gandalph
05.08.09, 17:54
Ustosunkowuję się do dwóch artykułów:
1. Wywiadu z prof. Czapińskim nt., oględnie rzecz nazywając, kondycji i
perspektyw kapitału społecznego w Polsce:
http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,94425,6883975,Prof__Czapinski__Polsce_grozi_brak_rozwoju.html
2. Arykułu o tym, jak (nie)dostać funduszy unijnych; rzecz o "niedorobionych"
wójtach, burmistrzach itp.:
http://miasta.gazeta.pl/lublin/1,48724,6895170,Jak__nie__dostac_pieniedzy_z_Unii_Europejskiej.html
a także o głosach na forum, jakie te dwa artykuły wywołały. Mają te artykuły,
na pozór, niewiele wspólnego ze sobą, ale w istocie stanowią obraz naszego
społeczeństwa widziany z różnych perspektyw.
Dyskutantów dzielę, na własny użytek, na cztery grupy:
a) "sceptycy", czyli ci, którzy uważają, że Profesor ma rację, przynajmniej z
grubsza,
b) "bezradni", czyli ci, którzy uważają, że w kraju faktycznie panuje zanik
więzi społecznych, draństwo, złodziejstwo, korupcja, polucja i defloracja,
ale... Cóż można zrobić?
c) "kontestatorzy", czyli ci, którzy uważają, że w ogóle jest OK, Polska i
Polacy, to cud, miód i konfitura, a Profesor myli się całkowicie
d) "bluzgacze" - wiadomo, co to znaczy.
Tymi ostatnimi zajmować się nie mam zamiaru, gdyż stanowią oni, moim zdaniem,
zwykły balast społeczny, grupę do niczego nie przydatną.
Zwracając się do "kontestatorów" powiem tak: skoro uważacie, że wszystko jest
OK i Profesor nie ma racji, udowodnijcie to! Jak? To ja mam Was uczyć? Tym
niemniej powiem:
- dotrzymujcie zobowiązań, jakie przyjęliście (choćby "na gębę"),
- przestrzegajcie prawa,
- nie bierzcie ani nie dawajcie łapówek,
- reagujcie, gdy łamane jest prawo, np. sąsiad maltretuje żonę albo siada za
kierownicą "po kielichu", nie bojąc się "łatki" kapusia; kim gorzej być,
kapusiem, czy współsprawcą - przez zaniechanie?
- piętnujcie przypadki arogancji władz, egzekwujcie od
urzędników/funkcjonariuszy należyte załatwianie spraw.
- nie głosujcie w wyborach na patafianów.
itd. itd.
Mało? Pewnie, że mało! Ale to już jest coś!
Zresztą powyższe uwagi równie dobrze odnoszą się i do pozostałych kategorii.
Do "bezradnych".... Mówicie, że nic się nie da zrobić, obrażacie w ten sposób
tych, którym przyszło działać w znacznie trudniejszych warunkach, a jednak
udawało im się to i owo osiągnąć (a Internetu i innych środków tego typu
wtedy nie było!). Jakieś 30 lat temu, bodaj za "1-ej Solidarności", wpadły mi
w ręce fragmenty wspomnień któregoś z dawnych dysydentów radzieckich z czasów
jego pobytu w łagrach (za Chruszczowa lub Breżniewa). "Polityczni" w łagrach
mieli praktycznie tylko jedno prawo: do pisania skarg. I w ten właśnie sposób
niejednokrotnie udawało im się doprowadzić np. do usunięcia sadysty-komendanta
obozu i przysłania kogoś bardziej sensownego. Jak? W prosty choć żmudny
sposób. Całymi obozami (np. 500 chłopa) pisali INDYWIDUALNE skargi na
komendanta adresując jeby bynajmniej nie do jego zwierzchników, lecz np. do
lokalnej organizacji Ligi Kobiet, związków zawodowych, związku kołchoźników,
czy kogo tam jeszcze; 500 chłopa = 500 skarg. "Kryminalni" początkowo pukali
się w czoła, rychło zmienili zdanie. Rzecz jasna, instytucja-adresat powinna
była odpowiedzieć coś w tym stylu: "Przepraszamy, nie jesteśmy kompetetni w
poruszonej sprawie". Ale kto zadawałby sobie trud odpowiadania (zwłaszcza na
500 skarg)? Błąd! Wtedy szło 500 skarg do jednostki nadrzędnej na...
opieszałość instytucji podrzędnej itd. itd. itd. W końcu, po pewnym czasie,
NIEZAWODNIE reagował główny urząd statystyczny, że "w roku ...liczba skarg
obywateli wzrosła o...". Do obozu, prędzej czy później, zawitali kontrolerzy,
a wtedy... Zawsze coś znaleźli (nie znaleźli = niepotrzebni!). A to zginęły 3
łopaty, a to "wyparował" cement (na budowę daczy komendanta), a to dach był
dziurawy i zgniła podłoga itp. I komendant "leciał ze stołka", a bywało, że
"dostawał numerek" i trafiał do tego samego obozu tyle, że w innym
charakterze. Po kilku takich akcjach komendanci i strażnicy zaczęli lepiej
traktować zeków.
Po odpowiednich modyfikacjach warto by zastosować ten wariant u nas. Przykład:
dziura w jezdni, która straszy od lat i na której samochody gubią koła? 20,30,
100... (im więcej, tym lepiej) skarg do wydziału dróg i komunikacji (czy jak
tam się to zwie). Brak reakcji w ustawowym terminie (komu chciałoby się
odpowiadać na 50 skarg?)? 1. Skarga do jednostki nadrzędnej; 2. zawiadomienie
do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa zaniechania przez
stworzenie zagrożenia dla bezpieczenstwa ruchu drogowego. Jak znam życie,
prokuratura umorzy postępowanie "z braku znamion przestępstwa" lub "znikomej
szkodliwości społecznej". Wtedy składamy ponowni identyczne zawiadomienie;
jeśli prokuratura zareaguje tak samo, wtedy sami występujemy do sądu z aktem
oskarżenia (sporządonym przez adwokata), a prokuratura nie a wyjścia, musi
przyłączyć się do tego, my zaś stajemy się oskarżycielem posiłkowym. I co?
Delikwent, tzn. konkretna osoba, która odpowiada za dany odcinek drogi, ma
sprawę karną. Niech się teraz gimnastykuje! Musi sobie wziąć, na własny koszt,
adwokata... Poza tym, w razie umorzenia sprawy/uniewinnienia zawsze można
złożyć apelację. To z prokuraturą i sądem to w skrajnych przypadkach.
Generalnie chodzi o to, żeby zasypać urzędników skargami, aby dostawali szału,
żeby zmieścić się w terminie, bo jak nie, to powód to kolejnej skargi.
Może pomysł jest głupi, ale dlatego apel do wszystkich, jednoczmy się,
szukajmy narzędzia do tego, by zmusić naszych urzędasów do działania