Gość: Oszołom z RM
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
04.12.02, 10:33
Nagłośniona przez większość mediów informacja o wystąpieniu Tadeusza
Mazowieckiego z Unii Wolności przypomniała Polakom, że takie ugrupowanie
jeszcze w ogóle istnieje. Ostatnie dwa lata były bowiem - delikatnie mówiąc -
pechowe dla "partii ludzi mądrych", jak lubiła określać siebie samą unijna
wierchuszka. A przecież w latach 90. partia Mazowieckiego stanowiła prawdziwą
potęgę, szczególnie w porównaniu z resztą sceny politycznej, która zmieniała
się jak w kalejdoskopie.
Początkiem końca tej formacji był rok 2000, kiedy to - widząc spadającą na
łeb, na szyję popularność rządu Jerzego Buzka - kierownictwo UW postanowiło
opuścić koalicję rządową. Był to gest głównie propagandowy, gdyż wielu
wiceministrów, wicewojewodów i szefów ważnych urzędów z unijnego nadania
pozostało na stanowiskach, zaś kluczowy resort spraw zagranicznych po
Bronisławie Geremku objął Władysław Bartoszewski, w końcu senator z ramienia
UW. Jednak nawet tego czysto formalnego gestu liderzy Unii nie potrafili
wykorzystać, a raczej wykorzystali go zgodnie z intencją swojego
nieformalnego guru, Adama Michnika: oto w wyborach prezydenckich trzecia co
do wielkości partia w parlamencie nie wystawiła własnego kandydata ani też
żadnego nie poparła. Było to na rękę Aleksandrowi Kwaśniewskiemu (o którym
słusznie się mówi, że z Michnika uczynił faktycznego wiceprezydenta), ale
sama Unia w tych wyborach nie zaistniała, oddając pole zaprzyjaźnionemu z nią
dotąd Andrzejowi Olechowskiemu.
Drugie miejsce tego kandydata z pewnością było zaskoczeniem, ale i nadzieją
dla przywódców UW, że uda się wykorzystać jego popularność w zbliżających się
wyborach do parlamentu. Tymczasem Olechowski kolejny raz zaskoczył
wszystkich, ogłaszając w styczniu 2001 roku powstanie nowego ugrupowania,
razem z opuszczającym AWS Maciejem Płażyńskim oraz Donaldem Tuskiem, który
kilka tygodni wcześniej przegrał walkę o przywództwo w Unii z Bronisławem
Geremkiem. Wybór brodatego profesora na lidera partii był zapewne realizacją
jego życiowych ambicji, ale jednocześnie kolejnym gwoździem do trumny całej
UW. I to nie tylko ze względu na małą atrakcyjność medialną nowego
przewodniczącego, lecz głównie z racji powiązań międzynarodowych.
Awans źle podwieszonego
Otóż właśnie na przełomie lat 2000/2001 w Waszyngtonie dokonywała się zmiana
ekipy rządzącej: republikańska administracja Busha zastępowała demokratów
Clintona, a to właśnie pod tych ostatnich (a zwłaszcza pod panią Albright i
jej Departament Stanu) "podczepiony" był Geremek. Jego wewnątrzpartyjny awans
w momencie, gdy wybory prezydenckie w USA przegrał Al Gore wraz z
reprezentującym lobby żydowskie senatorem Liebermanem, był posunięciem co
najmniej nierozsądnym. Wykorzystali to trzej twórcy Platformy Obywatelskiej,
którzy najwyraźniej postanowili "podczepić się" pod republikanów (trudno
bowiem uznać za przypadek niejednokrotne powoływanie się przez Olechowskiego
na program prezydenta Busha).
W ciągu kilku miesięcy Platforma nie tylko wyłuskała z Unii Wolności
najbardziej aktywnych działaczy lokalnych, zwłaszcza samorządowców, ale i
doprowadziła do jej wypadnięcia z Sejmu, co musiało być prawdziwym szokiem
dla wielu "etatowych" parlamentarzystów tej partii. W nowej kadencji gabinet
profesora Geremka zajął więc Andrzej Lepper, a przewodniczącym dogorywającej
partii został Władysław Frasyniuk, który do "następstwa tronu" szykowany był
od wielu lat, ale nikt nie przypuszczał, że odbędzie się to w takich
warunkach. Aktywność wrocławskiego kierowcy, który dziś jest już biznesmenem,
w ciągu ostatniego roku sprowadzała się głównie do publikowania listów
otwartych do premiera oraz żarliwej retoryki antyfaszystowskiej, z tym, że
faszyzm, według Frasyniuka, zagraża dziś Polsce ze strony Leppera i jego
ludzi.
