kkkaczory_piss_brothers
09.03.04, 15:37
za SUPERWIZJEREM:
Salezjanie
Autor: Jacek Bazan
Zdjęcia: Marek Gajczak, Dariusz Szymura
Montaż: Maciej Karczewski
29.02.2004
Jedna z największych afer ostatnich lat. 112 osób, w tym kilkunastu księży,
oskarżonych o wyłudzenie 500 mln zł kredytu. Ponad 400 oszukanych, głównie
biednych, ludzi. A wszystko za sprawą księży salezjanów z Lubina.
Lubińscy salezjanie przez cztery lata, od 1999 do 2003 r. zdołali namówić
ponad 400. swoich parafian na poręczenie kredytów, jak ich zapewniali, na
budowę ośrodka wychowawczego i rozbudowę kościoła. Ci podsunięte do podpisu
dokumenty podpisywali w ciemno, nawet ich nie czytając, bo wierzyli księżom.
Niektórzy brali nawet po 100 tys. zł kredytu. Pieniądze trafiały od razu do
rąk księży. Przepadło im gdzieś 132 mln zł. Co się z nimi stało, nie wiadomo.
W sprawie wyłudzeń zostało wszczęte śledztwo. Ustalono, że salezjanie grali
na zagranicznych giełdach. Nie będąc w stanie zwrócić pieniędzy bankowi,
zaciągali kolejne kredyty, wciągając w to kolejnych parafian. W końcu jeden z
księży, Ryszard M., został aresztowany, razem z nim dyrektor lubińskiego
oddziału Kredyt Banku. Teraz są na wolności, czekają na koniec śledztwa. A do
biednych domów poręczycieli księży chodzi komornik, by wyegzekwować
podżyrowane kredyty.
Jednym z parafian, którzy uwierzył salezjanom jest Waldemar Irski. Ma 5-
osobową rodzinę - on, jego żona i córka poręczyli kredyt. Pracuje tylko on.
Komornik zajął całe jego wynagrodzenie, samochód, opieczętował wszystko, co w
domu ma jakąś wartość: telewizor, lodówkę, grill. Pan Waldemar ma od księdza
Marka F. zobowiązanie na piśmie, że salezjanie zwrócą całą kwotę
zaciągniętego przez Irskich kredytu - 25 tys. marek.
- Ksiądz Marek nie chce się z nami kontaktować. Powiedział, że na tackę mi
nie będzie zbierał - mówi Waldemar Irski.
Po kolejnej wizycie komornika pan Waldemar zdecydował się zadzwonić do
inspektorii salezjanów we Wrocławiu, która sprawuje zwierzchnictwo nad
lubińską parafią. Ksiądz Krzysztof Szymczak, wikariusz inspektorii okazał się
rozmówcą nader bezpośrednim. Salezjanie nie mają ze sprawą zaciągniętych
kredytów nic wspólnego, wszystkiemu winny jest ks. Ryszard M., więcej -
wyjaśnień trzeba szukać w kurii biskupiej w Legnicy, która miała poręczyć za
ks. M. A w ogóle - to w kurii dopiero jest bagno: księża z kurii robili
interesy z KGHM, grali na giełdzie. Ksiądz Szymczak bardzo się denerwuje, co
rusz używa słów nieparlamentarnych i radzi wszystkim, żeby
się "odpierdzielili od salezjanów".
Ma po temu pewne powody, bo okazuje się, że salezjanie coś ukrywają. I że
wiele wskazuje na to, że pieniądze nie tonęły w kieszeni samego tylko ks.
Ryszarda M. Pracownicy Salezjańskiej Fundacji Pomocy Młodzieży opowiadają,
jak wozili do inspektorii we Wrocławiu koperty wypchane banknotami. Przez
trzy lata, co miesiąc, m. in. kierowca fundacji woził do Wrocławia i
osobiście wręczał księdzu ekonomowi koperty. Było w nich od 50 do 200 tys.
zł. Potwierdza to inny jeszcze pracownik Fundacji, również pragnący zachować
anonimowość: nie wie, ile było w kopertach pieniędzy, bo tylko towarzyszył
koledze.
Co na to wrocławska inspektoria? Ksiądz inspektor, a więc przełożony
wszystkich salezjanów na Dolnym i Górnym Śląsku, wszystkiemu przeczy: nie
było żadnych kopert, nie przyjmowałem żadnych pieniędzy, salezjanie nie
czerpali żadnych korzyści z pieniędzy z kredytów. Im więcej pytań, tym ksiądz
inspektor jest coraz bardziej zdenerwowany, w końcu wyprasza dziennikarza.
Wiadomo, że w ciągu tych lat, kiedy kręciła się "maszyna kredytowa", od 1999
do 2003 r., salezjanie inwestowali duże pieniądze w działki i nieruchomości.
Głównie w swoje ośrodki. W całej Polsce. Łączna kwota inwestycji sięga 40 mln
zł. A gdzie podziała się reszta? Jeden z księży, przez którego ręce
przechodziły kredytowe pieniądze (nie chciał wypowiedzieć się oficjalnie),
opowiada o rozmowie z księdzem ekonomem wrocławskiej inspektorii.
- Po przysięgą świętej spowiedzi zobowiązał mnie, żeby nie mówić, że coś
takiego miało miejsce, żeby nie mówić o inwestycjach - opowiada. - Część
pieniędzy szła na inwestycje, ale część gdzieś boczkiem.
Co to za boczek? Nadal nie wiadomo. Wiadomo, że kredytodawcy salezjanów płacą
całym swoim majątkiem za zaufanie, jakim obdarzyli księży. A salezjanie
schowali głowę w piasek.
- Za bardzo zawierzyliśmy księżom, ale tego byliśmy uczeni przez rodziców,
dziadków - mówi prawie z płaczem Waldemar Irski. - Komu mieliśmy ufać, jak
nie księdzu? I co teraz zrobi moja córka, jak ona będzie teraz żyć, jak ma
chodzić do kościoła, jak ma wierzyć w księdza?
Czy kiedykolwiek uda się wyjaśnić, gdzie podziały się pieniądze? Sprawa
dotarła w końcu do domu generalnego salezjanów w Rzymie. Nie ma żadnego
oficjalnego stanowiska, ale ustami mec. Krzysztofa Wyrwy, pełnomocnika
inspektorii wrocławskiej, salezjanie oświadczyli, że nie poczuwają się w
najmniejszym stopniu do odpowiedzialności za sprawę spłaty zaciągniętych
przez siebie kredytów.
- Biorąc jednak pod uwagę zasadę chrześcijańskiej etyki, wszystkie kredyty
indywidualne zakon salezjański spłaci - oświadczył mec. Wyrwa.
www.extrawizjer.tvn.pl/arch.htm