Dodaj do ulubionych

Glupota prowincjonalnych wybrancow ludu

IP: 130.94.107.* 25.04.03, 19:01
Dworzec na peryferiach

Prywatni przewoźnicy muszą walczyć o ułatwienia dla
podróżnych. Przeciwnikiem jest władza samorządowa.
(INF. WŁ.) Podróżni w Miechowie mają teraz
komfortową sytuację, bo wsiadają i wysiadają w centrum
miasta. Samorządowcy chcą jednak zlikwidować ten
przystanek. Od trzech lat robią wszystko, aby
mieszkańcy korzystali z dworca autobusowego na
peryferiach.

Drewniane ławeczki ustawione na przystanku, który
ma być zlikwidowany, już od rana są zajęte przez
pasażerów. Helena Molenda z miejscowości Buk kilka
razy w tygodniu oczekuje tu na swój bus. Ta starsza
kobieta objuczona kilkoma różnymi pakunkami mówi, że
nie wyobraża sobie, żeby musiała chodzić z tym bagażem
na dworzec. Siedząca obok Janina Korcz z Charsznicy
argumentację władz Miechowa, które tłumaczą, że
likwidują przystanek w trosce o pasażerów, bo nie ma
tu np. szaletów i kierującego ruchem, uważa za
absurdalną.

- Szalety miejskie mamy naprzeciw, koło poczty, a
rozkład wisi tuż nad ławką. Poza tym, dlaczego władza
ma decydować o tym, co jest dla nas dobre?

Siedzący obok pasażerowie kiwają potakująco głową. -
Naszej władzy w głowie się przewróciło. Tu nie chodzi
o to, żeby pasażerowie mieli lepiej, tylko o to, żeby
pokazać prywatnym przewoźnikom, kto tu rządzi -
twierdzi Jan Michalski ze Słomnik.

- Jeszcze trzy lata temu nasze stosunki z władzą
były poprawne. Zaczęły się psuć od momentu, gdy
dworzec, należący niegdyś do PKS, został oddany w
dzierżawę Lidze Obrony Kraju - mówi Piotr Kwiecień,
właściciel firmy przewozowej, jednej z najstarszych na
tym terenie. Z jego słów wynika, że prywatni
przewoźnicy też brali udział w przetargu na dzierżawę
dworca, ale przegrali. Wybrano ofertę LOK.

- Dzierżawca postawił warunki finansowe, których
nie możemy przyjąć - kontynuuje Piotr Kwiecień. - Żąda
2,5 zł za każdy wjazd na plac. Nie zgodziliśmy się, bo
niektórzy z nas kilkanaście razy dziennie wjeżdżają do
Miechowa, a przy takich stawkach poszlibyśmy z
torbami. Dogadaliśmy się więc z małżeństwem
Korzeniowskich, którzy przed swoim sklepem przy ul.
Sobieskiego w centrum miasta mają wyasfaltowany
placyk. Ustawiliśmy tam ławeczki, wywiesiliśmy rozkład
jazdy i wszyscy są zadowoleni: i podróżni, i
właściciele sklepu, i my, bo płacimy kilkadziesiąt
razy mniej niż żądano od nas na dworcu. Władza nie
zostawiła nas jednak w spokoju. Zaczęła szukać dziury
w całym. I odtąd, zamiast rozwijać firmy, poprawiać
jakość obsługi, korespondujemy z urzędami: prosząc,
tłumacząc, wyjaśniając. Wiele razy próbowaliśmy pójść
na ugodę. Bo żaden z nas nie chce takiej walki. Ale na
wszystkie nasze propozycje zawsze była jedna
odpowiedź: porozmawiamy, kiedy zejdziecie na dworzec -
cytuje słowa miejscowych urzędników Piotr Kwiecień.

