Gość: S.
IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl
31.03.03, 10:20
Artykuł z dzisiejszej Rzeczypospolitej
Przedsiębiorca to dziś w Polsce zawód wysokiego ryzyka. Może zostać najechany
przez policję w domu, skuty kajdankami i zamknięty w areszcie. Z etykietą
aferzysty trafi na czołówki gazet. Nawet jeśli uczciwie prowadzi interesy,
fiskus - korzystając z niejasnych przepisów - dobije go karami. Po latach
zostanie być może uwolniony od zarzutów, ale kto mu zwróci firmę i utraconą
cześć?
- W ostatnich kilkunastu miesiącach, częściej niż dotychczas, zdarzały się
spektakularne działania organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości w stosunku
do przedsiębiorców. Tworzy to zły klimat dla rozwoju gospodarki i inwestycji.
Niektórzy uważają, że te działania mają tło polityczne lub korupcyjne - uważa
przewodniczący Sejmowej Komisji Gospodarki Adam Szejnfeld (PO).
- Gdy SLD wygrał wybory parlamentarne, ruszyła fala pokazywania afer
poprzedniej ekipy, aby odwrócić uwagę od rzeczywistych problemów kraju -
ocenia dr Robert Gwiazdowski, ekspert z Centrum im. Adama Smitha. - Zapalono
też zielone światło dla ścigania wyimaginowanych afer w biznesie. Łatwiej
ścigać przedsiębiorców, którzy padli ofiarą dziurawego i niejasnego prawa
podatkowego, niż prawdziwych gangsterów i bandytów. A władza potrzebuje
sukcesów. Takie zachowania nieobce były zresztą także poprzednim ekipom
rządowym.
Zmiana prezesa rękami UOP
Jednym z bohaterów spektakularnego aresztowania był Andrzej Modrzejewski,
były prezes PKN Orlen, z awuesowskiego rozdania. - Funkcjonariusze UOP
zatrzymali mnie 7 lutego ubiegłego roku w przeddzień posiedzenia rady
nadzorczej, na której zapowiedziano głosowanie nad zmianami w składzie
zarządu. Sąd orzekł później, że zatrzymanie było bezzasadne - wspomina.
Ludzie z UOP powiedzieli Modrzejewskiemu, że ma mieć przedstawione zarzuty w
sprawie ujawnienia poufnych informacji z czasu, gdy nie pracował jeszcze w
Orlenie. Informacja o jego zatrzymaniu pojawiła się natychmiast w
telewizyjnych "Wiadomościach". Zwolniony po kilku godzinach, dowiedział się,
że rada nadzorcza odwołała go ze stanowiska. - Po co było to całe
przedstawienie, angażowanie UOP? Dwa tygodnie później i tak miałem być
odwołany na walnym zgromadzeniu. Mogło to się odbyć spokojnie - dziwi się
Modrzejewski. - Złamano mi karierę.
Jacka Turczyńskiego, byłego dyrektora generalnego Poczty Polskiej za rządów
premiera Jerzego Buzka, policja zatrzymała w marcu 2002 roku pod zarzutem
przyjęcia 20 tys. zł łapówki. - Pomówiła mnie jedna osoba, która potem
zmieniła zeznanie. Od roku czekam na rozstrzygnięcie sprawy przez sąd. W
areszcie przesiedziałem blisko pół roku w warunkach szczególnej izolacji
stosowanych dla najgroźniejszych przestępców. Ograniczano mi prawo do obrony,
a przez kontrolowane przecieki do mediów dokonano na mnie publicznego linczu -
żali się Turczyński. - Gdy siedziałem w areszcie, śledzono moją żonę.
Została na ulicy napadnięta przez brygadę antyterrorystyczną. Wyrzucono ją z
samochodu i skuto, do skroni przystawiono broń.
Policja tłumaczyła potem, że żona Turczyńskiego znalazła się w wirze innej
akcji i przeprosiła ją.
Widowisko na całą wieś
- Czy nie można było mnie wezwać do prokuratury i przesłuchać, zamiast w
kilka samochodów podjeżdżać rankiem pod mój dom i robić widowisko na całą
wieś? - pyta wzburzony Roman Kluska, były prezes giełdowego Optimusa. -
Zakutego w kajdanki zawieziono mnie do Krakowa. Po jednym dniu zostałem
zwolniony za rekordową kaucją 8 mln zł i 30-milionowym zabezpieczeniem na
moim majątku. Próbowano zatrzymać mi samochody. Dostawałem telefony z
korupcyjnymi propozycjami. Na koniec doszło do próby zablokowania orzeczenia
Naczelnego Sądu Administracyjnego w dotyczącej mnie sprawie.
