Gość: Klimt
IP: *.proxy.aol.com
18.04.02, 19:44
Czy Polacy zasługują na niepodległość?
RAFAŁ A. ZIEMKIEWICZ
Na pytanie zadane w tytule każdy Polak bez namysłu odpowie twierdząco, dziwiąc
się, jak w ogóle można je zadawać. Jeśli jednak zapytać, dlaczego - najpewniej
usłyszymy tylko o Sierpniu, Westerplatte czy Monte Cassino.
Dla międzynarodowej polityki nie jest to jednak żaden argument. Z punktu
widzenia potęg rządzących światem na niepodległość zasługują tylko te narody,
które potrafią zbudować państwo skuteczne i stabilne, gwarantujące ład i
porządek, obliczalne w podejmowanych działaniach. Nikt nie kwestionował nigdy
suwerenności Czech, mimo iż ostatnie niepodległościowe wystąpienia zbrojne
miały tam miejsce u zarania wojny trzydziestoletniej; żadne natomiast krwawe
ofiary Palestyńczyków dopóty nie przekonają świata do ich racji, dopóki widać
gołym okiem, że niepodległa Palestyna stałaby się szybko krajem chaosu i azylem
międzynarodówki terrorystycznej. Ze zbliżonych powodów Europa przez cały wiek
XIX odmawiała prawa do niepodległości Polsce.
Pytanie postawione w tytule jest więc pytaniem o to, czy przez lata, które
upłynęły od odzyskania niepodległości i ustanowienia demokracji, wykazaliśmy
się, jako naród, zdolnością utworzenia państwa spełniającego streszczone wyżej
wymagania.
Pełzający socjalizm
Pod tym względem dwanaście lat polskiej niepodległości napawa wielkim
niepokojem. Sukcesy w transformacji gospodarczej, które zyskały nam uznanie
świata, skupiły się głównie na początku dekady lat 90. i były skutkiem
przedsięwzięć dwóch gabinetów - ostatniego rządu komunistycznego Mieczysława
Rakowskiego oraz pierwszego niekomunistycznego Tadeusza Mazowieckiego.
Z dzisiejszego punktu widzenia te dwa gabinety jawią się jako sprawcy wielkiego
skoku, mimo fatalnego w skutkach zaniechania reprywatyzacji i rozwleczenia
prywatyzacji. Potem z każdym rokiem determinacja w dążeniu do normalności
słabła, aż przerodziła się w bezwstydnie artykułowaną tęsknotę za
peerelowskim "czy się stoi, czy się leży", która legła u podstaw wyborczych
sukcesów Aleksandra Kwaśniewskiego, SLD i Samoobrony.
Już około roku 1993 rozpoczął się w Polsce długotrwały okres "pełzającego
socjalizmu" - stopniowego psucia rynku, mnożenia barier przed
przedsiębiorczością i odstępowania od ekonomicznego zdrowego rozsądku. Pod
naciskiem obdarowanych nadmiernymi przywilejami związków zawodowych, pod władzą
mnożącej się żywiołowo biurokracji, przy utracie z oczu dalekosiężnych celów,
przesłoniętych partykularnymi interesami partyjnych aparatów i grup interesu,
krok po kroku cofamy się do PRL.
W niektórych dziedzinach powrót ten prawie się dokonał - np. ustawa o
działalności gospodarczej przyjęta przez rząd Buzka stanowi wielki krok do tyłu
w porównaniu z analogiczną ustawą rządu Rakowskiego. W tych dziedzinach
natomiast, które - jak polityka pieniężna - wciąż się recydywie PRL opierają,
zawdzięczać to możemy tylko determinacji wąskich środowisk czy wręcz
pojedynczych osób.
Owoce pierwszych reformatorskich posunięć przejedzono, kolejnych reform wtedy,
gdy był na nie odpowiedni czas, zaniechano, by nie narażać się na utratę
poparcia wyborców. Skutkiem jest wysokie bezrobocie i kryzys finansów państwa,
które bez zdecydowanych działań naprawczych przerodzić się muszą w najbliższych
latach w długotrwały kryzys systemowy. Władza obecna wydaje się jednak do
podjęcia takich działań niezdolna; liczącej się opozycji, która by mogła ją w
tym zastąpić, ani znaku na horyzoncie.
Parytet rządzi
Kłopotów bieżących - kryzysu finansów państwa i spowolnienia wzrostu
gospodarczego - przynajmniej nie da się nie dostrzegać. Są one jednak mniej
niepokojące niż to, iż w ciągu minionego dwunastolecia kolejne rządy
konsekwentnie rezygnują z inwestowania w przyszłość na rzecz korzyści
doraźnych. Oglądając Polskę z zewnątrz, chłodnym okiem, trudno nie stwierdzić,
że jest ona rządzona nader krótkowzrocznie i przejada posiadane kapitały oraz
zaciągane kredyty, sztucznie podtrzymując konsumpcję na poziomie znacznie
wyższym niż w innych krajach o zbliżonym PKB na mieszkańca.
