maly.ksiaze
13.08.02, 07:22
Kilka dni temu GW opublikowala artykul Zofii
Milskiej-Wrzesinskiej pt. 'Zrozumiec homofoba', wkrotce
zas po nim dwie polemiki, jedna autorstwa Ireneusza
Krzeminskiego (Jak pozbyc sie; tych okropnych gejów?),
druga Katarzyny Bojarskiej-Nowaczyk (Cztery motywy dla
homofoba...). Do tego dochodzi setki wiadomosci
wyslanych w swiat badz to za posrednictwem portalu GW,
badz to przy pomocy serwisu USENET (po polsku: njusy).
Dyskusja okazuje sie byc interesujaca sama w sobie -
pokusilem sie zatem o jej skomentowanie.
Otoz odnosze niemile wrazenie, ze wielu zwolennikow
'tolerancji' dla homoseksualistow nie oczekuja nie
mniej niz absolutnego i pospiesznego spelnienia ich
postulatow. Oczywiscie, po rozsadnej dyskusji. Prosze
panstwa, to nie tak. Jesli uwazacie, poglady o ktorych
pisze pani Milska-Wrzesinska wyraza jedynie nieliczna
grupka zatwardzialych homofobow - faktycznie, nie ma o
czym dyskutowac. Trzeba po prostu zaproponowac Sejmowi
przeglosowanie wlasciwego prawa i - voila - stanie sie
swiatlosc. Uprzedzam jednak, ze 'reality check' moze
byc nieprzyjemny. Zatem, trzeba sie dogadac. Trzeba
tego i owego przekonac. Jako ewentualny kandydat do
przekonania wyznac musze - ripostami nie jestem
zachwycony.
Pan Krzeminski na przyklad. Pan Krzeminski napisal
artykul (skierowany - jak rozumiem - do czytelnikow GW,
a zatem i do mnie) w ktorym zarzuca pani Z. M-W... No
wlasnie, co on jej wlasciwie zarzuca? Nierzetelnosc
argumentacji? Troche tak. Co jeszcze? Hmmm... Chyba
tylko to, ze nie mysli, tak jak on. Bo przeciez cala
reszta tekstu, jego esencja, ze sie tak wyraze, to
retoryczne hocki-klocki. Z klocuszkow tych pan profesor
ustawia zrecznie scenke, w ktorej przeciwnik wyglada
jak zamordysta i swinia. Pogrywanie nieprzyjemnym
slowkiem 'pedal' dla zilustrowania, co naprawde mysli
interlokutorka (skad on to wiedzial, no skad?)
Ekstrapolacje, ze "W istocie bowiem jest ona
zwolenniczka, opinii, ze tych okropnych gejów trzeba
sie jakos pozbyc....", po czym natychmiastowe
przygwozdzenie przeciwnika 'obozami koncentracyjnymi' -
ladne, prawda. No coz, moim zdaniem to taka
publicystyczna pornografia. Bardzo bylbym zobowiazany,
gdyby nastepnym razem na lamach GW pan Krzeminski
wystapil w majtkach. W swoim komentarzu do tegoz
artykulu uzytkownik forum GW uzywajacy pseudonimu
'skela' powtorzyl za Napoleonem B.: 'Boze, chron mnie
od przyjaciol. Z wrogami poradze sobie sam." Gdybym byl
gejem, powtorzylbym za skela.
Eh, moze dajmy juz spokoj panu K. Po odcisnieciu
srodkow stylistycznych w tekscie nie ma juz nic, o czym
mozna pisac. Oprocz checi dania odporu, oczywiscie.
Odpowiedz pani Katarzyny Bojarskiej-Nowaczyk wydaje mi
sie lepszym materialem do dyskusji. To znaczy - o ile
jest to polemika do tego autoru Z. M-W, o ktorym mowa -
bo w tekscie dostepnym w internetowej wersji GW mowa o
artykule pt. "Co wolno gejom?". Skoro jednak tresc sie
zgadza, zaloze, ze to wlasnie ten. Wine proponuje jak
zwykle przypisac chochlikom.
M-W zarzuca 'homoseksualnym aktywistom' gloszenie
polprawd - i jako przyklad podaje forsowanie teorii o
genetycznym pochodzeniu homoseksualizmu. Mowi troszke o
innych mozliwych przyczynach, splycajac sprawe do
granic przyzwoitosci, by nastepnie przeskoczyc nad
tematem i dalej sprawe omawiac juz tak, jakby przyczyny
byly przede wszystkim srodowiskowe. Oj, nieladnie! B-N
oczywisce wytyka te niescislosci (brawo! - przy okazji,
z moich wspomnien ze wspolpracy z psychologami rowniez
wynika, ze rozroznienie pomiedzy 'correlation' a
'causality' czasem im umyka) - i tu nastepuje dla mnie
smaczek tej dyskusji, to, co sprawilo, ze - czytajac
artykul M-W - pomyslalem sobie 'cos w tym jest'!
