real_roody
27.12.05, 16:41
Opróżniając skrzynką pocztową z korespondencji znalazłem list z administracji
spółdzielni wzywający mnie do stawiennictwa w jej siedzibie w celu złożenia
wyjaśnień dotyczących mojego zachowania. Z treści listu wynika, że moi
sąsiedzi notorycznie się na mnie skarżą... Wszystko zaczęło się dwa lata temu,
kiedy moi rodzice za ciężko uciułane pieniądze wykupili mieszkanie z wtórnego
rynku w wieżowcu w Gdańsku. Budynek jest ponad czterdziestoletni, ale
mieszkanie ma świetny rozkład i podobało się nam najbardziej ze wszystkich. Po
zakupie mieszkania adaptacja zajęła nam jakieś pół roku i wreszcie się
wprowadziłem. I wtedy się zaczęło... "Kadrę" budynku stanowią głównie ludzie
starsi. Poprzedni lokatorzy mieszkali w bloku ponad czterdzieści lat, ale
wybudowali sobie domek na obrzeżach Gdyni i postanowili się wyprowadzić.
Pierwszy szok przeżyłem gdy zobaczyłem drzwi mieszkającej vis a vis mnie
sąsiadki. Wyglądają jak śluza do schronu przeciwatomowego. Blokowisko na
którym mieszkałem z rodzicami było ogromne, a jednak większość osób dobrze się
znała. Sąsiedzi bardzo mnie lubili, uważali za uprzejmego i uczynnego faceta.
Podejrzewałem, że na nowym miejscu będzie trochę inaczej, bo nowi sąsiedzi nie
będą mnie przecież znali od dziecka, ale nie spodziewałem się, że na "dzień
dobry" zostanę wyrzucony na margines i będę wytykany palcami. Jak już
powiedziałem, większość osób w bloku to emeryci, często samotni, nie
oddalający się od budynku dalej niż do pobliskiego sklepu. Mieszkają za
pancernymi drzwiami zabrykadowani dziesiątkami zamków, sztab, zasuw i
łańcuchów. Najszybciej zaprzyjaźniłem się z sąsiadką z naprzeciwka. Pani Maria
jak na swój wiek (mocno po 80) zachowała niesamowitą wręcz trzeźwość umysłu,
humor i zrozumienie. Do pewnego momentu pozostawała mediatorem między mną, a
ludźmi którzy mieszkają nade mną i pode mną. Razem z żoną spędziliśmy wiele
wieczorów słuchając opowieści Pani Marii, która w młodości była działaczką AK,
a po wojnie pracowała przez prawie 30 lat w Oliwskim ZOO i zajmowała się
dzikimi zwierzętami. Jakieś pół roku temu Pani Maria dostała wylewu. W tej
chwili jest prawie całkowicie spraliżowana i nie mówi. Od tej pory jestem na
pastwie sąsiadów. Jestem totalnie przez nich zdemonizowany. Mam wrażenie, że
staruszce, która mieszka piętro niżej przeszkadza wszystko co robię. Kobieta
chyba cały wolny czas spędza na pisaniu donosów do administracji. Próbowałem
kilkakrotnie z nią rozmawiać, ale Ona twierdzi, że zachowujemy się za głośno.
Chciałbym tu dodać, że jestem raczej domatorem. Nie jestem pracoholikiem, ale
prawda jest taka, że w pracy spędzam bardzo dużo czasu. W biurze pracuję w
ciągu tygodnia po około 50 godzin (z czego trzy dni w tygodniu mam 12 godzinne
zmiany), natomiast nocą pracuję przy komputerze. Sypiam po 4-6 godzin. Wynika
to chociażby z faktu, że po przyjściu z pracy chciałbym porozmawiać z żoną,
obejrzeć film, czy zagrać z nią w szachy. Kobiecie z dołu przeszkadza
absolutnie WSZYSTKO! Któregoś dnia babka zaczęła tłuc w kaloryfer, bo za
głośno mieszałem herbatę w metalowym kubku. Zresztą walenie w kaloryfer słyszę
także w trakcie wstawania od stołu (szuranie taboretem?), gry w szachy (tak,
tak wśród moich znajomych krążą już o tym anegdoty!). O głośniejszych
rozmowach w ogóle nie wspomnę. Dodatkowo moich sąsiadów denerwuje fakt, że mam
w domu zwierzęta. Pewnie pomyślicie, że mam na tym punkcie pier**lca. Ale w
mieszkaniu mam dwa psy i dwa koty. Koty są wysterylizowane, więc nie śmierdzą.
A psy są w miarę ułożone. Nie rzucają się na nikogo, nikogo nie pogryzły, na
spacer chodzą w kagańcach i na smyczy. Nie załatwiają sie na klatce schodowej
ani pod blokiem. Ponieważ mam wilczura i wyżła - potrzebują ruchu i mają go
zapewnionego w nadmiarze. Dzięki Bogu w okolicy jest mnóstwo lasów, kilka
opuszczonych boisk (takich z trawą po pas), a nawet jeden mało uczęszczany
park. Żona nie pracuje, psy są wybiegane. Nie biegają po mieszkaniu i nie
hałasują. My nie pijemy przemysłowych ilości alkoholu. "Zabaw hucznych nie
urządzamy". I Kurde mógłbym tak jeszcze długo pisać co robię i co uważam za
znośne i normalne. Szczerze mam sobie niewiele do zarzucenia! Jestem zawsze
miły, mówię wszystkim "dzień dobry!". Z punktu prawa też wszystko jest OK! Ale
dla dużej części lokatorów jestem uosobieniem ZŁA! Cholernym Demonem! A tak
naprawdę to mam wrażenie, że moim jedynym błędem, czy raczej problemem jest
to, że nie jestem 75 letnim seniorem, który mieszka tam od 1945r, a po
przyjściu z kościoła pozwala żonie obejrzeć M jak Miłość, Klan, Plebanię, Na
dobre i na złe, Na wspólnej i dodatkowo cały dzienny repertuar kanału
Romantica. Po czym dłubie w nosie, pyta co dziś ciekawego widziała w ze
stanowiska obserwacyjnego w oknie. Zmawia paciorek i o 21.00 grzecznie
kładzie się do łóżeczka. W tym tygodniu idę do adminitracji "złożyć
wyjaśnienia" szanuję osoby starsze, ale w tej sytuacji będę musiał na nie
"najeżdżać". Nie wiem, jak zostanie to odebrane. Nie wiem co mi grozi, jeśli
donosy będą się powtarzać. Po raz pierwszy w życiu rozumiem tak naprawdę
znaczenie powiedzenia "Nec Hercules contra plures". Co mam zrobić?