lupus.lupus
18.08.03, 14:33
Poniżej bardzo ciekawa analiza Piotra Semki z dzisiejszej "Rzeczpospolitej":
"Reakcje na nieustającą kawalkadę afer związanych z politykami SLD są
zaskakująco banalne. Jedni publicyści powtarzają w kółko złudną tezę o
powielaniu przez Sojusz patologii AWS. Inni zaczynają negować znaczenie afer
albo ostrzegają, że mimo afer najgorszy Sojusz jest lepszy od prawicy.
Tymczasem bez zrozumienia, dlaczego SLD jest matecznikiem aferzystów, i bez
wyciągnięcia z tego wniosków patologie będą się rozwijać. Niegdyś Kisiel
definiował socjalizm jako ustrój, który bohatersko zwalcza cykliczne kryzysy,
które sam ze swej istoty wytwarza. Podobnie jest dziś z SLD, który na pokaz
bohatersko zwalcza kryzysy aferowe, które wynikają jednak z istoty tej
partii.
Warto więc wrócić do pytania, czy SLD to partia taka jak wszystkie.
Rytualne czyszczenie
Jak kiepski żart brzmią dziś hasła, że po szoku afery starachowickiej
wytworzy się nowe SLD.
Deklaracje woli oczyszczenia Sojuszu brzmią w ustach liderów jak czcze
zaklęcia. Minister Janik dziwnym trafem ogłosił czyszczenie kadr dopiero po
tym, jak dziennikarze "Rzeczpospolitej" zwrócili się od szefa MSW o
wyjaśnienie kazusu Janusza Ocipki, szefa gabinetu politycznego, który łamał
ustawę antykorupcyjną.
Trzeba było akcji prokuratury przeciw Długoszowi i Jagielle, by zlikwidować
opór świętokrzyskiej SLD przed zrobieniem porządku z tamtejszym baronem. Czy
Leszek Miller musiał sięgnąć po nacisk prokuratury, bo lokalny aparat stał
murem za Długoszem? Poprzednie fale odnowy w ekipie Millera każą bez złudzeń
obserwować obecny rytuał czyszczenia kadr rządu i SLD.
Najpierw cezurą zmian miała być sprawa Rywina, potem wyrzucenie Łapińskiego,
jeszcze później Kongres SLD. Teraz ma być nią afera starachowicka. Trudno
oprzeć się podejrzeniu, że gdy minie zainteresowanie aktualnymi skandalami,
wszystko wróci do normy. Aż do kolejnej medialnej sensacji.
Polityka kadrowa SLD to niekończący się festiwal kolesiowskiego poklepywania
po plecach na zmianę ze skandalami, po których wyznacza się głowy do ścięcia.
Jednego dnia Łapiński jest bohaterem Sojuszu, a następnego herold Millera
Marek Barański ogłasza na łamach "Trybuny": "Wyrzućcie go!". Mija jakiś czas
i tenże Barański rehabilituje na swoich łamach byłego ministra zdrowia, a
dziwnym trafem tego samego dnia prokuratura uwalnia mazowieckiego barona od
zarzutu napaści na fotoreportera "Newsweeka".
Miller doprowadza od zgody Sejmu na aresztowanie Jagiełły, ale okazuje się,
że jak na razie prokuratura na żadne aresztowania nie ma ochoty. Jeśli media
wyśledzą aferę i nie da się sprawy ukryć, Miller - by użyć uroczego
określenia Henryka Długosza - zrzuca niewygodnego towarzysza z sań.
Gdy media przestają bić w SLD jak w bęben, natychmiast powraca stara śpiewka
o domniemaniu niewinności i potrzebie obrony lewicy przed medialną nagonką.
- Dlaczego Jagiełło ma być aresztowany, skoro Lew Rywin jest na wolności? -
trafnie pytali posłowie SLD w czasie nocnego posiedzenia klubu w sprawie
uchylenia immunitetów świętokrzyskich posłów Sojuszu.
Dobre pytanie
Zagubionym posłom można odpowiedzieć pytaniem: Od kiedy w SLD zarzucono
podział na równych i równiejszych? Rywin jest niewinny, bo jego sprawa
dotyczy najważniejszych osób w państwa, a Długosz, mimo swojego statusu
barona, został ukarany za brak posłuszeństwa wobec centrali i uznany za
odpowiedniego dla pokazowej reakcji prokuratury.
Wewnątrzpartyjne starania o czystość politycznych obyczajów w SLD to syzyfowe
prace. Gdy stosuje się inne standardy dla Rywina, a inne dla Długosza, nikt w
Sojuszu nie bierze tych haseł na serio. Wszyscy nadal wierzą, że chodzi o to,
by nie dać się złapać, a dokładniej - by nie dać się wyśledzić mediom. Bo
jedyną siłą ujawniającą dziś nieprawości w polityce są dziennikarze. Nikt w
SLD nie wie, kogo media wezmą na cel. A ludzie, którzy nie rozumieją
przyczyny zagrożeń, szybko zaczynają je mitologizować. Stąd nienawistne
filipiki postkomunistów przeciw dziennikarzom śledczym, wewnątrzpartyjne
opowieści o kontrolowanych przeciekach do prasy.
