plopli
22.12.04, 00:33
Nie chcąc wdawać się tym miejscu w ocenę Niezabitowskiej, ani w dywagacje,
czy była ona TW, czy też nie, chciałbym potraktować jej przypadek jako
przyczynek do dyskusji o zasadach udostępniania danych o współpracownikach SB
na podstawie ustawy o IPN.
Dodatkowych argumentów dostarcza opublikowany w ostatniej Świątecznej artykuł-
polemika znienawidzonego przez część forumowiczów prof. Widackiego:
serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34591,2452930.html
Art. 32. ust. 1. Ustawy o IPN stanowi: "Jeżeli w istniejących i dostępnych
dokumentach, w które pokrzywdzony miał wgląd lub otrzymał ich kopie, znajdują
się nazwiska funkcjonariuszy, pracowników lub kryptonimy współpracowników
organów bezpieczeństwa państwa, którzy zbierali lub oceniali dane o nim, lub
tych, którzy prowadzili tych współpracowników, to - na żądanie
pokrzywdzonego - należy mu podać nazwiska oraz dalsze dane osobowe tych
funkcjonariuszy, pracowników i współpracowników, jeżeli można je
jednoznacznie określić na podstawie dokumentów danego organu bezpieczeństwa.
Przepis ten stosuje się również do innych osób, które denuncjowały
pokrzywdzonego."
Tak więc obecnie każda osoba poszkodowana może uzyskać dane osobowe TW,
którzy mieli na nią donosić, o ile w ocenie instytutu można je jednoznacznie
określić. Następnie może bez skrępowania informacje te ujawniać.
Ponieważ nie ulega wątpliwości, że takie oskarżenie oznacza śmierć cywilną,
powstaje pytanie, jakie są metody obrony osoby będącej domniemanym TW, która
zaprzecza takim faktom, przed infamią.
Pierwszą podstawą będzie roszczenie kierowane przeciwko IPN. Na podstawie
art. 35 ust. 4 ustawy: "Za szkodę wyrządzoną obywatelowi przez pracownika
Instytutu Pamięci w związku z działalnością Instytutu ponosi odpowiedzialność
Skarb Państwa na zasadach ogólnych." Przepis ten wprowadzono do ustawy w 1999
roku i z pewnością ma na celu umożliwienie obrony osobom, które w swojej
ocenie zostały nesłusznie posądzone o współpracę.
Drugą podstawę wskazuje prof. Widacki. Jest nią art. 18a ust. 3, który
stanowi: "Sąd wszczyna postępowanie z urzędu w przypadku złożenia
oświadczenia przez osobę wymienioną w art. 8 [osoba, która przed dniem
wejścia w życie ustawy pełniła funkcję publiczną, a która została publicznie
pomówiona o fakt pracy lub służby w organach bezpieczeństwa państwa lub
współpracy z nimi w okresie od dnia 22 lipca 1944 r. do dnia 10 maja 1990 r. -
przyp. plopli], a także w innych szczególnie uzasadnionych przypadkach."
Przepis ten znajdzie więc zastosowanie do Niezabitowskiej, a
także "szczególnie uzasadnionych przypadków" np. dziennikarzy, adwokatów,
artystów, naukowców, księży, nauczycieli, urzędników państwowych nie
wymienionych w ustawie. Zawsze jednak musi być to postać znacząca. Z
pewnością przepis ten nie znajdzie zastosowania do drobnych urzędników,
robotników, "prywaciarzy", wikarych, wiejskich nauczycieli, etc.
Można się również zastanowić nad podniesieniem roszczeń o ochronę dóbr
osobistych na podstawie art. 24 k.c. w stosunku do osoby, która ujawniła
informacje otrzymane z IPN. Roszczenia takie wydają mi się jednak
nieuzasadnione. Ujawniającemu należy bowiem udowodnić bezprawność działania,
atrudno mówić o bezprawności, kiedy rozpowszechniane informacje uzyskał z
instytucji państwowej.
To tyle. W każdym przypadku osoba posądzona o bycie TW zmuszona jest
prowadzić wieloletnie postępowanie, żyjąc w tym czasie z brzemieniem agenta.
Nie chodzi tutaj tylko o osoby publiczne, ale bardziej nawet o zwykych ludzi
jak wskazani nauczycielka czy wikary. Wiązać się to będzie niewątpliwie z
ostracyzmem w środowisku, a nawet aktami agresji. W tej sytuacji uzyskanie po
latach satysfakcji w postaci pokrętnego wyroku, że osoba taka poniosła szkodę
na skutek działania pracownika IPN polegającego na niesłusznym przypisaniu mu
miana TW, nie będzie dla osoby posądzonej żadną satysfakcją.
Skoro tak, to konieczne jest wprowadzenie systemu, który pozostawiając
mozliwość ujawniania nazwisk TW, da równocześnie możliwość ochrony osób,
którym takie miano zostało przypisane niesłusznie.
Wydaje się, że rozwiązanie tej sytuacji mogłoby wyglądać następująco:
IPN ustala dane TW na wniosek poszkodowanego o odtajnienie takich danych.
Następnie przesyła osobie, którą na podstawie dokumentów uznało za TW
informację o tym fakcie. Osoba taka może nie zareagować - wówczas wszystkie
informacje przekazuje się poszkodowanemu. Jeśli natomiast taka osoba
posądzona o współpracę złoży protest, IPN wszczyna postępowanie sądowe o
stwierdzenie, że dana osoba była TW. Byłby to więc model swoistej lustracji,
tyle że prowadzonej na większą skalę. Zasadnicza różnica polegałaby na tym,
że światło dzienne ujrzałaby nie informacja, iż osoba X była TW, ale, że
kwestionuje ona ustalenia IPN w tej kwestii. Brzmi to znacząco lepiej.
Dodatkowo taki domniemany współpracownik byłby chroniony domniemaniem
niewinności do czasu ogłoszenia wyroku, czego obecnie jest pozbawiony.
Pamiętając trudności jakie powoduje obecna lustracja wprowadziłbym kilka
modyfikacji. Po pierwsze, jawność rozpraw. Daje to szanse, że opisana
procedura nie będzie stosowana wyłącznie celem odwleczenia ujawninia faktu
współpracy; że nie będą wnosić protestów osoby, których wina jest oczywista i
które są jej świadome; oraz wreszcie, że osoba taka nie będzie celowo dążyła
do przedłużania postępowania mając świadomość, że to ją pogrąża. Po drugie,
zezwoliłbym na ujawnianie nazwisk domniemanych współpracowników na etapie
postępowania w I instacji. Chodzi o to, aby osoby, które miały do czynienia z
taką osobą i mają co do niej podejrzenia, mogły dowiedzieć się o toczącej się
sprawie i wziąć w niej udział w charakterze świadków. Po trzecie, co wydaje
się oczywiste, sprawy te poddałbym pod rozstrzygnięcie sądów okręgowych, a
nie jak to jest przy lustracji, sądu apelacyjnego.
Proszę o wszelkie uwagi zarowno odnoszące się do opisanego stanu obecnego,
jak i do proponowanych zmian.