Gość: tolreant
IP: *.chello.pl
03.04.03, 17:53
LECH STĘPNIEWSKI
------------------------------------------------------------------------------
--
W starym dowcipie żydowskim pytają pana, powiedzmy, Rabinowicza o Żydów. Co
też o nich sądzi? - Żydzi - powiada pan Rabinowicz z namaszczeniem - to naród
wybrany, to naród artystów, myślicieli i uczonych. - A co pan powie o pańskim
sąsiedzie, panu Cukiermanie? - Cukierman? Pan przy mnie nie wymawiaj tego
nazwiska! - denerwuje się Rabinowicz. - To jest łobuz, to jest oszust, to
jest...
Dziś jednak będzie nie o Żydach, ale o homosiach, którzy, okazuje się, też
myślą o sobie całkiem podobnie jak pan Rabinowicz o swych rodakach: że w
ogóle jest świetnie, a w szczególe - już nie za bardzo.
Tak w ogóle "wszyscy wielcy, wszyscy genialni to geje". "Bo ta wszystka
architektura, różnego rodzaju zdolni naukowcy na całym świecie, poeci,
malarze, to w większości to są geje. Nawet Aleksander Wielki. I oni tworzą
kulturę". Czyli sam cymes, szampan i frukty.
A konkretnie? A konkretnie wódka i ogórki, bo "to całe środowisko to taka
zbiorowość, gdzie jeden drugiemu za plecami dupę obrabia, to jest jeden fałsz
i wszystko nastawione, żeby się rżnąć".
Nauka bada, więc nie ma co ukrywać
O "tworzeniu kultury" przy okazji "obrabiania dupy" (lub odwrotnie), nie
dowiedziałem się wcale od jakichś zoologicznych homofobów, ale z książki
Doroty Majki-Rostek poświęconej socjologicznej analizie sytuacji
homoseksualistów polskich. Książka jest okropnie naukowa; pełno tam różnych
Goffmanów, Bergerów, Znanieckich etc. - w trzech czwartych zupełnie ni
priczom, więc domyślam się, że to pewnie praca doktorska. Do tego dochodzi
jeszcze tradycyjna danina feudalna w postaci umieszczenia cytatów z dzieł
recenzentki i autora wstępu, toteż normalnie czytać się tego pasztetu nie da.
Ponieważ jednak autorka włóczyła się nie tylko po bibliotekach, ale i po
gejowskich imprezkach (tzw. obserwacja uczestnicząca), jak również zgodnie z
regułami sztuki przesłuchała obiekty swych badań ("swobodny wywiad otwarty"),
zebrało się trochę materiału wartego, by rzucić nań okiem.
Nie są to wprawdzie żadne rewelacje, ale mają za to dobre pochodzenie: toć
bierzemy je wprost ze skarbczyka Nauki. Nie sposób też przypuszczać, że
wypowiedzi zostały dobrane tendencyjnie. Przeciwnie, p. Majka-Rostek sprawia
wrażenie, jakby całym sercem była po stronie swych króliczków i gdy tylko
króliczkowi coś się wypsnie, zaraz sama dodaje słuszne komentarze: że oni
niewinni, że to efekt społecznej stygmatyzacji, "zinternalizowanej
opresji", "mechanizmów neutralizacji" itp. Sama też stara się być delikatna i
np. gejowskie pikiety, czyli punkty, gdzie można łatwo upolować partnera do
szybkiego seksu (zazwyczaj są to parki, szalety, dworce etc.) nazywa
elegancko "umownymi miejscami spotkań" - tak jakby chodziło o romantyczną
randkę pod ratuszowym zegarem. Sami homosie bywają bardziej rzeczowi:
"Jak ktoś chce kogoś szybko do łóżka, to leci pod Panoramę Racławicką i od
razu kogoś porwie, albo od razu w krzakach, bo w lokalu to trzeba posiedzieć,
trzeba czasem stracić czasu i pieniędzy - i nic nie ma z tego".
A warto tu dodać, że autorka wszystkie wywiady przeprowadziła nie z jakimiś
pierwszymi lepszymi homosiami, lecz z osobami należącymi do tzw. "środowiska"
(wrocławskiego oraz warszawskiego) i właśnie o tym "środowisku" niemal każdy
z jej rozmówców opowiada bezeceństwa niczym najgorszy homofob:
"Nie ma co ukrywać, że my się po prostu zaliczamy, wchodzisz do klubu i
widzisz: z tym byłem, z tamtym się przespałem i całe towarzystwo też wszystko
wie. Głównie tu chodzi o gejów, ale lesbijki obracające się w tym
towarzystwie to jest to samo".
"Tak jak ja obserwuję środowisko homoseksualne, to niektórzy przeginają
mocno. Mój znajomy to ujął tak: «Zawsze to jest tylko chuj. Raz większy, a
raz mniejszy, nie pamięta się nawet twarzy». Często się nawet sobie nie
przedstawia. I wielu ludzi tak żyje".
