Gość: wartburg
IP: *.b.dial.de.ignite.net
08.07.04, 01:16
Niby wszyscy wiedzą, ale wszystkie fakty zebrane do kupy czyta się jak
powieść sensacyjną. Ten artykuł jest ważny dla uświadomienia sobie, czym
jest i skąd się wzięła nowa nomenklatura.
JANUSZ ROLICKI
Czy musimy płacić za prezydenckie hobby? Powodowany nim prezydent Kwaśniewski
po raz kolejny odwiedził kraj organizujący wielką imprezę sportową. W czasie
blisko dziewięcioletniej prezydentury był obecny na olimpiadzie w Atlancie i
Sydney, piłkarskich mistrzostwach świata w Korei i Japonii, lotach
narciarskich w Planicy, a ostatnio mistrzostwach piłkarskich Europy w
Portugalii.
Gdyby prezydent na te rozliczne imprezy nie podróżował samolotem rządowym z
liczna asystą, lecz latał samolotami kursowymi za własne pieniądze, byłbym go
skłonny za kibicowską konsekwencję i pasję podziwiać, a tak mam jedynie
uczucie niesmaku.
Za ubodzy na drogą władzę
Polska, jak wiadomo, jest najbiedniejszym krajem Unii Europejskiej. Z naszym
PKB na głowę - stanowiącym mniej niż połowa średniej europejskiej - możemy
się równać jedynie z Łotwą, a mimo to nikt z zagranicy odwiedzający nasze
instytucje rządowe nie odnosi wrażenia, że podejmowany jest w kraju biednym.
W Polsce władza od lat choruje na tak zwany bizantynizm. Historycznie
patrząc, nie jest to przypadłość jedynie III RP, przeciwnie bizantynizm,
trzeba jasno powiedzieć, jest dziedzictwem PRL.
W krajach komunistycznych, zwalczających wiarę, z kultu przywódców stworzono
namiastkę religii. W stalinizmie miała ona ekstremalną formę otwartego
wielbienia Stalina; później natomiast przywódcy komunistyczni byli
przedstawiani społeczeństwu, trochę jak istoty nie z tego świata. Jako tacy
musieli żyć w specjalnych warunkach, jeździć specjalnymi samochodami i
mieszkać lepiej od przeciętnych zjadaczy chleba. Nieprzypadkowo w latach
powojennych w światowej literaturze sowietologicznej za Burnhamem, a
następnie Dżillasem uznano, że państwa komunistyczne rządzone są przez nową
klasę. A stanowił ją aparat państwowy i partyjny po latach zwany
nomenklaturą. Jednym z przejawów jego władzy były lepsze warunki życia
stworzone elicie komunistycznej. W Rosji radzieckiej nomenklatura żyła w
odizolowanych zamkniętych osiedlach, korzystała z własnych sklepów i własnego
transportu samochodowego. Musiało to oczywiście kosztować, ale Stalin z
premedytacją stworzył swoim ludziom pozorny raj. Każdy przedstawiciel nowej
klasy wiedział, że odtrącenie przez wodza będzie równoznaczne z osobistą i
rodzinną tragedią. W Polsce sytuacja była nieco odmienna, najbliższa
wzorcowej za rządów Bolesława Bieruta. Później, po dojściu Gomułki do władzy,
Polska była najbardziej demokratycznym krajem - barakiem w tak zwanym obozie
socjalistycznym. Nie oznaczało to jednak bynajmniej, aby nad Wisłą
nomenklatura oparła się wdziękom bizantynizmu.
Ludzie tak zwanej nowej klasy mieli cały system przywilejów, w których
mieściło się prawo do samochodu służbowego, telefonu, gosposi, wczasów w
rządowych ośrodkach zamkniętych, paszportu dyplomatycznego, mieszkania o
wielkości ponadnormatywnej, prawa do korzystania z lecznictwa rządowego,
zaopatrzenia w sklepach za żółtymi firankami itd., itp.
Dziedzictwo PRL
III RP zamiast natychmiast zburzyć ten system apanaży aparatu państwowego
wbrew oficjalnie głoszonym hasłom egalitarnym, przejęła go z całym
dobrodziejstwem inwentarza. W latach 1989 - 1990 było to być może spowodowane
dwuwładzą "Solidarności" i PZPR, natomiast po wyborze Wałęsy na prezydenta
sytuacja ta była już rezultatem świadomego wyboru. Przywileje ludzi władzy,
trzeba przyznać, były modyfikowane. I tak system zaopatrywania prominentów w
artykuły żywnościowe przez Biuro Ochrony Rządu został zredukowany, ośrodki
wczasowe ograniczone do pałaców dla prezydenta i premiera. Natomiast
specjalne lecznictwo zostało nie tylko zachowane, lecz za rządów Millera
wręcz usankcjonowane prawnie poprzez oficjalne wprowadzenie kart leczniczych
VIP-ów. W sumie władza w Polsce ma się bardzo dobrze i przywileje - apanaże
niezwiązane z poborami - z tytułu uczestnictwa w niej są znaczne.
