alberto4
31.10.05, 15:22
<b>Szanowny Panie Alberto. Dobrze Pan pisze w linku: POLITYKA na swej
stronie - alberto.pl. To, że tonący brzytwy się chwyta, jest odruchem tyleż
naturalnym co w najwyższym stopniu desperackim i niech go stosują
tonący...</b>
Choć do zwycięstwa parlamentarnego ludzi zgrupowanych w partii o opcji
antyklerykalnej jest jeszcze daleko, pańskie nawoływanie do szukania aliansów
politycznych z SLD i SdPl wydaje mi się za wczesne. Nie możemy poddawać się
narodowej amnezji i zapominać o "dokonaniach" obydwu partii na niwie
klerykalizacji, katechizacji, i innych -acji, w jakich z ich poręki III R-
Parafialna obecnie piszczy, skapelanizowana od szaletu do przyszpitalnej
kostnicy! Uważam, że problemem wymienionych ugrupowań nie jest brak w ich
szeregach rodzimych antyklerykałów, ale nadmiar wśród nich zdeklarowanych
klerykałów! Dopóki obydwa ugrupowania nie oczyszczą szeregów z lewicowych
maruderów i klownów, klerykalnych agentów, antyklerykalnych oportunistów,
malkontentów i jawnych kunktatorów o ministranckim rodowodzie, nic dobrego z
aliansów z nimi wyniknąć nie może; co najwyżej siedzący cicho w tych
wodzowskich partiach antyklerykalny rdzeń rozmyje się w kolejnych,
immanentnych dla tych ugrupowań katobłazenadach... Raz nabyte nosicielstwo
śmiertelnego wirusa na zawsze niweczy wisiłek dawcy zdrowego organu, zaś jego
ofiarność ulega zmarnotrawieniu, bo prędzej czy później zdrowy organ zostaje
zainfekowany i skazany na śmierć wraz z chorym biorcą... Dlatego należy się
głęboko zastanowić nad każdym posunięciem prowadzącym do jakichkolwiek
koalicji z ugrupowaniami od kilkunastu lat zakażonymi swoistym wirusem
gorączki krwotocznej klerykalizmu, wyrażającej się bewstydnym włazidupstwem,
kolankowaniem, i - co w tym wszystkim najgorsze - masywnym "krwawieniem
budżetowym" na rzecz Krk! Niech się najpierw oczyszczą z trądu, potem wykażą
w działaniu że zdrowymi są a my - antyklerykałowie - przyjmiemy ich i
zasiądziemy z nimi przy jednym stole. Właśnie tak, w tej kolejności i
hierarchi - nie oni nas, a my ich, po chorobie dla ozdrowieńców ciężkiej, a
dla lewicowców śmiertelnej.<i>Non possumus</i>! dla dotychczasowych
klerykalnych, rozplenionych w tym towarzystwie praktyk - powinno być hasłem
naczelnym, warunkiem progowym płodności podjętych wzajemnych stosunków.
Dopóki partner który się nam podoba jest chory - a w przypadku SLD-SdPl jest
on bardzo chory - należy się wstrzymać od "pożycia" i "stosunków wzajemnych"
bez zabezpieczenia. Flirt jest zawsze możliwy i wskazany, choćby po to, by
się wzajemnie poznać w celu ewentualnego sfinalizowania związku z
lewicowymi "dziewicami z odzysku"... Dziwne to i zapewne tylko w polityce
dopuszczalne, że chociaż SLD-SdPl łajdaczyły się (wszak to do niedawna
było "jedno ciało"!)bez umiaru z każdym niemal partnerem, a z "sukienkowymi"
w szczególności, my - do tej pory niepokalani antyklerykałowie - dopuszczamy
w ogóle możliwość zawarcia z tymi łajdaczkami trwałego czy jakiegokolwiek
związku. Niestety, polska scena polityczna jest zbyt ciasna i jałowa, i -
<i>o tempora, o mores</i>! - wszystko wskazuje na to, że partia
antyklerykalna skazana jest - niczym jeden ze starotestamentowych proroków -
na mariaż z jedną ze starych kurew po liftingu... lub z obiema naraz!
Aby "przekazać geny potomności", naprawdę musimy to robić z zużytymi
kurtynazami polskiej sceny i jej mrocznych kulis, gdzie dawała dupy na prawo
i lewo komu popadnie? Panie Albercie. Czy zamiast liczyć na wątpliwe
uzdrowienie struktur pernamętnie zakażonych, nie lepiej, oczywiście z dużą
ostrożnością, działaniami prozelickimi doprowadzić do migracji ich
członkowskich, antyklerykalnych mas do partii antyklerykalnej? Jestem pewien,
że wśród członków obydwu ugrupowań - dziś, niestety, quasi-lewicowych - w
matni własnego kunktatorstwa uwięziony jest dość duży, sfrustowany elektorat
ludzi niezadowolonych z dotychczasowego "dorobku" SLD. Wczoraj oderwanego od
SLD SdPl-u nic oprucz deklaracji nie oczyszcza z odium ich przedwczorajszych,
wspólnych dokonań na niwie tracenia lewicowej wyrazistości dokonań, które
doprowadziły do secesji w łonie największej lewicowej partii III RP! Utrata
wiarygodności poprzez świadome odejście od pryncypiów, od lewicowej
wyrazistości to klęska lewicy na jej własne życzenie. Dotychczasowe partie
lewicowe w Polsce były zawsze partiami wodzowskimi - ze wszystkimi
konsekwencjami tego stanu rzeczy... Jeśli ministrantura wodza SLD, choćby L.
Milera rzucała się mu na stare lata na rozum, to z powodzeniem - przy
milczącej akceptacji dołów pełnych podobnych mu neofiutów - robił wszystko by
właśnie taki, czyli ministrancko-klerykalny, był wizerunek polityczny całej
partii. Nie sądzę, żeby obciążony (również) ministrancką przeszłością
Olejniczak miał być lepszym od niego przywódcą, że nie wspomnę o SdPl, ustami
Marka Borowskiego na starcie deklarującej pakt o nieagresji w stosunku do
wszelkich "zdobyczy" Krk!!! W żadnej publicznej dyspucie nie słyszałem, by
ktokolwiek z dyskutantów pośród mnogości zarzutów wymienił zgniliznę
klerykalizmu szerzącego się w strukturach centralnych czy terenowych niczym
grzybica stóp i niszczącego wiarygodność SLD... Obawiam się, że w to tlące
się wewnętrznym płomieniem pogorzelisko nie warto ani inwestować, ani go
gasić, ani tym bardziej wchodzić na zajęty przezeń teren i ryzykować wpadkę
do jego licznych podziemnych, rozżarzonych komór... Trzeba zostawić je na
pastwę czasu; niech się wypali do końca... jego końca! A resztkom cennego,
antyklerykalnego "torfu", partia antyklerykalna może podać pomocną szuflę i
wykopać, ale nie wcześniej aż on sam z własnej, oburzonej woli nie wyciągnie
korzonków z bagna i nie kopnie w ruw partyjnych pokładów, w których do tej
pory wzrastał i kunktatorsko zalegał!
L.B.B.