- Miechowskie władze, komplikując nam życie,
utrudniają je równocześnie pasażerom. Każda okazja
jest dla nich dobra, żeby ponowić próbę szantażu i
zmusić nas do korzystania z dworca - mówi Jan Nowak,
właściciel innej firmy przewozowej. Daje przykład
jednego z kolegów, który złożył w starostwie podanie o
uruchomienie dodatkowych kursów na swojej linii.
Janusz Skóra, naczelnik Wydziału Komunikacji, odpisał
mu, że warunkiem uzyskania zgody jest odjazd z dworca
autobusowego. Taką samą odpowiedź otrzymał sołtys z
gminy Gołcza, który kilka miesięcy później złożył w
starostwie petycję, podpisaną przez mieszkańców
swojego terenu, w sprawie uwzględnienia w rozkładzie
jazdy kursów w soboty i niedziele.

- Przecież mamy wolny rynek. Każdy z nas szuka
sposobów, żeby zdobyć klienta. Jednym z nich jest
dogodne dla pasażera miejsce odjazdu. Kilka lat temu
przystanek w centrum nie budził niczyich wątpliwości.
Do dzisiaj mam zgodę na korzystanie z tego placu,
podpisaną przez władze Miechowa. A były to te same
osoby, co obecnie. Ich zdanie w tej sprawie zmieniło
się z chwilą, gdy oddali dworzec w dzierżawę Lidze
Obrony Kraju. Wtedy postawiono nam takie warunki,
których nie możemy przyjąć. Chyba nigdzie nie ma
takiej sytuacji jak w Miechowie. Samorząd w Pińczowie
np. bez żadnych ceregieli wydzielił prywatnym
przewoźnikom specjalny pas przy dworcu. W innych
powiatach też


idą nam na rękę.
A w Miechowie musimy walczyć. Na szczęście mam
wiele kursów poza powiatem miechowskim, ale inni
przewoźnicy musieliby płacić za korzystanie z dworca
nawet 5 tys. zł miesięcznie - mówi Jan Nowak.

- Moja firma nie jest duża, a dochody z niej takie,
że wystarczają akurat na życie. Już nawet nie bardzo
jest co odłożyć. Gdybym zgodził się na warunki, jakie
stawia LOK, groziłaby mi plajta i niechybnie
poszedłbym na bezrobocie - mówi Józef Śliwa,
przewoźnik ze Słomnik.

Piotr Kwiecień w trakcie konfliktu nabawił się
nerwicy. Mówi, że długo szukano na niego haka. I w
końcu przyczepiono się do ławeczki z zadaszeniem,
którą postawił przy przystanku na kawałku własnego
gruntu przy ul. Warszawskiej. - Starałem się sprawę
załatwić urzędowo - opowiada Piotr Kwiecień. - Jednak
nie dostałem zezwolenia na tę niby-budowę. Dano mi do
zrozumienia, że mam się wynieść na dworzec.

- Koledzy poradzili, żeby postawić wiatę na
kółkach. Taki obiekt nie jest budowlą w świetle prawa.
Wtedy nasłano strażników miejskich. Tak długo szukali,
aż znaleźli cztery śruby z nakrętkami po obu stronach
obiektu, świadczące o prowadzonych w czasie
bezpośrednio przed oględzinami robotach polegających
na oddzieleniu obiektu wiaty od elementów stalowych
podłoża. Na tej podstawie powiatowy inspektor nadzoru
budowlanego wydał decyzję o rozbiórce wiaty, która
ponoć nie mieści się w planie zagospodarowania
przestrzennego miasta.

- W planach nie ma przystanku ani przy ul.
Sobieskiego, w centrum, ani przy ul. Warszawskiej.
Dlatego upieramy się, aby przewoźnicy korzystali z
dawnego dworca PKS. Robimy to


w trosce o pasażerów.
Na dworcu jest poczekalnia, szalety, informacja o
rozkładzie jazdy - argumentuje burmistrz Włodzimierz
Mielus. Na uwagę, że samorząd nie ma prawa zmuszać
przewoźników do korzystania wyłącznie z jednego
miejsca postoju, odpowiada, że w prawie są luki i
dlatego na rynku usług przewozowych robi się zwykła
partyzantka.

- Pan burmistrz zasłania się prawem. A jak
wytłumaczy fakt, że w tym samym czasie, gdy nasłał na
mnie inspektora nadzoru, który kazał mi rozebrać
wiatę, podpisał innemu przewoźnikowi - panu D.,
swojemu kuzynowi, zgodę na odjazdy z tego samego
miejsca. Tam, gdzie są grunty należące do gminy -
odbija piłeczkę Piotr Kwiecień.

