kimmjiki
30.05.02, 00:06
Cała prawda o unijnych mitach
Pod każdą szerokością geograficzną ludzie skarżą się na głupie nieżyciowe
przepisy. Ale żadne nie wywołują takiej niechęci i szyderstw jak prawdziwe czy
zmyślone reguły Unii Europejskiej. Są ulubionym tematem eurosceptyków, którzy z
lubością piętnują rzekome standardy długości prezerwatyw czy normy krzywizny
banana.
JACEK SAFUTA
Korespondencja z Brukseli
Na próżno urzędnicy Komisji Europejskiej dementują wiele z nich jako euromity.
Na próżno tłumaczą, że te, które mitem nie są – na przykład zaliczenie marchwi
do owoców – mają sens. Wprowadzają standardy chroniące w jednakowy sposób
wszystkich unijnych konsumentów i umożliwiają znoszenie ukrytych barier
wewnętrznych w handlu na jednolitym rynku. Często też stanowią zaporę przed
zalewem tanich produktów spoza Unii i chronią rodzimych producentów. A jeśli
nawet zasługują na krytykę, to wymyśliła je nie Komisja, lecz jakieś lobby i
narodowi biurokraci z państw członkowskich. Mimo to utrwalają one wizerunek
Unii jako starej, sklerotycznej ciotki, która zatruwa życie zwykłym ludziom i
przedsiębiorcom. Może i jest bogata, ale bez szans w rywalizacji z wciąż młodą,
krzepką Ameryką, w której panuje niczym nie skrępowana wolność.
Zwolennicy i sceptycy
W demaskowaniu brukselskich biurokratów przodują brytyjscy eurosceptycy. Co i
rusz znajdują nowy przykład „bzdurnych, nikomu niepotrzebnych” przepisów.
Pokaźną dokumentację można znaleźć na stronach internetowych Komisji
Europejskiej, jej delegacji w Londynie i brytyjskiego MSZ. Od lat pracowicie
gromadzą one euromity pojawiające się w prasie i w listach od obywateli,
dementują je i wyjaśniają. Mimo to Brytyjczycy są jedynym unijnym
społeczeństwem, w którym odsetek uczestników sondaży opinii publicznej nieufnie
nastawionych do Unii bije na głowę odsetek darzących ją względnym zaufaniem.
„Prasa brytyjska wydaje się nie tyle opiniotwórcza co populistyczna –
odzwierciedla to, co postrzega jako popularną opinię. To głęboko zakorzeniona
podejrzliwość wobec wszystkiego co europejskie” – uważa profesor Jo Groebel,
dyrektor generalny Europejskiego Instytutu Mediów w Düsseldorfie. Na przykład
prasa francuska i niemiecka ma według niego znacznie mniej tego rodzaju
antyeuropejskich uprzedzeń. Sądząc po sukcesach odnoszonych przez euromity w
Polsce, mamy niestety skłonności do tego, aby szybko dołączyć do sceptycznych
Wyspiarzy. Chyba że zmądrzejemy przed szkodą i na zimno rozważymy, czy rację
mają oni, czy też może bardziej ufający Unii Grecy, Hiszpanie, Irlandczycy,
Portugalczycy czy Włosi.
Suwerenność
Przykłady zabawnych euromitów i eurofaktów, z których wszyscy lubimy się
podśmiewać, podajemy w ramkach. Spróbujmy się zmierzyć ze znacznie
poważniejszymi strachami – tymi spędzającymi sen z powiek ludziom, którzy widzą
Polskę jako ważny podmiot w zjednoczonej Europie. Na szczęście w mit utraty
tożsamości nikt już nie wierzy, bo to tak, jakby negował historię obrony
polskości w ostatnich dwustu latach. Sporo zamieszania wywołuje natomiast mit,
że Polska straci suwerenność, bo wchodząc do Unii odda ją na talerzu Brukseli,
Zachodowi, eurokratom, Niemcom, Francuzom i Bóg wie komu jeszcze.Problem polega
na tym, że nigdy nie było nic takiego jak absolutna suwerenność. Suwerenność w
sensie niczym nie skrępowanej swobody działania jest nonsensem. Państwa nie
mogą liczyć, że uda się im robić wszystko w pojedynkę” – mówi unijny komisarz
Chris Patten, brytyjski konserwatysta. Lubi on cytować premier Margaret
Thatcher z czasów, gdy nie popadła jeszcze w eurofobię: „Niemal wszystkie
większe narody były zmuszone pod presją powojennego świata do uwspólnienia
znaczących obszarów swojej suwerenności, żeby stworzyć efektywniejszą
polityczną całość”.
