Dodaj do ulubionych

UZDRAWIANIE MENTALNOSCI

IP: *.ipt.aol.com 05.05.02, 16:04
Przyjmę każdą pracę!

Wysokie bezrobocie pomaga dekomunizować rynek pracy

Czy dwudziestoprocentowe bezrobocie może być zbawienne dla rynku pracy? Choć
brzmi to jak herezja, tak właśnie dzieje się w Polsce. Polacy wreszcie
przestają być obrażeni na pracę. Podobnie działo się kilka lat temu w
Hiszpanii: gdy bezrobocie przekroczyło 23 proc., pracę zaczęto szanować,
zniknęła kategoria pracy nieopłacalnej, a związki zawodowe pozwoliły rozluźnić
prawo pracy - dzięki temu stopa bezrobocia spadła tam do 12 proc. Podobnie jak
w II Rzeczypospolitej na przełomie lat 20. i 30., coraz więcej Polaków
deklaruje, że przyjmie każdą pracę. Tylko związkowa nomenklatura próbuje
zawrócić te procesy. "Solidarności" udało się jeszcze przywieźć 30 tys. osób na
manifestację w Warszawie w ubiegły piątek. Był to już chyba jednak ostatni
taki "sukces" związku. Już 69 proc. bezrobotnych podjęłoby każdą pracę, 67
proc. jest gotowych zmienić zawód, 54 proc. godzi się pracować w nocy, 52 proc.
w niedzielę, zaś 30 proc. zmieniłoby miejsce zamieszkania (to wyższe wskaźniki
mobilności niż w Niemczech, Francji, Austrii czy Szwecji) - wynika z badań PBS.
Wedle danych prof. Mieczysława Kabaja z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych,
wieloletniego eksperta ONZ i Międzynarodowej Organizacji Pracy w Genewie, w
ubiegłym roku pracę zmieniło w Polsce 1,6 mln osób, z czego połowa zmieniła
równocześnie miejsce zamieszkania. Aż 69 proc. spośród tych, którzy mają pracę,
zgodziłoby się przejść na niższe stanowisko, a 63 proc. spośród nich
pracowałoby za niższą płacę.


Obrażeni na pracę
Dopóki obrażanie się na rynek pracy było możliwe, dopóty bezrobotni nie godzili
się na podejmowanie wielu prac albo zatrudniali się tylko po to, by nie stracić
zasiłku. Doszło do tego, że jeszcze dwa lata temu było około 200 tys. ofert
pracy, których nikt nie chciał przyjąć. Dominowała odziedziczona po PRL
mentalność, wedle której pracodawca był przede wszystkim opiekunem pracownika.
W 1993 r. aż 75 proc. pracobiorców uważało, że pracodawca powinien im zapewnić
wyżywienie w taniej zakładowej stołówce, 71 proc. oczekiwało dofinansowania
wczasów, 60 proc. chciało, żeby pracodawca pomagał w spłacie pożyczek,
kredytów, rat, a 28 proc. twierdziło nawet, że zakład winien opłacać im udział
w imprezach rozrywkowych. Te czasy się skończyły: obecnie mamy do czynienia z
dekomunizacją pracy w Polsce. Już 51 proc. pracobiorców zdaje sobie sprawę z
tego, że stawianie zbyt wygórowanych wymagań może być przyczyną utraty pracy.
Większość Polaków nie czeka już na mannę z nieba - gotowi są wiele zrobić, żeby
zademonstrować swoją przydatność. Aż 71 proc. spośród mających pracę jest
gotowych przekwalifikować się lub zdobyć dodatkowe umiejętności (wśród
bezrobotnych ten wskaźnik sięga 82 proc.). - Szacuję, że około 2 mln osób
rocznie przechodzi różne formy przeszkolenia i to zwykle na własny koszt - mówi
prof. Mieczysław Kabaj. Zmianę nastawienia do pracy wymusiła sytuacja na rynku:
w 2001 r. na jedną ofertę w urzędach pracy przypadało 585 bezrobotnych, podczas
gdy jeszcze rok wcześniej - około 470, a w 1996 r. - 250. W ubiegłym roku
bezrobocie najbardziej wzrosło w najbogatszych regionach: w Wielkopolsce (o 23
proc.), na Śląsku (o 20,6 proc.) oraz na Mazowszu i Pomorzu (o 19,4 proc.). W
2001 r. bezrobocie w grupie osób z wyższym wykształceniem wynosiło 6 proc.,
podczas gdy w połowie lat 90. - tylko 0,8 proc. Prawa popytu i podaży sprawiły,
że praca zaczęła być równie cenna jak zdrowie (72 proc. badanych przez OBOP
przyznaje, że posiadanie pracy jest dla nich równie ważne jak dobre zdrowie).
Badania PBS, CBOS, GUS, SMG/KRC, a także najnowszy sondaż Pentora wykonany na
zlecenie "Wprost" dowodzą, że wreszcie sprawdza się powiedzenie: "żadna praca
nie hańbi". Prawie połowa badanych przez Pentor przyznaje, że trudności z
utrzymaniem i znalezieniem pracy wynikają z tego, że pracobiorcy nie umieją się
dostosować do sytuacji na rynku.

