ubekubek
14.08.05, 10:36
Włodzimierz Cimoszewicz, kandydat SLD na prezydenta zaczyna swoją kampanię
wyborczą, podobnie jak 10 lat temu Aleksander Kwaśniewski - od kłamstwa.
Obecny prezydent kłamał, że jest magistrem, Cimoszewicz kłamał najpierw w
swoim oświadczeniu majątkowym, a później przed komisją śledczą. O ile
Kwaśniewski chciał ukryć braki w wykształceniu, to za kłamstwami Cimoszewicza
mogą się kryć dużo poważniejsze sprawy.
Od samego początku sprawa oświadczenia Cimoszewicza jest dziwna. Twierdzenie,
że brał pieniądze od córki i oddał, a więc ich nie pożyczał, jest absurdalne.
Co więcej, gdyby tak było jego córka musiałaby wykazać w swoim amerykańskim
zeznaniu podatkowym zyski z tej transakcji.
Oblężony obecnie Cimoszewicz na pewno już by poinformował opinię publiczną,
że ma taki właśnie koronny dowód niewinności. Zamiast dowodu niewinności
zobaczyliśmy dowód winy. Oto asystentka zarzuciła mu fałszywe zeznania przed
komisją i zatajanie prawdy w oświadczeniu. W latach 70. na wykładach
z "Podstaw Filozofi Marksistowskiej" uczono, że prawda jest względna i zależy
od sytuacji. Cimoszewicz doskonale sobie przyswoił tą zasadę, dlatego nie ma
co liczyć na to, że zachowa się honorowo i wycofa z wyborów. Będzie próbował,
niczym "magister" Kwaśniewski wygrać wybory po mimo kłamstw.