Gość: **
IP: *.proxy.aol.com
08.01.03, 21:15
Randka w czarno
W Kościele pedofilia jest bezkarna. Chyba że się podpadnie, komu nie trzeba.
Wtedy można beknąć za coś, czego się nie zrobiło.
– Kiedy spotkałeś księdza Słomkę?
– Byłem wtedy uczniem 8. klasy. Mieszkałem z matką i bratem w Brzegu. Mój
wujek, Czesław Nowicki, w Lublinie. Był już starym księdzem. Nigdy nie miał
parafii, przed wojną i po wojnie uczył religii. Podobnie jak moja matka
skończył studia na Katowickim Uniwersytecie Lubelskim. Wujek mieszkał w domu
księży emerytów, miał jeden pokoik. Zagracony na amen. Książki stały w
stosach, prawie pod sufit...
– Ale co to ma wspólnego z księdzem Słomką?
– Jesienią 1965 r. przyjechałem do wujka. Szukał miejsca, gdzie mógłbym się
przez kilka nocy przespać. Po sąsiedzku zajmował wtedy dwa pokoje ksiądz
Słomka. Właśnie wrócił z zagranicy. Zgodził się, żebym u niego przenocował.
Gdzieś wyjeżdżał i miał się pojawić za dwa dni. Wertowałem setki książek
przywiezionych przez niego z Francji i Włoch. Takich, jakich w Polsce nie
widziałem nigdy. Pamiętam "Historię Polski” Oskara Haleckiego. I to, że w
wielu książkach były orientalne banknoty jako zakładki. Izraelskie,
jordańskie... było tych książek mnóstwo, chyba tysiące. I to takich! Dopiero
teraz dziwię się, jak coś takiego pozwolono mu w tamtych czasach przewieźć
przez granicę...
Ksiądz Słomka pojawił się drugiego dnia wieczorem. Był bardzo miły.
Powyjmował mnóstwo łakoci. Nigdy takich nie widziałem. Przygotował
podwieczorek. Pamiętam cytrynowy sok. Wtedy cytryny były w Polsce rzadkością.
– Był po prostu uprzejmy...
– Potem poszliśmy spać. Leżałem w pierwszym pokoju, ksiądz w drugim. O coś
mnie pytał. Potem poprosił, żebym przyszedł do niego. Usiadłem na krawędzi
łóżka. Wziął mnie za rękę, potem przygarnął i przytulił. Pamiętam, że
leżeliśmy pod kołdrą. Leciutką, ksiądz mówił, że włoską. Coś błysnęło za
oknem, powiedział, że to SB chce nas sfotografować, wstał i zasłonił kotarę.
Pamiętam jego błądzącą po moim ciele rękę. I to, że się mocno przytulił do
moich pleców. Resztę darujcie. Potem zasnąłem. Rano obudziłem się już w swoim
łóżku. Bardzo mnie piekło. Nie wiedziałem, jak sobie poradzić. Głupi, wziąłem
od wujka spirytus salicylowy i przetarłem. Myślałem, że z bólu oszaleję.
Po latach przeczytałem o Słomce w "Argumentach” bardzo krytyczną, kpiarską
ocenę jego rozprawy ogłoszonej w "Zeszytach Naukowych KUL”. Chodziło o jakieś
studium poświęcone etyce seksualnej małżonków. Słomka zastanawiał się, czy
żona, która po coitus interruptus, po stosunku przerywanym, ze swoim mężem
dokonuje samogwałtu, popełnia grzech lekki czy ciężki? I konkludował, że
lekki. Pomyślałem, że jak na księdza pedofila, to jest za mało wyrozumiały.
Wiem od mojej znajomej, że Słomka często występuje w Radiu Maryja. Mówi ponoć
o kapłaństwie, ostatnio o rodzinie. Moja znajoma, której kiedyś o
przyzwyczajeniach Słomki wspomniałem, powiedziała, że wygłasza te gadki po
mentorsku, że taki bydlako-pewniak z niego wyłazi. Tak to nazwała, choć jest
fanką radia Rydzyka. Widać z tego, że wyrzutów sumienia Słomka nie ma. Ani
się niczego nie obawia...
– Minęły lata. Skończyłeś prawo, filozofię, doktoryzowałeś się. Masz w
dorobku ponad 250 publikacji, w większości poświęconych ochronie praw dzieci
i kobiet.
