Jestem tu nowa. Witam serdecznie wszystkich

Potrzebuję obiektywnego spojrzenia. Ja: po 40-tce,mezatka od lat kilkunastu, w ujowym układzie, z którego na razie nie moge się wyplątac (dziec itp.) On: starszy ok. 20 lat, w wieku emerytalnym, zonaty. Znamy się od kilku lat w pracy. Dużo rozmawiamy. Jest miło, jest nić wzajemnej sympatii. Praca jest moim wytchnieniem, jest miejscem,gdzie odpoczywam i mogę pogadać, czasem wygadać, wyluzować sie choć troche, pobyc sama ze soba. On wyróżniał się zawsze na plus starannym ubiorem i taką jakąś klasą. Widziałam to,ale było mi to obojętne, choc przyjemne w odbiorze. Od kilku miesięcy zaczęłam mu się bardziej zwierzac z kłopotów z meżem, ale ponieważ oboje w związkach, czułam się bezpiecznie. Choć też on zaczął jakby tak niezobowiązująco napomykać, tak jakby w żartach, że liczy na coś więcej. Gdy się np. zasiedziałam, a miał nocny dyżur, to mówił, że przecież mogę zostać, on rozłoży łóżeczko. Takie subtelne aluzje. Zawsze go zlewałam, on nie naciskał. Zdaję sobie sprawę, że jestem z powodu kłopotów z mezem łatwym kąskiem, a on nigdy nie krył, że zdradzał swoją żonę i że kochanek miał różnych sporo, choć dawno temu i jak ostatnio wyznał, wyszedł z wprawy. Nie wiem, jakie były jego intencję, ale sądze, że specjalnie nie liczył na nic, znając moje poglądy na zdradę i światopogląd. I tak byśmy sobie pewnie toczyli te dosyć ciepłe pogawędki, gdyby nie to, że ponad miesiąc temu... trafiło mnie. Dosłownie. Więc któregoś pięknego popołudnia wpadłam do pracy jak bomba i powiedziałam koledze wprost, że mi się podoba i chce z nim iść na całość i ze zapraszam do mieszkania, które mam w innym mieście i właśnie tam jadę. Odpowiedział, że jest jest bardzo zaskoczony, bardzo mile oczywiście i jest to ogromnie kusząca propozycja, ale nie w tym momencie, co kilkakrotnie podkreślił. To było miesiąc temu. Od tamtego czasu jest tak: w pracy długie i seksowne rozmowy, ja jestem totalnie napalona; mąż zachwycony, jaka jestem chętna i wilgotna. Kurcze, nikt nigdy mnie tak fizycznie nie pociagal jak ten kolega, choc widze też jego wady itp.: jest stary (wiem, że załuje, że nie jest choć trochę młodszy w tej sytuacji zwłaszcza), nieco skapcanialy, wygodny do bólu (te nasze rozmowy zawsze były i są tylko i wyłącznie w godzinach jego pracy, nigdy nie zaproponował kawy, żeby przedłużyć, w końcu mówił, że musi się zbierać,zabierał się i wychodził itp., to ja zawalałam na kilka godzin robote i musiałam zostać dłużej w pracy, żeby nadrobić); ma teraz intensywny czas w życiu: remontuje mieszkanie, zdrowie mu siada (chyba nawrót choroby po kilku latach, to go dołuje strasznie), nie lubi pisać smsów i rzadko na nie odpowiada, co jest w mojej sytuacji pewną zaletą (mąż często zaglada do mojego tel), ale uważam, że to dość chamskie. Po tygodniu od mojego "wyjścia z szafy" przyszłam do pracy specjalnie dla niego (choć miałam powody), myślałam, że się ucieszy, a tu zonk: przywitał bardzo ozięble, ani dzień dobry, tylko niemiłe zdziwienie, że ktoś mu przeszkadza (a był sam w firmie, wiec nadarzyła się wspaniała okazja, o którą w naszej sytuacji strasznie trudno!), dawał do zrozumienia, że chce byc sam. Zacisnęłam zęby, załatwiłam, co miałam i na odchodnym: "Nie liczyłam na owacje na stojąco, ale i nie na takie oziębłe przyjęcie". Byłam wściekła,ale potem jeszcze zaryzykowałam (wystraszyłam się go) i zadzwoniłam i usłyszałam, że on teraz ma kłopoty ze zdrowiem, że to nie ma sensu, że to jest praca i żebysmy wrócili do tego, co było. O kurka! Szok i niedowierzanie, jakby mi ktoś dał w twarz z liścia za nic. Ok, wywaliłam jego numer i postanowiłam, że trzeba sie odkochać. Za jakiś tydzień mieliśmy razem dyżur. Postanowiłam zachowywać się jak gdyby nigdy nic, w końcu to praca, a poza tym faceci nie lubią histeryczek, zwł jak mają zostać ich kochankami

