piotr7777
21.02.05, 08:18
Wczoraj na TN był materiał o Barbarze S. - niesłusznie oskarżonej o
kierowanie zabójstwem swojego czteroletniego synka (konkubent matki wraz z
kolegą wrzucili go cztery lata temu do Wisły).
Pamiętam tę sprawę, pamiętam nagonkę na oskarżoną, pamiętam pewność z jaką o
jej winie mówili dziennikarze, prokuratorzy, policja i minister Kaczyński.
Wiadomo, mediom pasowała historia o matce - morderczyni, prokuraturze pasował
spektakularny sukces a Kaczyńskiemu pasowała zbrodnia do realizacji chorej
polityki karnej.
W pierwszej instancji została skazana na 25 lat pozbawienia wolności, potem
sąd apelacyjny uchylił wyrok, teraz dwukrotnie przez obie instancje została
uniewinniona.
Wychodzi na to, że sprawa, która była koronnym argumentem za karą śmierci
teraz może okazać się argumentem przeciw tej karze. I ci, którzy wielokrotnie
drwili przeciwko argumentowi "pomyłki sądowej" (że to niby większe jest
ryzyko choroby wściekłych krów) powinni się zastanowić.
O.K., zaraz pewnie zwolennicy k.s. powiedzą, że rzetelny proces wyklucza
pomyłkę sądową. Rzecz w tym, że ci sami ludzie, którzy domagają się kary
śmierci najczęściej domagają się takze aby sąd kierował się tzw. "społecznym
poczuciem prawiedliwości" (cokolwiek ten belkot miałby oznaczać). Ci sami
ludzie protestują gdy oskarżony zostaje uniewinniony z powodu braku dowodów,
nierzadko odmawiają "zwyrodnialcom" prawa do obrony. Dlatego w sytuacji gdy
większość społeczeńśtwa raczej domaga sie szybkiej zemsty niż wszechstronnego
wyjaśnienia sprawy kara śmierci byłaby zbyt niebezpiecznym narzędziem w
rękach państwa. Pomijając wszelkie inne argumenty.