- Podpisał pan? - twarz Włodzimierza Mielusa
zmienia się, gdy zadaję to pytanie.

- Podpisałem, ale tylko na rok. Poza tym, to nie
jest żaden mój krewny - tłumaczy się burmistrz.

- Jak to? Jednego przewoźnika pan stamtąd wygania,
a drugiemu zezwala na postój w tym samym miejscu? -
dociekam.

- Doniesiono nam, że pojazdy pana Kwietnia jeżdżą
przepełnione, więc trzeba było jakoś rozładować ten
ruch...

Pan D., jak się okazuje, bez trudu załatwił sobie
również korzystny dla siebie rozkład jazdy. Jego busy
odjeżdżają pięć minut przed należącymi do Piotra
Kwietnia, zabierając mu pasażerów, których od lat wozi
na tej linii. - Gdy próbowałem tłumaczyć naczelnikowi
Wydziału Komunikacji, że takie decyzje powodują
niepotrzebne zadrażnienia i konflikty między
przewoźnikami, zamiast odpowiedzi usłyszałem słowa: -
Może teraz wreszcie nauczy się pan szanować władzę -
relacjonuje Piotr Kwiecień.

Dowolne, bez udziału zainteresowanych, manewrowanie
rozkładem jazdy to jeden z zarzutów, jakie przewoźnicy
z Miechowa stawiają miejscowej władzy. Piotr Kwiecień
i Józef Śliwa, którym konsekwentnie odmawia ona prawa
do tzw. aktualizacji, czyli utrzymania rozkładu jazdy
w niezmienionej postaci, poskarżyli się do
Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Dwukrotnie
Obserwuj wątek
    • Gość: Analityk cd IP: *.gen.twtelecom.net 25.04.03, 19:06
      kolegium stwierdziło, że decyzja ta nie jest zgodna z
      prawem. W miechowskich urzędach nikt się tym jednak nie
      przejął.

      Janusz Skóra, naczelnik Wydziału Komunikacji
      Starostwa Powiatowego, uważa, że jeśli coś nie jest
      zabronione, to jest dozwolone. Taka jest jego odpowiedź
      na pytanie, dlaczego pozwala przewoźnikowi, który
      dopiero zaczyna obsługiwać daną linię, odjeżdżać pięć
      minut wcześniej niż ten, który jest na niej od lat.

      Władze Miechowa i powiatu szukają różnych sposobów,
      aby zmusić prywatnych przewoźników do korzystania z
      dworca. Niektóre przypominają kabaret. Np. ten, żeby
      wydać właścicielom placu, na którym jest przystanek,
      nakaz zerwania położonego tam sześć lat temu asfaltu.

      - Jesteśmy zdumieni tą decyzją, bo podwórko, gdzie
      położyliśmy asfalt, tworzy razem ze sklepem obszar, na
      którym prowadzimy działalność gospodarczą. Sześć lat
      temu uzyskaliśmy wszystkie zezwolenia na budowę sklepu i
      prowadzenie tam działalności handlowej. Nikt nie wymagał
      od nas odrębnego wniosku w sprawie asfaltu - mówi
      Jolanta Korzeniowska, współwłaścicielka placu.

      Marian Włosowicz, powiatowy inspektor nadzoru
      budowlanego, przyznaje, że wiata na kółkach należąca do
      Piotra Kwietnia i asfalt na placu państwa Korzeniowskich
      nie są najważniejszymi spośród 900 spraw, którymi
      zajmuje się ten urząd. Dlaczego zatem inspektorzy
      poświęcili im tyle czasu i energii? - Pan Kwiecień
      świadomie


      złamał prawo.
      Powiadomiło nas o tym Starostwo Powiatowe. A na
      utwardzenie placu też jest wymagana zgoda. Państwo
      Korzeniowscy jej nie mają. Dlatego wydałem decyzję, że
      muszą zerwać asfaltową nawierzchnię - odpowiada Marian
      Włosowicz.

