Gość: Wiesiek
IP: *.ipt.aol.com
17.04.02, 01:12
Nałęcz
Unikanie rzeczowej polemiki staje się plagą życia publicznego
Czapka błazna
Sejm debatował ostatnio nad projektem ustawy o zasadach uznawania nabytych w
państwach członkowskich Unii Europejskiej kwalifikacji do podejmowania lub
wykonywania niektórych działalności. Bez tego prawa niemożliwa byłaby
realizacja fundamentalnej zasady unii, gwarantującej swobodny przepływ
pracowników między państwami członkowskimi i swobodę przedsiębiorczości w
ramach Unii Europejskiej.
Wydawałoby się, że w naszym kraju, gdzie liczba osób wkraczających w dorosłe
życie i poszukujących pracy bije wszelkie europejskie rekordy, takim
rozwiązaniom można tylko przyklas-nąć. To dzięki nim tysiące młodych Polaków
będą mogły podejmować pracę w zjednoczonej Europie, o czym dzisiaj można
jedynie marzyć.
Nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że tak bardzo przez nas pożądany
jednolity, europejski rynek pracy może funkcjonować jedynie wówczas, kiedy
ureguluje się tryb uznawania wykształcenia i kwalifikacji zawodowych. Nie da
się tego osiągnąć bez poszanowania zasady wzajemności i taka też reguła stała
się kręgosłupem przygotowywanej przez polski parlament ustawy.
Zarówno potrzeba uchwalenia takiego prawa, jak i jego reguły, są tak oczywiste,
że Sejm bliski był - nieczęsto zdarzającej się na Wiejskiej - jednomyślności.
Omawiany projekt poparły niemalże wszystkie kluby parlamentarne, od Sojuszu
Lewicy Demokratycznej po Prawo i Sprawiedliwość. Wyłamała się z tego szyku
jedynie Liga Polskich Rodzin.
Nie to zresztą stanowiło niespodziankę. Liga, niemalże od chwili swego
poczęcia, konsekwentnie kontestuje wszystko, co wiąże się z Unią Europejską.
Prawdziwą sensacją była jednak argumentacja, jaką tym razem posłużono się w
celu zdezawuowania projektu. Kolubryną wytoczoną przez przedstawiciela Ligi
Polskich Rodzin było oskarżenie o chęć rozciągnięcia na Polskę europejskich
przepisów o uprawianiu zawodu wróżki i astrologa. "Wysoki Sejmie - grzmiał z
trybuny poseł LPR. - Powołujemy urząd za pieniądze podatnika i skazujemy go, by
badał, czy osoba fizyczna potrafi być astrologiem lub wróżką. Wydaje się, że
jest to folklor legislacyjny, który powinniśmy eliminować z porządku prawnego".
To powiedziawszy, obrońca polskich wróżek i astrologów zgłosił wniosek o
natychmiastowe odrzucenie dyskutowanego przez parlament projektu ustawy. A
ponieważ pora była już dosyć późna, poseł opuścił salę, nie czekając na
stosowne wyjaśnienia sprawozdawcy projektu. Szkoda, bo gdyby wykazał trochę
więcej cierpliwości, dowiedziałby się, że cała wykoncypowana przez niego
sytuacja jest czystym wytworem fantazji. Wcale nie zanosi się bowiem na to, że
pieniądze podatników będą trwonione na sprawdzanie europejskich kwalifikacji
polskich wróżbitów.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że niefortunny krytyk europejskich magów wpadł we
własne sidła. Chciał wyśmiać europejskie zamiłowanie do astrologii, a w gruncie
rzeczy sam wystąpił w roli czarownika, usiłującego tajemniczymi sztuczkami
pognębić swych adwersarzy. Argumentacja posła Ligi Polskich Rodzin, zwalczająca
przygotowywaną przez Sejm ustawę, bardziej niż racjonalną krytykę przypominała
magiczne odczynianie europejskich uroków.
Cała historia nie byłaby warta przypomnienia, gdyby nie to, że ilustruje
znacznie szersze zjawisko. Prawdziwą plagą naszego życia publicznego staje się
unikanie rzeczowej polemiki i zastępowanie jej szyderstwem z tendencyjnie
wykoślawionych myśli adwersarza. Trudno nie zauważyć, że to bardzo wygodny i
skuteczny sposób na pognębienie rywali. Ale nie sposób też nie odnotować, że
stosowanie takich sztuczek wyklucza prowadzenie poważnych debat. Nie da się
bowiem zachować powagi tam, gdzie choćby jedna strona redukuje argumentację do
poziomu błazenady. Warto również pamiętać, że czapkę błazna znacznie łatwiej
jest założyć, niż potem zdjąć. Włożona raz i drugi, potrafi przywrzeć do głowy
na długie lata i zamienić się w istną szatę Dejaniry.