Gość: Polak
IP: 220.65.111.*
11.12.04, 19:28
Księża patrioci
Autor tekstu: Andrzej Koraszewski
Od lat polski barometr polityczny w zależności od pogody wypycha na światło
reflektorów już to postać księdza Jankowskiego, już to ojca Rydzyka.
Ostatnimi czasy czytelnicy gazet częściej oglądają zdjęcia prałata z Gdańska
i wzburzonych gromad jego sympatyków. Obaj konkurujący ze sobą o rząd dusz
wielce patriotyczni kapłani jako żywo przypominają postać księdza Marka,
idola konfederatów barskich. 29 lutego 1768 roku w Barze na Podolu zawiązano
konfederację. Autor naszego narodowego hymnu, Józef Wybicki, miał wtedy
zaledwie dwadzieścia lat, był tego dnia wśród konfederatów i po latach
opisywał swoje wrażenia: "Ksiądz Marek był wieku podeszłego, nie miał miny
surowego proroka, owszem podług przysłowia ruskiego był cokolwiek hulaka...
jeżeli wówczas równie z drugimi uświęcałem go jako kandydata do kanonizacji,
była to wina czasów. Pułaskiego, marszałka związkowego, zastałem okrytego
obrazami i relikwiami; za jego przykładem, a raczej za mocą opinii, wszyscy
te świątobliwości pozawieszali na się szyszaki..." Sporów o interpretację
tamtych wydarzeń nie zakończymy nigdy i ktokolwiek próbuje się Konfederacji
Barskiej bliżej przyglądać niemal automatycznie staje się stroną, albo
szukając argumentów potwierdzających tezę, że był to tragiczny przejaw
niezbyt mądrego patriotyzmu, albo przeciwnie - że konfederacja była pierwszym
niepodległościowym zrywem, równie ważnym jak kolejne powstania narodowe.
Stanisław Mackiewicz nie miał wątpliwości: "Na Wielkanoc 1772 roku doszła do
konfederatów wiadomość o traktacie rozbiorowym. Biły dzwony na rezurekcję.
Rozumniejsi z konfederatów w języku dzwonów usłyszeli: Waćpanów to wina."
Cytujący ten fragment książki Mackiewicza Jasienica uważał, że jest to opinia
zbyt drastyczna, zbyt daleko idąca, nazbyt jednoczynnikowa. W Rzeczpospolitej
Obojga Narodów sam Jasienica nie pozostawia jednak żadnych wątpliwości co do
swoich ocen. Konfederacja była jego zdaniem "pozbawioną jakichkolwiek widoków
powodzenia ruchawką". Kosztowną ruchawką. W odległym Londynie anonimowy autor
(dziś wiemy, że była to nota autorstwa Edmunda Burke'a) tak na bieżąco
opisywał Konfederację w "Annual Register": "...była ona popierana przez
ogromną większość dzielnego i dumnego narodu, oburzoną do głębi z powodu
niezwykłych gwałtów Rosjan oraz korupcji ich zauszników w Warszawie, z
drugiej strony - pisał - wywołana przez Konfederatów wojna po części domowa,
po części religijna, po części zewnętrzna doprowadziła Rzeczpospolitą do
stanu tak straszliwej anarchii, że życie stało się wręcz niemożliwe i
wszystko, nawet całkowita utrata niepodległości, mogły być uznane za
błogosławieństwo przez nieszczęśliwych Polaków." Dlaczego na miejsce
zawiązania konfederacji wybrano właśnie Bar, a nie Warszawę, Toruń czy
Kraków? Dwa lata wcześniej (w 1766 roku) opisywany przez Wybickiego ksiądz
Marek, uważany za cudotwórcę karmelita z klasztoru w Barze, tak prorokował
upadek Stanisława Augusta: "Bowiem ów król nie jest dany od Boga i źle
skończy. Niech się jednak naród uzbroi w cierpliwość na dwa lata, aż osiągnie
pełnoletniość elektor saski, który przywróci Polsce dawne szczęście...".
Proroctwo się nie spełniło, prorok jednak sławy nie stracił, przeciwnie
zyskiwał w kraju coraz większą popularność. Przyszli konfederaci pojechali do
niego, gdyż miał być nie tylko ideologiem nowego związku, ale i gwarantem
jego powodzenia. Deklaracja programowa Barzan była dość prosta: "Wiary
rzymsko-katolickiej własnym życiem i krwią [obligowany każdy] bronić". Tyle,
nic mniej, nic więcej. Jakiż to kataklizm nad wiarą rzymsko-katolicką w
Polsce zawisł? Młody król, prawda - z obcego nadania, reformy chciał
wprowadzać, znieść liberum veto, cła generalne ogłosił, podatki nakładał i
armię chciał budować. Już to samo wydało się niektórym zamachem na wiarę
przodków. Zaraz po zakończeniu Sejmu koronacyjnego w Warszawie ukazała się
anonimowa broszura pod tytułem "Prawda i sprawiedliwość istotna". Autor tej
broszury pisał: "Dla zgwałconych praw kościelnych, dla ukróconych dochodów i
odciętych prawie dziesięcin boskich; dla uszczerbku powagi jurysdykcji
duchownej, dla ustawicznych uraz, prześladowania, nienawiści, paszkwilów na
duchowieństwo, już przychodzi do początkowej ostatniej ruiny ojczyzny
ukochanej...". Wcześniej, zaraz po śmierci Augusta III, zaczął się formować
obóz reformatorski, mówiono coraz więcej o potrzebie naprawy Rzeczpospolitej.