      Przypominam mojemu rozmówcy, że asfalt na wspomnianym
      placu położono już sześć lat temu, gdy budowano tu
      sklep. Czy to możliwe, że wcześniej nikt go nie
      zauważył, mimo że plac znajduje się w centrum miasta,
      niedaleko od budynków, w których mieści się Urząd
      Nadzoru?

      - Zanim wydałem decyzję, próbowałem przemówić panu
      Korzeniowskiemu do serca i do umysłu; próbowałem go
      przekonać... no, wie pani, do czego - inspektor
      Włosowicz zawiesza na chwilę głos.

      - �do tego, żeby wyrzucił z placu przewoźników -
      kończę za niego ostatnie zdanie.

      - To pani powiedziała.

      Domyślam się, że ponieważ swój urząd sprawuje z woli
      starosty, niezręcznie byłoby mu mówić o pewnych sprawach
      do końca.

      Żeby zrozumieć upór miechowskich władz w sprawie
      dworca, trzeba się cofnąć ponad dwa lata wstecz. Pod
      koniec 2000 r. samorządowcy postanowili kupić dworzec
      autobusowy od syndyka masy upadłościowej tamtejszego
      PKS. Dlaczego zdecydowali się wydać kilkaset tysięcy
      złotych na tę akurat inwestycję? Włodzimierz Mielus
      pełniący również w tamtym okresie funkcję burmistrza
      twierdzi, że ulegli naciskom różnych grup miejscowej
      ludności. Plotka głosi, że do tego pomysłu przekonał
      samorządowców jeden z radnych, który prowadził w okolicy
      dworca działalność gospodarczą i bał się konkurencji. A
      trzeba dodać, że dworzec był już właściwie sprzedany, bo
      syndyk podpisał stosowną umowę z jednym z okolicznych
      przedsiębiorców, który chciał tam zbudować hurtownię.
      Władze Miechowa dopiero w tym momencie zdecydowały się
      skorzystać z przysługującego im prawa pierwokupu.

      Burmistrz utrzymuje, że zwlekano z kupnem, bo
      pierwotna cena była zbyt wysoka. Zareagowano dopiero
      wtedy, gdy urzędnicy dowiedzieli się, iż syndyk zamierza
      sprzedać dworzec przedsiębiorcy za cenę o połowę niższą,
      czyli za 300 tys. zł. - Ponieważ miasto nie mogło
      zajmować się prowadzeniem działalności gospodarczej,
      zorganizowaliśmy przetarg na dzierżawę dworca - opowiada
      Włodzimierz Mielus.

      Najlepszą ponoć ofertę przedstawiła Liga Obrony
      Kraju, która zobowiązała się wpłacać co miesiąc do
      budżetu gminy 6,5 tys. zł. Z wypełnieniem tego
      zobowiązania są jednak kłopoty, bo z dworca korzystają
      głównie kierowcy autobusów dalekobieżnych, a ponieważ
      nie ma ich zbyt wiele, LOK nie osiąga dochodów, o jakich
      marzył. W Miechowie mówi się, że kierownictwo LOK jest
      zaprzyjaźnione z miejscową władzą. I to ma być powód,
      dla którego postawiła ona sobie za


      punkt honoru
      zmuszenie prywatnych przewoźników do korzystania z tego
      miejsca, oczywiście, za sowitą opłatą.

      - Tak, znam dobrze kierownictwo LOK-u. Chodzę tam
      czasem na zebrania. Trudno, żeby było inaczej, gdy od
      lat mieszka się w jednym mieście - broni się przed tymi
      zarzutami burmistrz Włodzimierz Mielus. Nie ukrywa
      jednak, że wydzierżawiając dworzec, chciał pomóc tej
      organizacji poprawić swój byt.

      W siedzibie LOK-u bywa także Janusz Skóra, naczelnik
      Wydziału Komunikacji Starostwa Powiatowego. Gdy
      próbowałam się z nim spotkać tuż przed świętami,
      najlepiej poinformowana w rozkładzie dnia swojego
      kierownika urzędniczka tego wydziału powiedziała mi, że
      jej szef wizytuje... ośrodki LOK-u.