Po raz pierwszy od wielu lat "właściciele III RP" znaleźli się wobec siły,
której nie kontrolują.
Czy afer z udziałem postkomunistów jest dziś więcej niż w latach 1993 - 1997?
Z pewnością w tamtym okresie politycy SdRP pamiętali jeszcze niedawne
odsunięcie od władzy i robili pewne rzeczy dyskretniej. Prezydentem był Lech
Wałęsa, a pierwszym sędzią Sądu Najwyższego - solidarnościowy Adam
Strzembosz.
Jeśli jednak coś zmieniło warunki działania SLD, to nastawienie doń mediów.
Pozytywną zmianą jest też postawa starachowickiej policji. To stamtąd wyszła
informacja o domniemanym przecieku od polityków SLD do kręgów przestępczych.
Śladem AWS?
Nie twierdzę, że AWS nie miał patologicznych polityków. Zwracam jednak uwagę,
że w wypadku SLD jest to inna jakość i inna skala aferowego "długiego
trwania".
Nawet wiceszef SLD Andrzej Celiński publicznie już wyraża zaniepokojenie
nadmierną aktywnością służb specjalnych w gospodarce. Większość tych tropów
wiedzie do układów z czasów PRL, co wyjaśnia np. kariery
takich "nieusuwalnych" jak Zdzisław Montkiewicz. Postkomunistyczne rodowody
grają też istotną rolę w lokalnych powiązaniach mafii ze światem polityki.
Wielu obecnych mafijnych bossów debiutowało w latach 80., gdy cinkciarstwo i
przemyt odbywały się pod kuratelą SB. Polowanka i ogniska postpeerelowskich
policjantów i prokuratorów z bandziorami to kontynuacja znajomości, które
wtedy się zaczęły. Jak można porównywać te sięgające ponad dekadę wstecz
powiązania z krótkim okresem rządów nietrwałego AWS, kiedy to istotnie część
jej polityków postanowiła popróbować, jakie bonusy przynosi władza?
Od 1989 roku skłócona prawica była u władzy raptem między grudniem 1990 roku
a wrześniem 1993 i w latach 1997 - 2001. W tym czasie dominacja
postkomunistów w biznesie była nieprzerwana. To samo dotyczy mediów. Straszne
rządy pampersów nad TVP, którymi straszy się dziś dzieci, trwały raptem nieco
ponad dwa lata, a błogostan starych towarzyszy na Woronicza od 1989 do dziś.
Czy tak trudno wyciągnąć z tego wnioski, kto dokonał realnego zawłaszczenia
życia polityczno-biznesowego w Polsce? W takich miastach jak Starachowice czy
Ostrowiec grupa trzymająca władzę rekrutowała się niemal wyłącznie z Sojuszu.
Opozycja, która powinna patrzeć SLD-owcom na ręce, albo nie istnieje, albo
jest na marginesie aparatu władzy.
O jakiej równowadze we wpływach SLD i prawicy można tu mówić?
Ciszej nad aferalną trumną
Ale nie żywotność chytrej tezy, iż SLD "tylko powiela błędy AWS", jest
najgroźniejsza. Powoli dochodzimy do sytuacji, w której afery stają się czymś
oczywistym i nie budzącym refleksji nad istotą SLD.
Oto komentator "Gazety Wyborczej" Marek Beylin pisze, że "morze afer
przesłoniło nam wszystko". Publicysta narzeka, iż na dalszy plan zeszły ważne
debaty o naprawieniu gospodarki czy o polityce unijnej. Beylin podkreśla, że
hałas wokół afer nie może zagłuszać innych problemów.
Nieco inną optykę przyjął na łamach "Rzeczpospolitej" Janusz Majcherek, który
ubolewa nad aferami, ale nadziei na zmianę sytuacji upatruje w cierpliwym
czekaniu na wewnętrzną przemianę w samym SLD. Przejęcie władzy przez prawicę,
w szczególności przez PiS, to lekarstwo, które w opinii Majcherka jest gorsze
od SLD-owskiej choroby.
Obie te opinie są smutnym dowodem coraz wyraźniej widocznego w obozie
liberalnym przekonania, że dominacja postkomunistów w polityce jest nie do
uniknięcia. Lęk przed prawicą stał się już takim dogmatem, że wszelkie próby
likwidacji państwa SLD wywołują gniewne reakcje. Gdy pół roku temu po wybuchu
sprawy Rywina Paweł Śpiewak sformułował tezę, że III Rzeczpospolita
wyczerpała wszystkie możliwości i kres wszechwładzy towarzystwa może
przynieść tylko nowa IV RP, to oskarżono go o chęć podpalenia Polski.