Gdy tylko byliśmy sami, przeprosił mnie za ten telefon i wytłumaczył, że ma kiepskie wyniki i musiał iść na badania do szpitala i że się tym strasznie gryzie. I że przeprasza, że mu było źle z tego powodu, że tak mnie potraktował. Oczywiście wybaczyłam mu. Od tego czasu było kilka rozmów w pracy, bardzo swobodnych, erotycznych, z pieprzem, a nawet próbował mnie całować i dotykać po twarzy. I niby wszystko zmierza w dobrą stronę, ale...Mam wrażenie, że to mnie bardziej zależy, on jest bardziej trzeźwy, ja impulsywna i dążę do nawet sprowokowanych niby przypadkowych spotkań. On nie. To ja ostatnio przed urlopem siedziałam do 3 w nocy z nim w pracy, naraziłam się na utratę nieskazitelnej do tej pory reputacji (są kamery i widać, o której wyszłam, jeśli ktoś by chciał sprawdzic; z zasady nikt nie sprawdza, ale ponoć jeden kolega lubi sobie czasem pooglądać jak jest na nocy). Mam wrażenie, że on bardziej jest uprzejmy i dumny, że tzw.babka z klasą, z wyższej półki niż on, na niego leci. Świetnie nam się rozmawia, podczas tej ostatniej do 3 nad ranem śmiał się i zachowywał, jak gdyby wyluzował zupełnie, a poza tym spoglądał na mnie z ukontentowaniem wyraźnym, nigdy go takim nie widziałam wczesniej. Ale, jak stwierdził mój mąż: to uj, mógł ci zamówic taksówkę, skoro się o ciebie tak martwił, a odprowadzić nie mógł (w sumie racja, dużo by nie zapłacił,mieszkam blisko, a biedny nie jest). No i ostatnio wykręcił mi dość brzydki numer: zadzwoniłam do pracy czasie jego dyżuru i powiedziałam, że za jakiś czas moge wpaśc na godzinkę, tyle że nie wiem, czy nie będzie za dużo osób. Powiedział, że nie ma nic przeciwko, tylko teraz jest tłok. Poprosiłam, żeby za jakis czas dał mi znać, czy jest sens, bym przyszła. Wysłał smsa, że zostawia do mojej decyzji, są ludzie i nasz szef. No to podziękowałam i stwierdziłam, ze może innym razem. Jednocześnie poprosiłam, żeby mi przesłał grafik na lipiec, bo jeśli czasem będe musiała wpaść do pracy, to chcę wiedzieć, kto będzie miał dyżur. I jeszcze, że kończę zajęcia w okolicach konca jego pracy, może uda sie spotkać? To było ze dwa dni temu. No i ...do dziś cisza. I co ja mam sobie o tym wszystkim myśleć? Mam też wrażenie, ze on zainicjował te ostatnia macankę, żebym juz sobie poszła, bo on nie wytrzyma. A przecież mogł mieć mnie w pracy...Teraz nie wiem zupełnie, kiedy się zobaczymy, bo mam urlop, choć kiedyś powiedział, że urlop to dobry czas na spotkania. Jestem zdana na czekanie, tak jak dwa dni temu, gdy jak idiotka czekałam w pobliżu pracy, a on nie raczył się odezwać, choć wysłałam mu z smsa, że jestem w pobliżu

jestem na niego zła i wiem, że skoro teraz tak wariuję, a spotkania będą sporadyczne, bo" taki mamy klimat" niestety, a on ma ten chamski zwyczaj zlewania moich smsów, to należy sobie dać spokój. Tylko się zastanawiam, o co chodz? Źle sie wstrzeliłam czasowo? jest za stary i mu się nie chce? Chcę, żeby kandydat na kochanka za mną szalał, nawet jeśli ma trochę udawać...