czwarta.rzeczpospolita
25.05.07, 19:50
W 2001 roku, po dwudziestu latach pobytu w USA, wraz z żoną skorzystalismy z
amerykańskiego przepisu pozwalającego nauczycielom akademickim raz na 7 lat
wziąc półpłatny roczny urlop, tzw., "sabbatical leave" - no i udalismy sie na
rok do Polski. Przyzwyczajeni do tego, ze w USA zycie bez konta w banku jest
absolutnie niemozliwe (choćby dlatego, że człowiek nie byłby w stanie
wykorzystać swojej pensji), zaraz po przyjeździe udaliśmy sie do "Citibank" w
Warszawie i dumnie oświadczyliśmy, że chcemy otowrzyć sobie konto. Na wieśc
jednak o tym, ze nie mamy ani stałego zameldowania, ani pracy w Polsce,
urzędnik popatrzył na nas tak, jakbyśmy przyszli z zamiarem obrabowania banku.
Papiery dowodzące, że mamy sporo pieniędzy na koncie w USA, stąła prace tamże
i rodzinny dochód roczny wyrazający sie szescicyfrowa liczbą $$, że żona w
Polsce będzie otrzymywac stypendium Fulbrighta, nie zrobiły na nim wrażenia.
Konta nie mogliśmy otworzyć i już! (z podobnych wzgledów nie mogliśmy załatwic
"zwykłego" telefonu komórkowego, musieliśmy używac takich "na karty").
Jedynie w Banku PekaO otworzonao nam konto w "dewizach". Ale było ono mało
przydatne do czegokolwiek. Po zniechęcających pierwszych doswiadczeniach z
otwarciem konta, żona zażyczyła sobie, by jej Fulbrighta wpłacano na konto w
USA. Sciagnanie pieniędzu stamtąd wiązało sie z prewnymi niewygodami, ale
przynajmniej człowiek miał spokój ducha i pewnosc, ze mu zadnego
nieoczekiwanego numeru nie wywiną.
No to przezyliśmy ten rok bez konta. Złotówki bralismy z bankomatu na nasze
amerykańskie karty, i było OK.
Wiec nie ma co wydziwiać na Premiera Kaczyńskiego i robic sobie z niego jaja.
Polska to nie USA, bez konta mozna doskonale żyć. Nie tylko menele mogą bez
konrta żyć, ale i normalna rodzina wykształciuchów, jak sprawdzilismy na
własnej skórze. Warto sie raczej cieszyc, bo zycie w skansenie to nie same
wady - takie życie ma także i swoje zalety.