Po prostu miłość i jedna wielka orgia
Równocześnie homosie chętnie odwołują się do stereotypu "wrażliwego geja",
takiego troszkę kobiecego i z artystyczną duszą. Teraz z kolei okazuje się,
że każdy homoś to człowiek niezmiernie delikatny i kulturalny, choć Bóg raczy
wiedzieć, jak to się godzi z wzajemnym "zaliczaniem się" w krzakach pod
Panoramą.
"Ogólnie chyba można powiedzieć, że geje są bardziej wrażliwi. Ja to widzę po
sobie, że ja jestem bardzo wrażliwy na nieszczęścia, nieraz jakieś filmy typu
wyciskacze łez to oddziaływują na mnie jak na większość kobiet, że chusteczka
i zaraz płaczę".
"Tam taka kultura jest. Tam w ogóle jak zauważyłem, że w środowisku ludzi
kochających inaczej to jest miłość, kochanie się, nie jak to się mówi z
detalami, ale po prostu miłość do drugiego człowieka".
"Ale z homoseksualistą można pogadać. Jest czuły, delikatny, ma dużo
zainteresowań".
Rzeczywiście, delikatne rozmowy są ważne, choć jeśli idzie o zainteresowania,
to najczęściej przeważa jedno:
"Ja, jak chcę kogoś poderwać, to zagadam, na kawę zaproszę, a potem otwarcie
zapytam, czy jest zainteresowany umówieniem się. I w dzisiejszych czasach to
otwarcie się pyta, czy robi to za pieniądze, czy z przyjemności, to później
nie ma nieporozumień, awantur i skandali".
Jeśli zaś awantur i skandali nie ma, to znaczy, że było kulturalnie, "po
prostu miłość do drugiego człowieka" - i czegóż chcieć więcej? Autorka w
pewnym miejscu pisze oględnie (i to powołując się na książkę, która powołuje
się na książkę... - ot, taki naukowy sznureczek), że charakterystyczną cechą
homosiów jest "poświęcanie przez nich większej ilości czasu na swe
zainteresowania seksualne". Ale sami homosie znowu ujmują rzecz znacznie
jędrniej:
"Geje są uzależnieni od seksu. Jest to używka jak każda inna. Mnie seks
bardzo zmienił. Nie na dobre, na złe. Bo u nas od seksu się wszystko zaczyna,
wszystkie znajomości. (...) Ja w ciągu dnia jednego potrafiłem mieć ośmiu
kochanków. I ja jestem człowiekiem uzależnionym seksualnie".
A "środowisko"? Niby trafiają się tam różni ludzie. "Ale najwięcej to
prowadzi rozwiązły tryb życia". "Każdy mówi piękne rzeczy - o wspólnocie,
przyjaźni, miłości, o pomaganiu sobie. A zorganizowała się na przykład teraz
w tej organizacji wycieczka, to później się okazało, że to była jedna wielka
orgia i nic więcej".
"Geje trzymają się razem, jak każdy jest osobno"
Oczywiście, można przyjąć wykrętnie, że p. Majce-Rostek trafiła się
przypadkiem do badania najgorsza swołocz i znalazła się ona jakby w sytuacji
pechowego entomologa, który w wielkiej dżungli wlazł akurat na kopiec
leniwych mrówek. Niemniej, gdy czyta się podobne wyznania o stylu życia
homoseksualistów, ich obyczajach, a także o ich lekkoduchostwie i
demonstracyjnej wesołkowatości ("oni tacy są, żyją dniem dzisiejszym, są
bardziej tacy zwariowani"), trudno uznać przeciętnego homosia za okaz zdrowia
psychicznego. Podobnie poczynający sobie heteryk (tak nas homosie nazywają)
byłby zapewne szybko zdiagnozowany jako erotoman, człowiek o niedojrzałej
osobowości, mający problemy z własną tożsamością płciową i może nawet jako...
utajony homoś! Naturalnie, promiskuityzm występuje nierzadko także wśród
heteroseksualistów - nikt jednak nie walczy pod pstrokatymi sztandarami o
tolerancję dla "mniejszości" dziwek i dziwkarzy. To istotna różnica.
Samemu "środowisku" daleko przy tym do lansowanego ideału tolerancji. Tam też
istnieje dyskryminacja i wykluczenie, są homosie lepsi i gorsi. Gorsi to
przede wszystkim ci zmanierowani i wypindrzeni: "cioty" z dowcipów,
rozpoznawalne nawet dla heteryków, bo "te dupodajki to mają ruchy takie
ciotowskie, kobiece". Ale również geje starzy, na których patrzy się z
nieukrywaną niechęcią, a starzy to znaczy - po czterdziestce, bo kariera
wesołego homosia trwa krócej niż kariera baletnicy. Potem zostają już tylko
pi