Ludzie tak zwanej erki mają dziś wspomniany system leczniczy dla siebie i
rodzin (żona, dzieci), w sumie przeszło pięć tysięcy osób; szeroki dostęp do
samochodów rządowych, z których dygnitarze korzystają bez ograniczeń w piątek
i świątek, a także w czasie wyjazdów za granicę; bezpłatne telefony
komórkowe; flotyllę lotniczą; karty kredytowe (nowość) związane z tzw.
funduszem reprezentacyjnym; paszporty dyplomatyczne itd., itp.
Bezpieczeństwa najważniejszych ludzi strzeże BOR. Prezydent, jak i Kancelaria
Premiera mają tak zwane gospodarstwa pomocnicze. Pod tym eufemizmem kryją się
liczne pałace i siedziby wczasowe rozrzucone po kraju w górach, nad jeziorami
i nad morzem.
Czy nas na to stać?
Wszystko to kosztuje. Co gorsza, ma psychologiczne skutki, które niewątpliwie
zostawiają ślad w psychice i mentalności osób piastujących wysokie urzędy.
Wielu z nich po latach kręcenia się na karuzeli politycznej zatraca zwykłe
poczucie przyzwoitości i umiaru. Wyraża się to kłótniami o samochody z górnej
półki - nade wszystko ceniony jest opancerzony BMW; czy nadużywanie uprawnień
do latania rządową flotą powietrzną.
Przypomnijmy, że swego czasu co weekend do Gdańska latał marszałek Płażyński,
Marek Siwiec - przyprezydencki minister latał helikopterem na spotkania
partyjne, a marszałek Oleksy ostatnio poleciał do Wrześni na prawybory
europejskie.
Podobne zachowania nie są tylko udziałem polityków krajowych, lecz także
samorządowych. Od lat na przykład marszałek sejmiku mazowieckiego jeździ
codziennie do pracy służbową limuzyną z kierowcą z Płocka do Warszawy i z
powrotem. Indagowany, a nawet zawstydzany przez dziennikarzy prominent
peeselowski buńczucznie odpowiadał, że robi tak, ponieważ ma do tego prawo.
Na Mazowszu dodajmy, nie jest on wyjątkiem. Jego zastępca dojeżdża bowiem z
Ostrołęki. Do tych dojazdów niezmiernie kosztownych obaj notable samorządowi
używają luksusowych samochodów, które zresztą ich urząd, z powodu
wyeksploatowania, często zmienia. Jest tak od lat, bowiem na te sobiepańskie
praktyki przyzwala tak zwana klasa polityczna.
Niedawno "Fakt" obliczył, że na paliwo dla samochodów rządowych budżet wydaje
rocznie 22 miliony złotych. Gdyby dodać do tego kwoty wydawane przez
Kancelarię Prezydenta, agendy rządowe, samorządy wszystkich szczebli, spółki
z kapitałem skarbu państwa, uzbierałoby się grubo ponad sto milionów złotych
rocznie. Natomiast koszt tych wszystkich samochodów służbowych idzie już w
setki milionów złotych i rocznie oscyluje wokół kwoty pół miliarda złotych.
Samych samochodów rządowych, jak ustalono, jest 1950 sztuk.
Przyzwyczailiśmy się, że ludzie władzy od lat mają się dobrze, korzystają z
licznych przywilejów i jeżdżą samochodami służbowymi. Niewielu z nas widzi w
tym coś zdrożnego. Przywykło się nawet uważać, że wysokim urzędnikom samochód
z kierowcą tak się należy, jak psu micha. Ten punkt widzenia jest jednak, czy
nam się to podoba, czy nie, czystą spuścizną po czasach realnego socjalizmu.
Tam samochód zagraniczny przez lata należał bowiem do atrybutów władzy.
Szczerze mówiąc, nie rozumiem jednak, dlaczego nasi dzielni posłowie i
ministrowie, co jeżdżą często po świecie, nie zwrócili na to uwagi, że
politycy w licznych krajach europejskich żyją o niebo skromniej, a przez to
są tańsi. Aby przekonać państwa, że może być inaczej, podam, że rząd i
parlament w Wielkiej Brytanii mają 67 samochodów, w Szwecji 19, a w
Szwajcarii żadnego. Marszałkowi Struzikowi natomiast dedykuję casus ministra
transportu Konfederacji Szwajcarskiej. Tak się akurat składa, że jego urząd
mieści się w Bernie, on natomiast mieszka w Zurychu i nie jest wcale tych sto
kilometrów wożony nissanem. Przeciwnie, do Zurychu wraca pociągiem i to,
zgrozo, na własny koszt.
Karta VIP