      Dobre stosunki z miejscową władzą prawdopodobnie nie
      pomogą tej organizacji utrzymać w swoich rękach dworca.
      Jak się nieoficjalnie dowiedziałam tuż przed
      opublikowaniem tego tekstu, dworzec zostanie niebawem
      wystawiony na sprzedaż. Cena wywoławcza - 336 tys. zł -
      nie zrekompensuje zapewne strat, jakie budżet miasta i
      gminy poniósł nabywając trzy lata temu ten obiekt. Być
      może pozwoli jednak uniknąć kolejnych. Podobno LOK ma
      chrapkę na to, aby przejąć teren dworca od miasta za
      symboliczną złotówkę.

      - To nie wchodzi w grę - ucina owe spekulacje
      gospodarz miasta i gminy, który podczas naszej kolejnej
      rozmowy potwierdził, że niebawem, podczas obrad Rady
      Miasta, zostanie poddana pod głosowanie uchwała w
      sprawie sprzedaży dworca. Przyznał również, że decyzja o
      kupnie obiektu od syndyka nie była


      przemyślana do końca.
      - Przewoźnicy powinni być zadowoleni, bo ten, kto
      kupi dworzec, nie będzie musiał ponosić kosztów
      dzierżawy, więc stać go będzie na obniżenie stawek -
      mówi Włodzimierz Mielus. Ale, w jego opinii, sytuacje
      konfliktowe wewnątrz tej grupy zawodowej nadal będą
      występowały, bo liczba przewoźników w regionie jest
      niewspółmiernie duża w stosunku do potrzeb. Burmistrz
      uważa, że w takiej sytuacji zawsze ktoś będzie się czuł
      pokrzywdzony.

      - W dobie wolnego rynku dobrze się boksuje, gdy ktoś
      trzeci pomaga. Oni chcą, żebyśmy pomagali raz jednemu,
      raz drugiemu, żebyśmy zawsze opowiedzieli się po którejś
      stronie. A potem jeden czy drugi oskarżają nas o
      kumoterstwo - konstatuje burmistrz Miechowa.

      - My nie chcemy, żeby nam ktokolwiek pomagał. Bo
      żaden z nas nie boi się walki konkurencyjnej. Byle tylko
      odbywała się zgodnie z pewnymi, z góry ustalonymi
      regułami. Najgorzej jest wtedy, gdy zamiast walczyć o
      klienta, musimy toczyć walkę z urzędem - odparowuje
      burmistrzowi Piotr Kwiecień.

      W gminach i powiatach Małopolski działa 1500 firm
      przewozowych. Miechów nie jest pod tym względem
      rekordzistą. Jednak choć w innych powiatach też zdarzają
      się zatargi pomiędzy przewoźnikami a władzą, to jednak
      nigdzie sytuacja nie jest tak napięta jak w Miechowie.
      Tę opinię podzielają zarówno Marek Dyszy, szef
      Małopolskiego Stowarzyszenia Przewoźników Osobowych, jak
      i Dariusz Tarnawski z Departamentu Gospodarki i
      Infrastruktury Urzędu Marszałkowskiego w Krakowie.

      - Ustawa prawo przewozowe nakłada na wójtów,
      burmistrzów, starostów obowiązek koordynacji i
      aktualizacji połączeń lokalnych, ale celem nadrzędnym
      takich działań winno być dobro mieszkańców - przypomina
      Dariusz Tarnawski.

      GraŻyna Starzak

      • Gość: Ed Re: cd IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 25.04.03, 19:11
        Scena wydarzeń trenowana w Olsztynie. Z glośnymi frazesami o wolnym rynku
        podejmuje się próby ustawienia klientów we właściwym miejscu z góry dokonując
        wyboru za nich. Śmieszne to, ale prawdziwe. mam nadzieję, że na śmiechu z nie
        do końca zreformowanych władz się skończy.
        • Gość: Analityk Re: cd IP: 209.234.166.* 25.04.03, 19:15
          Ludzie wybieraja do wladz skorumpowanych becwalow nawet
          w najmniejszych miejscowosciach, w ktorych wszyscy sie
          znaja. Czy Polacy nie maja rozumu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka