basia.basia
24.03.04, 12:00
Komentarz Rybińskiego z dzisiejszej rzepy:
"Dlaczego dałem się zamknąć w klatce
Odsiedziałem swoje pół godziny w klatce przed Sejmem nie dlatego, że jestem
zwolennikiem zasady pełnego braku odpowiedzialności dziennikarzy za słowo.
Nie domagam się też dla mojej korporacji żadnych przywilejów. W gruncie
rzeczy nie popchnął mnie do tej klatki także los Andrzeja Marka. Jest on
tylko symbolem. Poszedłem tam, żeby zamanifestować niezgodę na wyjęcie
funkcjonariuszy publicznych spod powszechnie obowiązujących wszystkich
obywateli praw i poddanie ich, ich godności, dobrego imienia, czci,
szczególnej ochronie. Mówiąc po prostu, przeciw poddaniu zniesławienia,
potwarzy, obrazy urzędnika państwowego czy samorządowego przepisom prawa
karnego, podczas gdy wszyscy inni mogą korzystać tylko z ochrony prawa
cywilnego.
Gdyby redaktor Andrzej Marek napisał o prywatnym przedsiębiorcy cokolwiek
złego, obojętnie, czy byłaby to prawda, czy nieprawda, obrażony musiałby
wynająć sobie adwokata, złożyć pozew w sądzie cywilnym, poprocesować się
przez kilka instancji i gdyby w końcu wygrał, otrzymałby satysfakcję moralną,
a jego adwersarz zapłaciłby grzywnę i parę tysięcy na PCK. Nie poszedłby
siedzieć, bo sądy cywilne nie mają uprawnień do sadzania ludzi za kraty. Nie
zajmują się bowiem zbrodniami przeciwko życiu, zdrowiu i mieniu, tylko
pyskówkami. Gdyby ten przedsiębiorca poszedł do prokuratury, zostałby
wyrzucony za drzwi. Urzędnik natomiast ma do obrony honoru swoich zarękawków
prawo karne, prokuraturę i sąd kryminalny.
W tym wypadku, ale tylko w tym, słowo traktowane jest jak narzędzie
przestępstwa, na równi z nożem, łomem i rewolwerem. Na to się nie godzę.
Kiedy rozmawia się z przedstawicielami każdej, bez wyjątku, partii
politycznej, wszyscy przyznają, że jednym z największych deficytów w Polsce
jest brak zaangażowania obywateli w terenie, małe zainteresowanie sprawami
regionu i najbliższego otoczenia. Ale co tu się dziwić. Redaktor Marek się
zainteresował, zaangażował i ma za to swoje trzy miesiące. Nad całą lokalną
prasą w Polsce wisi dziś ten wyrok, razem z przepisem prawa, który go
umożliwił. Kto jeszcze będzie chciał ryzykować krytykę? Kto odważy się
cokolwiek ujawnić?
W Republice Federalnej Niemiec uczniowie liceów muszą czytać rozdział "O
władzy prasy" pochodzący z książki byłego prezydenta Waltera
Scheela "Przyszłość wolności". Potem piszą o tym wypracowania i dyskutują nad
tym m.in. fragmentem: "Jeśli demokracja decyduje się na to, aby nie
kontrolować władzy prasy, to dlatego, że uznaje szkody wynikłe z ograniczenia
wolności prasy za znacznie większe, niż szkody, które mogą powstać w wyniku
nadużycia tej wolności".
Dwaj panowie mogą sobie pójść do sądu cywilnego, nawet jeśli jeden z nich
jest urzędnikiem. Sąd karny w sprawach prasowych to jest ograniczenie
wolności. Przeciwko temu warto siedzieć w klatce."
Maciej Rybiński