Otoz uswiadomilem sobie, ze od wielu lat nie czytalem w
zadnych materialach dla szerokiej publiki (a do takiej
sie w tym temacie zaliczam) *niczego*, co
kwestionowaloby teorie o genetycznym podlozu
homoseksualizmu. Nic, zupelnie nic, poza wykpiwaniem
teorii jeszcze starszych. Zalozylem zatem, ze to
prawda. A przeciez tak naprawde odpowiedz brzmi - 'nie
wiadomo'. Czyzbym, z przeproszeniem, dal sie wykiwac?
B-N zwraca uwage na znaczenie argumentu o podlozu
homoseksualizmu dla jednej i drugiej strony. Bo
przeciez, pisze, jesli przyczyny srodowiskowe, to mozna
leczyc - zatem to choroba - punkt dla homofobow. Tak
mysla ci paskudnicy! Niesmialo dorzuce, ze druga strona
tez gra w tego samego ping-ponga: to genetyka - nie ma
wyboru - to mniejszosc, wymagajaca ochrony - punkt dla
homofilow.
Zastanawiam sie, jakie wogole znaczenie ma ten
argument. Czy genetyczne, czy srodowiskowe, czy
rozwojowe, czy tez przyczynowy koktajl? Jakie ma to
znaczenie dla podejmowania prob leczenia, jakie ma to
znaczenie dla prawa? Tu dodam, ze wzdragam sie na sama
mysl o leczeniu homoseksualizmu w oparciu li tylko o
nieudowodnione teorie. Moze jestem emocjonalnie
nastawiony, ale pozostaje to dla mnie pomyslem z tej
samej kategorii, co leczenie autystycznych dzieci
(jedna z teorii glosila: przyczyny srodowiskowe -
nieczuli rodzice) porzez odbieranie ich rodzicom i
oddawanie ich do bardziej czulych rodzin. Ilez trzeba
zadufania, aby taka terapie wogole zaproponowac!
Jesli mowa natomiast o pomysle rejestrowanego w USC
konkubinatu homoseksualnego - naprawde nie potrafie
dojrzec w tym nic zlego. Nawet, gdyby homoseksualizmu
nabywalo sie poprzez ugryziemie wampira. Bo przeciez
argument o tym, ze panstwo wspiera rodziny, bo sa
naturalne, jest chybiony. Zaleznie od punktu widzenia
mozemy powiedziec, ze panstwo wspiera rodziny albo
dlatego, ze sobie tego obywatele zycza, albo dlatego,
ze rodziny stabilizuja panstwo. W pierwszym przypadku -
no coz, wystarczy zatem, ze zazyczymy sobie czegos
innego - i juz. W przypadku drugim - panstwo nie
wspiera rodzin, dlatego, ze heteroseksualny seks jest
taki fajny (chociaz jest). Wspiera dlatego, ze rodziny
z dziecmi maja sklonnosci do takich zachowan, ktore
stabilizuja Panstwo. Skoro jednak juz przystalismy na
to, ze niektorzy dzieci miec nie chca, coz szkodzi tych
dodatkowych kilka promili monogamicznych
homoseksualistow, ktorzy tez dzieci miec nie ... chca.
Skoro zatem koszt jest niewielki, dlaczego nie?
Wroce jeszcze do tekstu B-N, bo nie jest tak slodko,
jak to moze wygladac. Wezmy fragmencik o starszych
panach, ktorzy wszyscy, gdyby mogli, to by z
dwudziestolatkami ... ten, tego, sami wiecie.
Zastanawiam sie, jak to jest, ze ktos gotow jest takie
pierdoly jak wymienione powyzej frazy podpisac wlasnym
nazwiskiem - i dac do opublikowania w gazecie o zasiegu
ogolnopolskim. Na dodatek mamy jeszcze poped glodu i
pragnienia. Smierci, przybywaj!
Przy lekturze artykulu M-W musialem sie pilnowac, aby
gladkosc stylu nie przeszkadzala mi w rozumieniu
tekstu. U pani B-N odwrotnie, musialem pokonac silne
uczucie zazenowania, aby moc przyswajac tresc!
Aha, na marginesie. Mnie tez zraza poglad, ze "kazda
orientacja seksualna jest równie dobra...". Jakie jest
bowiem kryterium tej dobroci? I co teraz?
Pozdrawiam,
mk.
PS. Przepraszam za brak polskich znakow.