Pojechaliśmy na zaproszenie naszych przyjaciół na spływ dwiema rzekami wymienionymi w tytule.
Do przejechania było 160 km w niezłym upale. Późnym popołudniem czekało na nas pole biwakowe. Na ciepło kiełbaski i kaszanka. Napoje we własnym zakresie. Czernica płytka i wąska tuz za namiotami.
Starzy kajakowicze zaopatrzeni w samo nadmuchujące się materace nie miała kłopotu aby się po północy ułożyć - nowi dmuchali aż miło popatrzeć.
Zaczynaliśmy od Sporysza.
Wypłynęliśmy około 10 cień gęsto zarastających drzew na brzegu rzeki cieszył z dwóch powodów

.
Po dwustu metrach zaczęły się zakręty i pierwsze zwalone drzewa. Wiadomo - jak drzewo leży w rzece albo się je omija, albo podpływa pod nie chowając się całkowicie w kajaku albo trzeba wejść do wody i kajak przenieść górą.
Przyznaję najbardziej podobało mi się wchodzenie do wody, chwytanie za dziób i przeciąganie poza przeszkodę. Rzeka co i rusz bardziej kręta, drzew co raz więcej a do przepłynięcia na początek 4 km i na popasie łosoś po komandorsku. Nikt nie zauważył znaków informacyjnych i popłynęliśmy 3 km dalej. Na rybkę wracaliśmy droga ale tylko 1 km. Przed nami było jeszcze 17 km.
Spokojnie. Przeszkoda za przeszkodą a to rzeka taka płytka, że ciągniemy kajaki po łachach albo kamieniach albo pozwalane pnie tuż pod woda i trzeba machać wiosłami z całej siły by prześliznąć się po przeszkodzie. Były takie miejsca, że nie warto było wchodzić do kajaka bo było kilkanaście metrów dalej widać kolejna przeszkodę.
Byli naturalnie i tak ambitni, że machali wiosłami. Byłam za leniwa. W moim wieku?

Na stanicę dotarliśmy już po osiemnastej, czekał na nas ciepły posiłek, ciasto i tańce.
Obiecanki, że dalej Czernica jest już spacerowa. Nikt nie wziął pod uwagę tego, że kilka dni wcześniej nad Pojezierzem Drawskim przeszła burza.
Upał. Mnie to cieszyło. I za każdym razem chlup do wody. Mąż się dąsał, że zbyt często bo wystarczyło kajak nakierować w odpowiednie miejsce. Ale przy tym było tyle żartów, docinek, śmiechu, przewrotek - sama radość w taki upał w cieniu drzew.
Mieliśmy dopłynąć tylko do miejsca gdzie Czernica wpada do Gwdy. Z zachowaniem największej ostrożności wpłynęliśmy na Gwdę i miast rozglądać się za polem namiotowym i miejscowością Lubnica. 24 kajaki popłynęły na jedna elektrownie, na druga elektrownię przenoski, i zatrzymaliśmy się w miejscowości Lędyczek lekko licząc zrobiliśmy 30 km.
Gwda jest bardzo spokojna, z malowniczymi rozlewiskami widzieliśmy czaple białe (!), łabędzie, trzcinowiska i to już w przedwieczornym słońcu z lekkim wiatrem w twarz. Woda niemal stojąca, listki leniwie się przesuwały. Fajnie było

.
Z Lędyczka zadzwoniliśmy z prośbą o przewiezienie nas do Lubnicy. Organizatorzy byli zestresowani na rzece nie było zasięgu ale posypali też sobie głowy popiołem, bo nie zaznaczyli wyraźnie miejsca zakończenia etapu. Były kurczaki i karkówka i przyjemne zmęczenie.
Początkowe zajęcia w podgrupach zakończyły się przy ognisku niemal nad ranem. Dziś ambitnie już o 10 jeszcze raz przepłynęliśmy Gwdę w pełnym słońcu w kapeluszach na głowach i pelerynkach chroniących od słońca. Na popasach kąpiele dla ochłody. O 16 pożegnanie - to nie dla nas - i z grupą dzisiejszych spływowiczów 31 07 spotykamy się na Wełnie i Warcie. ( Wełna to dopływ Warty i ma opinię rzeki dla przedszkolaków - taka podobno prosta z jedna przenoską) Ale towarzystwo się liczy.
Koniec relacji na dziś. Muszę się wykąpać. a hoj!

aga