Brak poważnego zainteresowania przyszłością, brak nawet ogólnej świadomości
wyzwań, jakie ona niesie, doraźność i partykularyzm wszelkich działań wspólne
są całej naszej klasie politycznej. Nie widać tu mężów stanu, mających jakąś
wizję przyszłości i zdolnych prowadzić ku niej naród; raczej gromadę miernot,
które naród przed sobą pędzi w kierunku całkowicie przypadkowym.
Podmiotem władzy stały się organizacje, które z uprzejmości zwie się w Polsce
partiami, choć stosowniejsze byłoby słowo sitwa. Nie trzeba długo udowadniać,
że sitwy te kierują się instynktem właściwym najprymitywniejszym organizmom
żywym: jeść i rosnąć. Starają się o zdobycie jak największych wpływów i
obsadzenie swoimi ludźmi jak największej liczby stanowisk, ponieważ to daje im
siłę. Ustawodawstwo, terminy wyborów, ordynacje - wszystko to podporządkowywane
jest prywacie. W żargonie polityki zadomowiło się nieprzetłumaczalne na inne
języki "realizowanie parytetu", oznaczające zasadę dzielenia wpływów pomiędzy
dogadujące się ze sobą partie.
Partyjno-biurokratyczny nowotwór
Coraz to kolejne obszary życia publicznego są opanowywane przez złośliwy
nowotwór partyjniactwa i przemieniane w łup władzy. Łupem są stanowiska w
gospodarce i budżetowe pieniądze, wsiąkające w bagno podejrzanych funduszów,
agencji i fundacji. Łupem są stołki w administracji publicznej, którą, aby było
czym wynagradzać partyjne klientele, rozdęto do rozmiarów niespotykanych nawet
w krajach uchodzących za wyjątkowo zbiurokratyzowane. Łupem są samorządy i
gminne spółki, łupem uczyniono kasy chorych etc. Partyjno-biurokratyczny
nowotwór wysysa soki życiowe z państwa, doprowadzając je do stanu, który
najstosowniej będzie określić mianem puchliny gnilnej.
Elita polityczna, jaką zdołała Polska wyłonić po dwunastu latach demokracji,
jest niestabilna, politycy przechodzą z partii do partii stadami, jak jelenie
porzucające wyjedzone żerowiska, są niekompetentni i wyobcowani ze
społeczeństwa. Nie będąc zdolnymi do przezwyciężania partykularyzmów w imię
dobra wspólnego, potrafią jednak zgodnie dbać o przywileje swojej kasty.
Zawarowanie w konstytucji ordynacji proporcjonalnej i wyłączności partii w
zgłaszaniu kandydatów do legislatywy w znacznym stopniu wyrwało te ostatnie
spod społecznej kontroli, uprzywilejowując partyjne centrale, natomiast zgodne
współdziałanie w zastępowaniu mechanizmów rynkowych niejasnymi układami
prywatno-państwowymi pozwala zachować i poszerzać partyjne latyfundia i
umacniać system politycznego klientyzmu.
Krytyka elity politycznej stała się w Polsce powszechna i sprawia wrażenie
tyleż łatwej, co jałowej - jednak prawdziwe nieszczęście stanowi to, iż
politycy nasi reprezentatywni są dla ogółu społeczeństwa. Pięćdziesięciolecie
demoralizacji, utrata elit i przyzwyczajenie do absurdów "realnego socjalizmu"
wywarły na przeciętnego Polaka fatalny wpływ, który w demokracji,
paradoksalnie, został wzmocniony.
Zacięta rywalizacja o polityczne wpływy doprowadziła bowiem do licytacji lewicy
z prawicą w schlebianiu najbardziej prymitywnym poglądom i najniższym
instynktom. Zachowania dla społeczeństwa zgubne, naganne, zawstydzające nas w
oczach krajów cywilizowanych nie doczekają się publicznego potępienia,
przeciwnie, politycy zawzięcie utwierdzają swych wyborców w przekonaniu, że są
super i należy im się wszystko bez żadnego własnego wysiłku, na cudzy koszt.
Dbają też, aby Polak przypadkiem nie poczuł się winnym swoich problemów,
podsuwając mu rozmaitych "onych", od Żydów i masonów poczynając, a kończąc na
obcym kapitale, potomkach kamieniczników i "pazernym klerze". Przeciętny Polak
z każdym rokiem żyje wskutek tego w coraz głębszym przeświadczeniu, że dzieje
mu się straszliwa, niezasłużona krzywda.
W deprawowaniu ogółu uczestniczą media, sc