Związek zawodowy dupochronów
To, czym żyją pracobiorcy, w ogóle nie obchodzi działaczy związków zawodowych.
Przecież problemy, które są przedmiotem negocjacji związkowców i organizacji
pracodawców, to dla walczących o utrzymanie miejsca pracy i bezrobotnych czysta
abstrakcja. Co ich obchodzi wysokość wynagrodzenia za godziny nadliczbowe,
jeśli ich pracodawca nie ma zbytu na towary, więc pracownicy nie mają co robić
nawet w normalnym czasie pracy?
Związkowa nomenklatura broni zapisów kodeksu pracy, bo dzięki temu jest
uczestnikiem politycznej gry, istnieje na rynku, uzasadnia potrzebę swojego
istnienia. Nomenklatura związkowa zawiera w Komisji Trójstronnej porozumienia,
które służą wyłącznie im samym. Zachowują się racjonalnie - tylko w ten sposób
uzasadniają swoje istnienie, tyle że pracobiorcom to wręcz szkodzi. - Jedno
miejsce pracy dla związkowca blokuje powstanie dwóch innych stanowisk - uważa
prof. Juliusz Gardawski, socjolog ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie,
który związkowe stanowiska nazywa "dupochronami".
Rozziew między tym, co robi związkowa nomenklatura, a tym, czego potrzebują
pracobiorcy, wyraźnie widać w nastawieniu tych ostatnich do strajków. W
ubiegłym roku zorganizowano ledwie jedenaście strajków, w których uczestniczyło
niecałe półtora tysiąca osób. W 1999 r. strajków było 920 (protestowało 27 tys.
osób), natomiast w 1993 r. - aż 7443 strajki (protestów było ponadpięciokrotnie
więcej niż osób strajkujących w 2001 r.). Niedawne badania CBOS dowodzą, że już
ponad 80 proc. Polaków nie wierzy w skuteczność strajków.

Związkowe samoograniczenie
Charakterystyczne jest to, że w krajach, w których obowiązuje elastyczny kodeks
pracy, pracownicy wykazują większą skłonność do wyrzeczeń. Im silniejsza
pozycja związków zawodowych, tym mniejsze przyzwolenie na uszczuplanie
uprawnień socjalnych. Tak było w Hiszpanii pod rządami socjalisty Felipe
Gonzáleza. Dopiero prawicowy rząd José Marii Aznara, który odbiurokratyzował
gospodarkę, obniżył podatki i uelastycznił kodeks pracy, zmusił związki
zawodowe do realizmu. - Oprócz rewolucji neoliberalnej rząd Aznara zmienił
stosunek mentalny Hiszpanów do pracy. Dziś są oni gotowi do rezygnacji i
ustępstw z przywilejów płacowych, co jeszcze kilka lat temu byłoby nie do
pomyślenia - mówi Jeremi Mordasewicz, ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców
Prywatnych.

Cięcie kosztów
Coraz więcej pracobiorców godzi się na wprowadzane przez pracodawców specjalne
programy oszczędnościowe, m.in. redukcję pozapłacowych świadczeń dla
pracowników - służbowych telefonów komórkowych, dofinansowywanych obiadów,
opłacania basenu itp. - Programy oszczędnościowe jest szalenie trudno w Polsce
wdrożyć, bo w naszej kulturze pracy nie jesteśmy przyzwyczajeni do elastycznego
działania. Kiedy jest koniunktura - firmy stać na więcej, kiedy jej nie ma -
trzeba redukować koszty. Dobrze, że coraz więcej osób to rozumie - mówi Paweł
Dziechciarz, kierownik działu badań i rozwoju w firmie doradztwa personalnego
HRK Partners.
W zachodnich firmach programy oszczędnościowe są czymś normalnym i między
innymi dzięki nim można utrzymać chociaż część miejsc pracy. Na początku lat
80. linie lotnicze British Airways znalazły się na skraju bankructwa. Uratował
je wyznaczony przez Margaret Thatcher nowy prezes - sir John King, który
przeprowadził restrukturyzację koncernu, zwolnił około 20 tys. osób, zdobył
miliony nowych klientów. Pod koniec lat 80. zyski ze sprzedaży General Motors
spadły do najniższego poziomu w okresie powojennym. Po pięciu latach GM został
największym amerykańskim eksporterem. Firmę uzdrowił Roger Smith, szef
koncernu. Radykalnie odmienił i odchudził strukturę zarządzania molochem. W
połowie lat 90. firma Apple traciła miliard dolarów kwartalnie. Na ratunek
wezwano ojca-założyciela koncernu - Stevea Jobsa. Zredukował on zatrudnienie. W
centrali Apple z 21 tys. pracowni
Obserwuj wątek
    • obserwator3 Re: UZDRAWIANIE MENTALNOSCI 05.05.02, 18:25
      Też czytamy prasę,ale świetnie,że przypomniałeś te wszystkie wyniki badań
      opinii na temat pracy.Jest to bolesne, ale rzeczywiście uzdrawianie mentalności.
      Mamulka komulka rozpieściła,wszyscy mieli wygórowane oczekiwania i chcieli
      poziomu życia odwotnie proporcjonalnego do swoich możliwości.(Autentyczne-
      pewien "fachowiec" recydywista do pracodawcy:"Ja tu k...za takie piniędze to
      nie bede robił").
      Oby jednak ten proces uzdrawiania nie trwał za długo,bo obrywają ludzie w końcu
      bardziej świadomi,że jakaś tam szkoła,jakieś tam studia skończone w Piroławkach
      to nie wszystko.Oni przynajmniej starają się i nic z tego.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka