filipinska.zaraza.prezydenta
16.11.09, 00:03
Czy nie stało się przypadkiem tak, że wielkie wesele urządzane z ogromnym
rozmachem i przy dużym nakładzie finansowym - niewspółmiernym do swoich
możliwości - jest... obciachem?
Nie mówię tu już nawet o jakichś super luksusach - nowobogackie (albo niech i
będzie "starobogackie") wesela w zamkach z udziałem Feela czy Natalii
Kukulskiej (fanów przepraszam - to przykład) grających do kotleta, ale o
takich "średniej" klasy - zwykły lokal, 80-150 gości, tort weselny i tańce do
punkt 4.00 rano. Kredyt na to wzięty na kilka lat, bo przecież z "prezentów"
gości wesele nigdy się nie zwróci. Nie mówiąc o tym, że przeciętny Kowalski
niespecjalnie lubi tego typu fety, sztampowe do bólu.
Jest sens katować siebie i innych, przemieniać narzeczoną się w "przerażającą
pannę młodą" a narzeczonego w spiętego nerwusa, który zastanawia się, czy
dobrze wogóle zrobił, decydując się na ślub?
Co raz więcej młodych par rezygnuje z tej imprezy (moim subiektywnym zdaniem
słusznie), ale czy to tylko mnie się wydaje, że wesela zrobiły się obciachowe,
czy tak głęboko tkwią jako "norma" społeczna, że na decydujących się na cichy
ślub ludzie patrzą jak na raroga? A jeśli tak, to kiedy skończy się ta presja
otoczenia, by urządzać wesele z wielkim hukiem?