Przez dłuższy czas prokuratura nie mówiła, co mu się dokładnie zarzuca, za to
chętnie podawała informację, że sprawą zajmuje się wydział do spraw
przestępczości zorganizowanej. Dopiero po jakimś czasie okazało się, że
zarzuty dotyczą prowadzonego przed kilku laty przez Optimusa eksportu
komputerów na Słowację, skąd następnie sprowadzane były przez resort edukacji
do polskich szkół. Fiskus i prokuratura twierdzą, że doszło przy tym do
wyłudzenia VAT. Kluska ma opinie autorytetów prawniczych, że prawa nie złamał.
Zniszczyć firmę, do błędów się nie przyznać
- Obawiam się, że Klusce nie pójdzie tak łatwo. Z własnego doświadczenia
wiem, że może czekać go wieloletnia walka - przestrzega Marek Isański z
Zielonej Góry. W marcu 1996 r. w "Rzeczpospolitej" ukazał się materiał o nim
jako o prężnym "profesjonalnym biznesmenie". Mówił wówczas, że doganianie
świata w usługach finansowych daje mu wielką satysfakcję. Dwa tygodnie po tym
artykule siedział w areszcie, pod zarzutem wyłudzenia VAT przez jego
Towarzystwo Finansowo- -Leasingowe SA. - Wtedy przekonałem się, jaki wpływ na
życie gospodarcze ma u nas kiepskie prawo i organy podatkowe. Podobnie jak
pan Kluska, uzyskałem opinie najlepszych ekspertów przyznających mi rację.
Ale urzędnicy wiedzą swoje. Dochodzę swoich racji już siedem lat. Wydałem na
to majątek - mówi. Końca jego walki ciągle nie widać. NSA uznał dotychczas
jego racje w połowie zaskarżonych spraw, druga połowa czeka na
rozstrzygnięcie. - Mimo to skazano mnie w procesie karnym skarbowym, zarówno
za sprawy czekające na rozstrzygnięcie w NSA, jak i te, w których NSA
przyznał mi rację. To się po prostu w głowie nie mieści - mówi.
Trzymać w areszcie 136 dni
- Ocenę mojej sprawy pozostawiam sądowi. Ale nie mogę pogodzić się z tym, jak
mnie potraktowano - opowiada z goryczą Andrzej Voigt, przed aresztowaniem
prezes rady nadzorczej spółki Zakłady Mięsne w Kościerzynie, a wcześniej
polityk Kongresu Liberalno-Demokratycznego, wysoki urzędnik Ministerstwa
Przekształceń Własnościowych i Państwowej Agencji Inwestycji Zagranicznych.
31 maja 2001 roku funkcjonariusze UOP wyprowadzili go z biura w kajdankach. -
Wtrącono mnie do sześcioosobowej celi z podejrzanymi o bardzo groźne
przestępstwa. Dopiero 9 sierpnia pierwszy raz byłem przesłuchany.
Przesiedziałem w areszcie 136 dni. Bezprawnie pozbawiono mnie akcji Zakładów
Mięsnych Kościerzyna - relacjonuje. Opowiada też, że gdy był uwięziony, jego
żona dostawała telefony z groźbami porwania i zabicia dzieci. - Policja ujęła
dzwoniącą kobietę, ale jej nie aresztowano. Do dziś nie została osądzona -
mówi Voigt.
Prokurator zarzucił Voigtowi zawyżenie wysokości transakcji kupna akcji i
udziałów dwóch zakładów mięsnych, przez co miał narazić spółkę na straty. -
Nie wiem, dlaczego tylko ja jeden miałem odpowiadać za uchwałę podjętą w tej
sprawie jednogłośnie przez radę nadzorczą, w tym przedstawicieli skarbu
państwa? I czemu dwie godziny po zatrzymaniu media podały moje nazwisko,
pełną charakterystykę działalności politycznej i gospodarczej oraz informację
o moich kontaktach z Lechem Wałęsą (Voigt był związany z Instytutem Lecha
Wałęsy - red.)? Czy nie była to przedwyborcza wojna, jaką z "białymi
kołnierzykami" toczyli ministrowie sprawiedliwości Lech Kaczyński i spraw
wewnętrznych Marek Biernacki? - pyta Andrzej Voigt. Latem 2002 r. prokuratura
skierowała do sądu akt oskarżenia, ale proces jeszcze się nie rozpoczął.
Uniewinnić... po siedmiu latach
- Nareszcie jestem człowiekiem całkowicie oczyszczonym z zarzutów. Wszystkie
trzy wytoczone mi procesy zakończyły się prawomocnymi wyrokami
uniewinniającymi - mówi z ulgą Jan Warian i wylicza, co przeszedł od chwili,
gdy 2 października 1995 roku do jego domu zjechała policja z długą bronią, a
prokuratura zarzuciła mu dopuszczenie do nadużyć przy handlu stalą. Ma za
sobą: dziesięć miesięcy aresztu, sto dni spędzonych w salach sądowych
(ostatni wyrok uniewinniający zapadł 21 lutego 2003), złamaną karierę, straty
finansowe (kaucja, niedokończona budowa domu), konieczność wyniesienia się z
Krakowa, pracy tam dla niego nie było.
Zanim zajęła się nim prok