mazi27
16.02.04, 00:21
Mój mąż jest jedynakiem. Uwielbiany, chwalony i rozpieszczony. Spotkalismy
sie na studiach daleko od swoich rodzinnych domow. Pobralismy i
zamieszkalismy pietro pod jego rodzicami (mialo byc tak na jakis czas a potem
mielismy sie wyprowadzic do innego miasta). To byl haczyk. Teraz mieszkamy
ok. 2 km od jego rodzicow. Wyprowadzic sie moge gdzie indziej ale sama, bo
on "musi byc przy rodzicach". A moi rodzice? Nasze zycie i relacje od
poczatku wygladaja tak, ze poniewaz moi rodzice daleko mieszkaja to wedlug
męza i tesciow maja się zajac sami soba i wara im od naszego zycia. Natomiast
jego rodzice (głownie matka) decydowala jakie mieszkanie kupimy, jak je
urzadzimy, jak mamy spedzac czas, jak ja mam wygladac, itp itd. Non stop
telefony i wizyty. Wlazenie z butami do lozka i garnkow. Planowanie dzieci. O
wszystkim chciala decydowac. A moj maz? Jemu to bardzo odpowiadalo bo tak
bylo zawsze. Moj bunt i proba ulozenia samodzielnie malzenstwa skonczyla sie
moja depresja i ucieczka na rok do innego miasta. Wrocilam bo uleglam
obietnicom i sznatazowi. Sytuacja teraz wyglada tak jak wczensiej.On jest
uwielbiany przez rodzicow, chodzaca swietosc. Ja non stop krytykowana. Tylko
slysze ze te matki ktore maja wiecej niz jedno dziecko nie potrafia ich
wychowac i ich milosc jest czesciowa. Ze to co wynioslam ze domu rodzinnego
jest zle i glupie. Że wygladam i mysle zle. A to co robi ukochany syneczek to
wspaniale i dobre. Czlowiek bez wad. On sam tez tak o sobie mysli. Nie
zauwaza w sobie bledow, ktore popelnia kazdy czloweik. Nie probuje odciac
pepowiny i samodzielnie budowac zycia. Za taki stan rzeczy winie glownie jego
rodzicow. Ale jako dorosly czloweik powinien samodzielnie decydowac i myslec.
Ja mimo ze mam prawie 28 lat nie potrafilam sie zdecydowac na dzieci przez 4
lata malzenstwa, ze strachu przed tesciowa ktora nie pozwoli mi byc
samodzielnie matka i bedzie ingerowala we wszystko bo ona "wszsytko wie
najlepiej". Moj maz nie potrafi sie niczym dzielic i zyjemy kazdy sobie. Nie
ma wspolnych pieniedzy, wspolnych spraw,dzielenia sie soba nawzajem...
Dalismy sobie ostatnia szanse (miesiac proby) ale nic z tego ne wynika. Mam
tego dosyc ale brak mi sil zeby powiedziec koniec. A on mowi, ze ma kase i
jak zechce inna kobiete to kazda na niego poleci. W tym malzenstwie nauczylam
sie zyc jak jedynaczka - bez bratniej duszy, na wlasny rachunek. Ale smutno
isc samemu przez zycie.
Znam wielu jedynakow i wiem ze to jacy sa zalezy od sposobu wychowania,
wartosci wpajanych przez rodzicow, srodowiska. Sa rozni, jedni oddaliby
ostatnia koszule blizniemu i tacy ktorzy nie pomysla ze moze trzeba liczyc
sie z innymi. Gdybym lepiej poznala rodzicow meza i jego samego w zwyklym
zyciu pewnie dzis bylabym gdzie indziej i z kims innym. Sielskie zycie
studenta przyslonilo mi jego prawdziwy charakter. Ja tez mam swoje wady, ale
mam siostre, z ktora uczylam sie dzielic slodycze i zabawki, potem radosci i
smutki. Rodzice uczyli mnie zruzumienia innego czlowieka.
Eh, wiem ze sie uzalam ale komputer jak papier i wszystko przyjmie. A mi zle.
Gdybym wiedziala ze spotkam jeszcze kogos kto zechce dzielic ze mna zycie
takim jakie jest ze wszsytkimi jego dobrymi i zlymi stronami. Dzielic sie
soba....