– Tak. Ale ważne jest tylko to, co udało się zmienić w samym prawie. A tego
jest mało. Przez kilkanaście lat współpracowałem z dr Marią Łopatkową, byłem
ekspertem prawnym Sejmu i Senatu, kilka drobnych zmian ochronnych udało się
wprowadzić do kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, kodeksu pracy i kodeksu
cywilnego. I niektóre z nich zdążono już uchylić! Najważniejsze były jednak
dotąd, na szczęście, nie uchylone zapisy, które udało się umieścić w
konstytucji: zakaz stosowania kar cielesnych, przepisy chroniące wolność
sumienia i przekonań dziecka oraz nakazujące powołanie rzecznika prac
dziecka. Niestety, w ustawie zwykłej doprowadzono tę instytucję do
normatywnej i społecznej fikcji.
– Publikowałeś w większości czasopism prawniczych. Ale w pismach religijnych
też.
– Tak. Wielokrotnie w "Tygodniku Powszechnym”, "Ethosie”, "Ładzie” także
w "Więzi”, "Znaku” i w kilku innych. W wydawnictwie KUL kilka razy też. Z
inicjatywy Instytutu Jana Pawła II, KUL oraz Polskiego Instytutu Kultury
Chrześcijańskiej w Rzymie ukazały się dwa wydania książki "W imieniu dziecka
poczętego”, której byłem współautorem.
– Z inicjatywy ks. prof. Tadeusza Stycznia zaproszono cię z wykładami na
KUL...
– Wykładałem prawo rodzinne i opiekuńcze na tamtejszym Wydziale Prawa
Kanonicznego i Świeckiego. I egzaminowałem.
– Czy spotkałeś tam Słomkę?
– Nie. Ale z kilkoma osobami o nim rozmawiałem. Zorientowałem się, że prawie
wszyscy wiedzą o jego preferencjach. Wyglądało, jakby nie widzieli w tym
żadnego problemu. Prawdziwi Europejczycy. Tylko jeden student śmiał się
opowiadając, jak zazdrosny jest jego kolega, facet, z którym Słomka obecnie
mieszka.
– W 1987 r. papież przyznał ci nagrodę. Pieniężną. Kościół rzadko daje
pieniądze...
– Tak, to były dolary, na tamte czasy duże. Nagrodę przyznała oficjalnie
watykańska Fundacja Jana Pawła II za to, co pisałem, mówiłem i robiłem
troszcząc się o ochronę ludzkiego życia od jego poczęcia.
– Przecież jesteś niewierzący?
– To co? Nie jest mi potrzebna żadna wiara, żeby być przeciwnikiem aborcji.
Nogi również myję z przyczyn pozareligijnych...
– I z tych papieskich pieniędzy powstały...
– Dwa schroniska dla bezdomnych kobiet i dzieci. Schronisko wrocławskie było
pierwszym na Dolnym Śląsku. Razem ze schroniskiem w podwrocławskiej Miękini
zapewnia dach nad głową
70 osobom, niedługo setce. Tego roku przyjęliśmy już ponad 350 osób. Fundacja
Betlejem, która prowadzi oba schroniska, nie ma biura, telefonu, auta. I
nigdy nikogo nie zatrudniała. I dopóki ja żyć będę, nie zatrudni.
– Przez 17 lat kierowałeś społecznie Terenowym Komitetem Ochrony Praw Dziecka
we Wrocławiu. Docierały do was sygnały dotyczące pedofilii?
– Od czasu do czasu. Czyli niezbyt często. Najgłośniejsza była sprawa
kierownika kolonii, którego poleciło nam wrocławskie kuratorium. Zgwałcił
dwóch chłopców. Byłem w sali legnickiego sądu, gdy zwalniano go z aresztu.
Uśmiechnął się do dzieciaków i przez komórę zamówił taksówkę.
Rok wcześniej byłem w al-Mukalli, jemeńskim mieście nad Morzem Arabskim.
Właśnie krzyżowano tam publicznie faceta, który zgwałcił 9-letniego chłopca.
Nie, żebym proponował takie rozwiązania u nas. Ale jako ojciec czworga dzieci
czułem się ze swoim synem bezpieczny w tym prawie feudalnym państwie.
– Dlaczego dopiero teraz mówisz o draństwach księdza Słomki?
– Od kilku lat już o tym mówię. W różnych miejscach. Na KUL-u też. Wy również
wiecie o tym nie od dzisiaj. Ale chętnych do pisania o tym nie było. A i ja
musiałem jakoś dojrzeć. Nigdy nie powiedziałem matce. Ani wujkowi. Dobrze, że
się nie dowiedział. Czułby się odpowiedzialny, a przecież nie było w tym jego
winy. Zresztą opowiadanie o tej historii to wątpliwa przyjemność. Ale trzeba.
Żeby dranie się bali. Żeby przynajmniej dzieci zostawili w spokoju.
Zdjęcie księdza Waleriana Słomki pochodzi z księgi pamiątkowej "Najważniejsza
jest miłość” – autor nieznany.
Autor : Zofia i Piotr Zaporowscy