Według Pattena, „jednym z najbardziej skrajnych przykładów poświęcenia
suwerenności w imię większego dobra jest członkostwo NATO”. Co do Norwegii i
Szwajcarii, zdaniem brytyjskiego komisarza, ich elity polityczne należą do
najbardziej sfrustrowanych w Europie, bo chcąc zachować dostęp do jednolitego
rynku „muszą dostosowywać się do praw i przepisów, w których kształtowaniu nie
odgrywają żadnej roli i których nie mają możliwości zablokować”. W Polsce
problem polega na tym, że większość polityków popierających przystąpienie do
Unii nie ma odwagi powiedzieć tego wszystkiego Polakom. A jeśli któryś się
odważy, mówi o „oddawaniu suwerenności Brukseli”. A przecież decyzje podejmuje
nie jakaś mityczna Bruksela, tylko ministrowie wysyłani na posiedzenia unijnej
rady. Wśród nich będzie Polak i jego w tym głowa, żeby ostateczny kształt
decyzji był jak najbliższy polskim interesom i oczekiwaniom.
Kto decyduje?
I tak przeszliśmy do rozpowszechnionego stereotypu, że w Unii „decyzje
podejmują oderwani od swoich narodów biurokraci”. Czyżby byli nimi ministrowie
zasiadający w unijnej radzie? A może przygotowujący ich decyzje dyplomaci
państw członkowskich? Trudno chyba uznać za oderwanych od ojczyzny bezdusznych
biurokratów 50 posłów do Parlamentu Europejskiego, których wyłonimy w wyborach
bezpośrednich, żeby współdecydowali z radą i patrzyli na ręce Komisji
Europejskiej. To prawda, że większość projektów unijnych decyzji i aktów
prawnych wychodzi właśnie z niej. Ale jej urzędnicy nie biorą pomysłów z
sufitu. Większość podsuwają im rozmaite lobby i pozostające pod ich wpływem
rządy unijne – na przykład w nadziei, że jeśli przeforsują normy wielkości i
jakości pewnych towarów, to uda się im ukrócić konkurencję spoza Unii. Swoistym
zabezpieczeniem dla Polski jest to, że w Komisji będą też pracowali Polacy
(docelowo 1200–1800 osób na 24 tys.).
Formalnie powinni wprawdzie działać w interesie ogólnoeuropejskim, ale funkcje
obrońców polskich interesów już na etapie inicjatyw Komisji spełnią nasi
przedstawiciele w działających przy niej komitetach. Wszelkie jej pomysły
wymagają bowiem konsultacji lub wręcz aprobaty wyspecjalizowanych komitetów, w
których zasiadają eksperci państw członkowskich. Nawet jeśli komitet da zielone
światło i propozycja trafi do rady i parlamentu, Polacy w obu instytucjach będą
jeszcze mieli czas, żeby się jej dobrze przyjrzeć i zawetować lub znaleźć
sojuszników, żeby nie dopuścić do jej przyjęcia. Albo przeciwnie – forsować ją,
jeśli będzie nam odpowiadała.
Niestety, w praktyce okazuje się, że rządy bardzo chętnie i często przerzucają
odpowiedzialność za niepopularne wspólne decyzje na barki „Brukseli”. Polskie
rządy nauczyły się tego na długo przed członkostwem, równocześnie udając, że
szalenie zależy im na przekonaniu Polaków do Unii. I tak prawo unijne jakoby
nie pozwalało rządowi Buzka wystąpić odpowiednio wcześnie o okres przejściowy
pozwalający utrzymać dłużej obniżony VAT na budownictwo. Z kolei rząd Millera
przez pewien czas utrzymywał, że forsując ograniczenia koncentracji mediów
prywatnych odwołuje się do rzekomych reguł unijnych w tym względzie.
Biurokracja i przekręty
Skoro za wszystko odpowiedzialni są eurokraci, to wiadomo, że biurokracji nie
będzie końca, zwłaszcza w rozdziale unijnych pieniędzy, w tym pomocy dla
kandydatów. Nic tylko procedury, papierkowa robota, audyty, kontrole. Być może,
ale nie bez związku z wymaganiami stawianymi przez państwa członkowskie i
podatników, mającymi na celu zapobieganie niewłaściwemu wykorzystaniu wspólnych
pieniędzy. Ponadto 80 proc. unijnych pieniędzy wypłacają administracje państw
członkowskich, czyli spoczywa na nich cztery piąte odpowiedzialności za
niewłaściwe ich wydawanie. Surowi audytorzy z Izby Obrachunkowej (unijna NIK)
oceniają zakres nieprawidłowości na 5 proc. unijnego budżetu. To nie znaczy, że
co roku sprzeniewierzane jest 5 mld euro (budżet sięg