić i zrehabilitować, słowem
zachowywał się skandalicznie - otóż, ten sam Wałęsa dzisiaj mówi, że
pułkownik Kukliński był bohaterem. Powinien był to powiedzieć 13 lat temu,
gdy został prezydentem.
- Dlaczego, pańskim zdaniem, zrobił to dopiero teraz?
- Bo spośród Polaków najbardziej komunizmowi i Związkowi Sowieckiemu
zaszkodził Ryszard Kukliński, a nie Lech Wałęsa czy inni opozycjoniści.
Wałęsa i tacy ludzie jak Adam Michnik albo Jacek Kuroń przez lata nie chcieli
się z tym pogodzić, bo to ujmuje blasku ich życiorysom. Dlatego woleli
pomniejszać rolę pułkownika Kuklińskiego. Już kiedyś powiedziałem, że Lech
Wałęsa ryzykował jedynie, że skręci nogę, skacząc przez płot. Nic więcej mu
się nie mogło stać. A Kukliński ryzykował życiem swoim i swojej rodziny.
Robił to nie jednostkowo, lecz przez prawie jedenaście lat, co samo w sobie
jest fenomenem w historii wywiadu.
- Czy znał pan stosunek samego Ryszarda Kuklińskiego do sporów, jakie jego
osoba i działalność budzą w kraju?
- Półtora roku temu pułkownik spędzał wakacje w Polsce. Między innymi premier
Leszek Miller podejmował go obiadem i w mojej obecności mówił, że jest
zaszczycony możliwością goszczenia kogoś takiego. Prosił także Kuklińskiego,
żeby się zastanowił nad powrotem do kraju, mówiąc, że Polska go potrzebuje.
Potem spacerowaliśmy po Łazienkach i w pewnym momencie ukłoniło nam się
przechodzące małżeństwo. On powiedział do mnie: Józek, to jacyś twoi znajomi.
Odparłem: nie, oni się ukłonili tobie, bo cię rozpoznali. Kukliński uznał, że
to niemożliwe, ale przeszliśmy parę metrów i znowu ktoś się ukłonił, ktoś
inny podszedł i uścisnął mu rękę. W końcu przed Pałacem na Wodzie zebrała się
grupa ludzi i wszyscy zaczęli go ściskać. Gdy wieczorem tego dnia jedliśmy
kolację, pułkownik Kukliński powiedział do mnie: Zobacz, jeśli sondaże są
wiarygodne, to połowa Polaków chce uścisnąć mi rękę. Druga połowa powinna
podchodzić i pluć mi w twarz, a nie znalazł się nikt taki. Coś w tym jest.
- Mimo to pułkownik nie powrócił na stałe do kraju. Nie zdążył?
- Ostatni raz był w Ojczyźnie w pierwszej dekadzie grudnia. Mieszkał
częściowo u mnie, a częściowo w swoim mieszkaniu na Żoliborzu.
- Czyli już się urządzał w Polsce?
- Zdążył urządzić kuchnię... Jego śmierć była nagła, dlatego w ostatnich
rozmowach nie miał żadnych myśli testamentarnych. Mówił tylko o przyszłości,
o powrocie do Polski.
- A czy kiedykolwiek zdradził, gdzie chciałby spocząć?
- Tak. Obok matki, w Rembertowie pod Warszawą. Ale ja uważam, że jego miejsce
jest w alei zasłużonych na cmentarzu wojskowym na Powązkach w Warszawie. To
jest szczególna aleja zasłużonych: tam leżą Bolesław Bierut, Władysław
Gomułka, Aleksander Zawadzki, generał Walter - wszyscy ci, którzy wysługiwali
się Związkowi Sowieckiemu. Dzięki Bogu mamy XXI wiek, a - w dużej mierze
dzięki Ryszardowi Kuklińskiemu - żyjemy w wolnej Polsce. Dlatego ktoś taki
jak on, pułkownik Wojska Polskiego i Armii Stanów Zjednoczonych, powinien
znaleźć miejsce na tym cmentarzu.
- W Ameryce wszyscy widzą w nim heroicznego obrońcę wolności, ale w Polsce
niektórzy nazywają go zdrajcą. Nie boi się pan, że w końcu utrwali się u nas
opinia, że pułkownik Ryszard Kukliński był bardziej amerykańskim szpiegiem
niźli polskim bohaterem?
- Bardzo ważne są opinie na jego temat w Rosji. Sowieccy marszałkowie i
generałowie mówią jednoznacznie: Kukliński wykradł nasze największe
tajemnice. Tacy ludzie jak marszałek Kulikow, generałowie Pawłow i Gridkow
nie mają wątpliwości. W ich opinii fakt, iż Amerykanie mieli te dane wojskowe
i podejmowali przeciwdziałania wobec ruchów sowieckich - zapobiegł wybuchowi
trzeciej wojny światowej. Dlatego tylko ludzie złej woli mogą powiedzieć, że
Kukliński nie jest bohaterem. On walczył z okupacyjną armią sowiecką, która
stacjonowała w Polsce od 1944 do 1993 roku. Chyba że są jeszcze tacy, którzy
uważają, że ta armia nie była okupacyjna i nie zagrażała światu. Cóż, jeśli
kogoś nie przekonują fakty, to i żadne argumenty do niego nie trafią.
- Pojawił się taki pomysł, by pośmiertnie awansować pułkownika Kuklińskiego
do rangi generała...
- Myślę, że stopnia generała by nie przyjął, bo miał świadomość, że jest
najsłynniejszym w dziejach pułkownikiem Wojska Polskiego, tak jak Sucharski i
Hubal są najsłynniejszymi majorami. Ale bez wątpienia należy mu się
odznaczenie. W Kancelarii Prezydenta leży wiele wniosków, m.in. profesora
Zbigniewa Brzezińskiego, o nadanie Ryszardowi Kuklińskiemu krzyża Virtuti
Militari, gdyż działał z narażeniem życia w warunkach wojny, wprawdzie
zimnej, ale jednak wojny. Podobny wniosek złożył również Światowy Związek
Żołnierzy Armii Krajowej, prosząc prezydenta o odznaczenie Kuklińskiego nie
tylko Virtuti Militari, lecz również Orderem Orła Białego. Jest tam wreszcie
słynny list Zbigniewa Herberta skierowany do prezydenta Wałęsy jeszcze w 1995
roku. Amerykański dziennik "New York Times" przedrukował go, porównując
inicjatywę polskiego poety do bezprecedensowego wstawiennictwa pisarza Emila
Zoli w sprawie kapitana Dreyfussa.
- A pańskim zdaniem jak Rzeczpospolita powinna teraz uhonorować Ryszarda
Kuklińskiego, swojego pierwszego oficera w NATO?
- Sześć tygodni temu, przed wyjazdem prezydenta Kwaśniewskiego do Stanów
Zjednoczonych, przesłałem mu egzemplarz "Samotnej misji", mojej k