Jak pisał w końcu XIX stulecia Władysław Smoleński: "Lękało się duchowieństwo
niekorzystnego dla siebie obrotu rzeczy na drodze prawodawczej, nawet
podejrzewało złośliwą intencję względem zreformowania sejmu." Władysław
Smoleński cytował rękopis krążący wśród szlachty w okresie bezkrólewia. Jego
autor atakował pijara Stanisława Konarskiego, który mimo iż duchowny, to sam
nawoływał do głosowania większością, a to zdaniem autora rękopisu mogło tylko
prowadzić do poniżenia stanu duchownego, do pozbawienia go dochodów i do
ogołocenia domów bożych. "Na pierwszym bowiem sejmie - piał autor tej
rozprawy - uchwaliliby aukcję wojska ... na drugim proponowaliby, że duchowni
wielkie mają intraty... i zgodziliby się dobra duchownym poodbierać... Dalej
przyszliby do tego, że biskupi w senacie, deputaci duchowni w trybunale
niepotrzebni... i na to mieli zapewne pluralitatem votorum...". Jeśli pominąć
ostatnią część tej przepowiedni, to było w niej sporo prawdy. Konstytucja z
1766 roku nakazywała powstrzymanie rozrostu funduszów klasztornych i
rezygnację z majątku dziedziczonego przez mnichów na rzecz innych sukcesorów,
zabraniała również przyjmowania do klasztorów młodzieńców przed dwudziestym
czwartym rokiem życia, a panien przed szesnastym. (Wyjątek zrobiono jedynie
dla pijarów i jezuitów jako zakonów poświęcających się wychowaniu młodzieży.)
Dodajmy do tego fakt, że czytano tu namiętnie pisma Woltera i Rousseau, że
król i wielu jego najbliższych współpracowników albo było członkami lóż
masońskich, albo otwarcie uczestniczyło w spotkaniach masonów. Nie oznaczało
to ateizmu, ale bardziej swobodną interpretację wiary i krytyczne podejście
do kleru. W szeregach ludzi oskarżających kler o ciemnotę i szerzenie
zabobonów znajdowało się również wielu światłych duchownych, by wymienić tu
choćby tylko postaci takie jak Stanisław Konarski czy jezuita Franciszek
Bohomolec, jeden z redaktorów "Monitora", popularyzator nauk ścisłych i
zapiekły przeciwnik wiary w upiory. W oświeconych kręgach drwiono sobie z
szerzących się po klasztorach zabobonów i wyśmiewano ciemnotę kleru. Czy
zdawano sobie również sprawę z faktu, że te drwiny biły nie tylko w gromady
mnichów, ale i w ukształtowaną przez przyklasztorne szkoły szlachtę? O
szkołach jezuickich Józef Wybicki pisał: "...żywość dowcipu, ciekawość, łatwe
pojęcie... były w ich oczach przywarą... Barbarzyńcy! chcieli mieć z
młodzieży cienie i mary, z ludzi wolnych - bydlęta w jarzmie, z obywateli
przeznaczonych do służenia ojczyźnie radą i orężem - nieczułe i ciemne
stwory...". Obraz był bardziej skomplikowany. Na samym początku epoki
stanisławowskiej właśnie zakony jezuitów i pijarów stały się kuźnią, z której
wychodziły zastępy światłych reformatorów, żądających radykalnej zmiany
systemu edukacyjnego i głośno domagających się odsunięcia niekompetentnych
mnichów od szkolnictwa i ograniczenia ich wpływów. Wywoływało to wśród wielu
duchownych głęboką nieufność i poczucie zdrady. Dopiero na te wszystkie
podziały i waśnie, tak wśród szlachty jak i w łonie duchowieństwa, nałożyła
się sprawa innowierców. Ze sławnej w świecie polskiej tolerancji religijnej
cień nie pozostał, prawa innowierców były radykalnie ograniczone, a w nowej
sytuacji na świecie imperatorowa Katarzyna, żądająca przywrócenia religijnej
tolerancji, mogła spokojnie liczyć z jednej strony na poparcie mocarstw
zachodnich, a