Pod hasłem walki z Samoobroną lider Unii usiłował nawet zmontować Front
Demokratyczny, ale skończyło się na jednej konferencji prasowej w czerwcu
tego roku, bo po wakacjach frontowi sojusznicy - Artur Balazs z SKL i
Krzysztof Piesiewicz z Ruchu Społecznego (d. AWS) - poszukali sobie
poważniejszych partnerów na nadchodzące wybory samorządowe. Zamiast Frontu
powstała więc Unia Samorządowa, która w swoich przedwyborczych spotach
telewizyjnych do znudzenia przedstawiała Frasyniuka jako opiekuna i
przyjaciela młodzieży... pragnącej za wszelką cenę wyjechać na studia lub do
pracy do Unii Europejskiej. Ponieważ ani sam szef Unii, ani jego nieliczna
młodzieżówka (bo większość poszła do PO) nie są tak sprawni medialnie jak
Bogusław Wołoszański, toteż ich próba utożsamienia UW z UE okazała się
kompletną klapą.
Średni wynik Unii Samorządowej w wyborach do sejmików wojewódzkich to ok. 2
proc., a więc jeszcze mniej niż rok temu do Parlamentu. Unia zdobyła zaledwie
po jednym mandacie w sejmikach śląskim i dolnośląskim, z tym, że na Śląsku
trener Antoni Piechniczek zawdzięcza mandat radnego raczej własnej
popularności niż liście, z której startował. Jeszcze większą kompromitacją
okazały się bezpośrednie wybory na prezydentów miast. Tutaj UW wykorzystała
swój ostatni atut, jakim były znane nazwiska "historycznych"
przywódców "Solidarności" z lat 80. I tak we Wrocławiu wystartował sam
Frasyniuk, w Warszawie - Zbigniew Bujak, a w Gdańsku - Bogdan Borusewicz.
Żaden z nich nie wszedł nawet do drugiej tury, zaś Bujak osiągnął wynik
dorównujący średniej sejmikowej (w dodatku Unia nie ma w Radzie Warszawy ani
jednego radnego, a przecież ta partia przez długie lata rządziła stolicą).
Nie pomógł i Wajda
Wydawało się, że resztki unijnego honoru uratuje Kraków, gdzie faworytem
drugiej tury był kandydat UW Józef Lassota mający już doświadczenie w
kierowaniu miastem. Tymczasem nawet i on przegrał z kandydatem SLD w unijno-
prawicowym grodzie Kraka! Nie pomogło mu poparcie takich tuzów, jak Andrzej
Wajda czy Wisława Szymborska. Widać więc, że krakowskie salony, które
ogłaszają buńczuczne apele o ślepe podporządkowanie się Brukseli, nie są już
nawet w stanie przekonać większości mieszkańców własnego miasta. Inna sprawa,
że Lassocie nie pomogli jego byli koledzy, którzy za Janem M. Rokitą poszli
do Platformy. Sam Rokita publicznie ogłosił, że w drugiej turze skreśli obu
kandydatów, bo obaj są siebie warci. W ten sposób wychowanek Geremka zadał
cios partii, którą niegdyś sam tworzył.
Układy z postkomunistami to dla UW normalka
Unia stała się więc ugrupowaniem, które nie istnieje ani w Sejmie, ani w
samorządzie, a teraz jeszcze odchodzi jego ojciec-założyciel, czyli
Mazowiecki. Głównym powodem tego odejścia był start działaczy UW na listach
SLD w województwie warmińsko-mazurskim i sojusz tamtejszej lewicy (a więc i
Unii) z Samoobroną. Wygląda to jednak tylko na pretekst, gdyż ludzie z partii
Frasyniuka kandydowali z list SLD w wielu innych miejscach (np. w Rzeszowie),
zaś sam Jacek Kuroń oficjalnie poparł Marka Balickiego - w końcu kandydata
SLD-UP, chociaż wywodzącego się z UW - przed drugą turą wyborów prezydenckich
w stolicy. Układy z postkomunistami to w tym środowisku nie "wypadek przy
pracy", lecz reguła i Mazowiecki doskonale o tym wie, bo sam był jednym z
twórców tej reguły jeszcze przy "okrągłym stole".
Można by się nimi nie zajmować, ale...
Skoro pierwszy przewodniczący Unii postanowił ją opuścić, można by to uznać
za symboliczny koniec tej formacji i już więcej się nią nie zajmować. Ale
Unia Wolności to nie tylko posłowie i radni, których już nie ma. To przede
wszystkim zgrane środowisko działające razem od wielu lat. To środowisko ma
największy dziennik w Polsce, ma sieć licznych "organizacji pozarządowych", z
których najważniejsza jest Fundacja Batorego, ma także wiele istotnych, choć
mało widocznych stanowisk: w finansach (prezes NBP Leszek Balcerowicz oraz
Marek Dąbrowski i Cezary Józefiak w Radzie Polityki Pieniężnej), sądownictwie
(4 spośród 15 sędziów Trybunału Kon