Gość: MPi
IP: *.vanessa.com.pl / 192.168.1.*
28.02.03, 10:25
Była raz u mnie znajoma mojego znajomego. Tak ot, pogadać, chyba o niczym.
Opowiedziałam jej więc o kilku fajnych filmach, które ostatnio widziałam.
Słuchała w skupieniu a na koniec zapytała dlaczego właściwie jej o tym mówię.
Dlaczego jej o tym mówię? Coż za głupie pytanie, jak to dlaczego, po prostu,
jeśli będziesz miała okazję zobaczyć te filmy, to je zobacz, bo są warte
obejrzenia. Dlatego. Wiesz, ja chyba jestem schizofreniczką – brzmiała jej
odpowiedź. Czy ktoś może sobie wyobrazić jak bardzo się wkurzyłam? Znam tę
dziewczynę od kilku lat, nie za dobrze, przyznaję, ale znam ją na tyle by
mieć pewność, że daleko jej do schizofreniczki lub jakiejkolwiek innej chorej
psychicznie. Skąd wiem? I o tym właśnie mam zamiar swe rozważania poszerzyć.
Ano dlatego, że po pierwsze niestety znam dwie osoby, które na tę chorobę
zapadły. Jedną z nich był mój najlepszy, naprawdę, najlepszy jakiego
kiedykolwiek mogłam mieć, przyjaciel. Jego zdjęcie wisi na ścianie u mnie w
pokoju. I ona dobrze wiedziała jaka wiąże się z tym zdjęciem historia,
wiedziała, bo mój znajomy jej opowiedział. Po drugie, jest coś takiego w
ludziach, chyba w każdym z nas, że mamy jakieś dziwne, nieuzasadnione lęki,
fobie, np. lęk wysokości, czy klaustrofobie. Moja ciotka np. panicznie boi
się, że pogrzebią ją żywcem, i to boi się do tego stopnia, że w każdej
torebce, w domu i w pracy ma oświadczenie, że chce by ją po śmierci spalono,
bez tego oświadczenia podobno nie robią kremacji. Mój znajomy z kolei, ten
właśnie, który jej opowiedział historię o moim przyjacielu ze ściany, boi
się, że ulegnie wypadkowi, w którym straci możliwość jakiegokolwiek
poruszania jakąkolwiek częścią ciała. Widział nawet jakiś film dokumentalny o
tym jak pewien znany, amerykański biznesmen leżał w łóżku i mógł mrugać jedną
tylko powieką. Większość w takiej sytuacji być może wolałaby nie żyć, ale
nawet zabić się nie mogą. Moim zaś lękiem od zawsze był strach przed chorobą
psychiczną właśnie. I tu dodać muszę, że mam tendencję do filozofowania, do
tego stopnia, że będąc w liceum jeszcze, rozczytywałam się w różnych
rozprawach etycznych, później chodziłam na swoje i innej grupy wykłady z
filozofii. Ale przed tymi wykładami, kiedy jeszcze nie wiedziałam jak się do
tej filozofii zabrać, czytałam różne rzeczy: od Froyda przez Nietzchego do
Junga. Wiedziałam, że tej literatury jest mnóstwo, ale nie wiedziałam co
lepsze od drugiego, wzięłam więc coś w stylu leksykonu filozofów, w którym
znalazłam biografie i najważniejsze dokonania poszczególnych pisarzy. Wtedy
po raz pierwszy przeraziłam się nie na żarty, gdyż okazało się, że ponad
połowa z nich (chyba, aż tak nie liczyłam) popełniła samobójstwo lub też
właśnie zapadła na różnego rodzaju depresje, załamania i choroby psychiczne.
Od razu wyjaśnić muszę, że miałam wtedy ok. 14 – 15 lat i za sobą prawie
doskonałą próbę samobójczą. Dodam też, że zdaję sobię sprawę z tego, że dla
wielu ludzi to nic takiego, taką mieli jazdę panowie oświeceni a poza tym
pewnie nie powinnam się z nimi równać. Ale tym co dla mnie było istotne, to
nie to, że oni opanowali jakieś systemy i teorie ale to, że mieli ku temu
predyspozycje, takie właśnie jak ja. To tak jak np. ze śpiewaniem, wielu z
nas śpiewać potrafi i wielu nie. Z tych co potrafią niewielu swój talent
rozwija, ale nikogo nie dziwi, że inni mogliby też.
