erte2
15.03.16, 21:10
Wyobraźmy sobie taką sytuację: większość sejmowa (obojętnie jaka ale zbyt mała żeby zmienić Konstytucję) opanowawszy całą władzę wykonawczą na wniosek poselski (bo prędzej i unika się w ten sposób uciążliwych procedur) uchwala jakąś ustawę ewidentnie niezgodną z Konstytucją. Ale Trybunał Konstytucyjny szybko ją unieważnia i pozmiatane. I nawet jeśli zastosować przepis o domniemaniu konstytucyjności to dużo złego nie ona nie narobi.
No ale jeśli ta większość uchwali ustawę o likwidacji Trybunału Konstytucyjnego wchodzącą w życie z dniem podpisania to... No właśnie, co? Ustawa taka, ewidentnie gwałcąca Konstytucję na mocy przepisu o domniemaniu itd. nie może być zaskarżona do Trybunału bo... go po prostu nie ma. I od tego momentu każda ustawa sejmowa, każdy bubel, każda bzdura i jawnie antydemokratyczne ustawodawstwo może wejść w życie; np. ustawa o Przewodniej Roli. Albo delegalizująca opozycję. Albo ustanawiająca religię panującą i obowiązek katechizacji oraz uczestnictwa w nabożeństwach. Albo w sankcje za brak należytego szacunku dla członków
Partii Rządzącej. Albo ... Tutaj już każdy może sobie wpisać co chce, nawet największą bzdurę i ona przejdzie, jeśli zażyczy sobie tego Fuhrer.
To co powyżej jest takie trochę "ad absurdum". Ale czy na pewno?