W każdym razie naprawdę mnie to przeraziło (do tego stopnia, że miałam w
pokoju kilkanaście luster, bym mogła w nich obserwować czy nie wyglądam lub
czy nie zachowuję się jakoś dziwnie). I to z kolei też był powód by
podejrzewać, że zachowuję się conajmniej dziwne. Z tej analizy, która
pogłębiała się coraz to bardziej wyrwał mnie fakt, że ów właśnie przyjaciel,
który zawsze był inny od wszytkich zaczął jakby przesadzać. W budziakach
szukał podsłuchów, albo zjawiał się u mnie o 3 nad ranem mówiąc coś o
amerykaninach w pociągu i jakimś geju – profesorze z wrocławia. Wtedy jeszcze
niczego nie podejrzewałam, ba! Nawet do głowy mi nie przyszło, że to
schizofrenia. Aż wylądował w szpitalu.
Wtedy jakoś z czasem się uspokoiłam, choć bardzo mnie bolało, że go
straciłam. Co prawda spotykamy się do dziś, ale on jest zupełnie innym
człowiekiem, i rozmawiając z nim jeszcze bardziej chcę by wrócił tamtem). Ale
wtedy właśnie pomyślałam, że ten lęk był przeczuciem, ale nie chodziło o mnie
( o ja egoistyczna), ale o najważniejszą dla mnie osobę.
Czas mijał, dziś dalej boję się, że to mnie dopadnie, trochę też dlatego, że
tworze obrazy i słowa, co znaczy, że piszę, troszkę rysuję, fotografuję i
robię filmy. I wszystkie te moje dzieła są odzwierciedleniem rzeczywistości
(takiej jak ją postrzegam), a więc bywa, że jabłka są jabłkami, ale są
truskawki, które truskawek wcale nie przypominają i są też ludzie do ludzi
nie podobni wcale (a może to ludzie właśnie). I jest też film, pierwszy,
któremu tyle czasu poświęcam, do którego jako jedynego piszę scenariusz,
obmyślam ruch kamery, ustawienia świateł i inne tego rodzaju zależności. A
film ten sam w sobie jest snem, jest zapsem umysłu troszkę takiego
surrealistycznego, pozbawionego więzów logiki i racjonalności, a przy tym nie
pozbawionego sensu.
Czy jestem schizofreniczką? Czy mam ku temu jakiś zadatki? Być może, nie
analizuje już tego, bo to nie ma sensu. Trudno się w ty odnaleźć, a myślenie
o tym z pewnością od tych myśli mnie ine uwolni.
I nagle dzieczyna, która jest typową kopistą przychodzi do mnie i mówi mi, że
jest schizofreniczką?
Chiałabym jej powiedzieć, że jest niedojrzała, że nie wie o co jej chodzi. Że
kiedy zobaczyła malarza, wzięla pędzel i też chciała być artystą, że kiedy
zobaczyła poetę, zaczęła pisać wiersze, że kiedy poznała aktora, chciała
grać. Chciałam jej powiedzieć, że nie tędy droga. Że, owszem każdy ma prawo
tworzyć i rozwijać talent, ale ma to sens tylko wtedy, jeśli potrzeba
tworzenia wypływa z głębi nas samych. Owszem, bywa, że czasem nie zdajemy
sobie sprawy, że moglibyśmy np. malować, czy śpiewać, bo nigdy tego nie
robiliśmy i nawet nie przyszło nam do głowy, że potrafimy (sama
nawet „nauczyłam" malować jednego kolegę) i że sprawia nam to tworzenie
przyjemność. Ale gdzie ona jest w tym wszystkim? Ona sama? Gdyby tylko
odrzuciła te wzorce innych, którzy jej imponują, a odnalazła siebie w sobie
samej, o wiele wartościowsza byłaby jej praca i jej twórczość, bo byłaby
prawdziwa, bo pochodziłaby z autentycznego środka jej samej. Bo byłaby
prawdziwa.
„Chyba jestem schizofreniczką" - Czy powiedziała mi to, bo zobaczyła
schizofrenika? To teraz w modzie są schizofrenicy? Jak mogłam powiedzieć to
wszystko komuś, kto kopiuje schizofrników? Nikt nie dał mi tego prawa. Nikt
mi go nie dał, ale świadomość mnie skusiła.
Nikt nie znosi cienia. Nie ona jedna jedna jest kopistką. Ci co wiedzą to
wiedzą. Wiedzą o czym mówię.