ahsoka_tano
07.12.21, 14:15
Witajcie,
Pytanie w tytule jest właściwie retoryczne... Wiem, że kluczem jest czas i ucięcie kontaktu... Ale mam potrzebę podzielenia się moim przypadkiem.
Jestem właśnie na etapie kończenia romansu. Znamy się od kilkunastu lat, zawsze troszkę między nami iskrzyło, ale do niczego nie dochodziło - ani jemu ani mnie przez głowę nie przeszło, że można by iść dalej (oboje mamy małżonków i dzieci). Jednak rok temu wypuściliśmy na wolność to uczucie, które marynowało się już od tylu lat, i wiuuuuuuuu, poszybowało poza naszą kontrolą. Uwolniliśmy bestię. Na początku mieliśmy nadzieję, że uda się nam to kontrolować "na zimno", bez szkody dla naszego życia małżeńskiego i rodzinnego, ale z miesiąca na miesiąc robiło się to coraz trudniejsze, takie podwójne życie zaczęło niszczyć naszą psychikę, aż w końcu, 5 dni temu, podjęliśmy decyzję o zakończeniu naszego wątku...
Ten rok był cudowny, chodziłam z głową w chmurach, jak na jakimś haju. Myślałam tylko i wyłącznie o nim, przesuwając sprawy rodzinne i małżeńskie na drugi plan. Wciągałam go jak narkotyk, mając gdzieś z tyłu głowy, że będę miała prze-rą-ba-ne, jak trzeba będzie to zakończyć, ale przyjęłam zasadę, że żyje się tylko raz - tym bardziej, że - co jest typowe, jak widzę - pożądałam (nadal pożądam...) go tak jak nigdy nie będę pożądała mojego męża. Naprawdę miałam ochotę rzucać się na niego i zdzierać z niego ciuchy za każdym razem, jak się widzieliśmy (bo do samego seksu to przez ten rok doszło tylko - albo aż - trzy razy). Zawsze byłam poukładana i rozsądna do bólu, a z nim poczułam co to jest prawdziwe szaleństwo... i zakochałam się w tym uczuciu...
Doszło do tego to, że moje małżeństwo zgnuśniało, mężowi od kilku lat już w ogóle nie chce się ruszyć palcem, żeby spędzić ze mną czas - całe popołudnia spędza przed konsolą do gier.
A z kochankiem... wystarczyła myśl o nim, żebym miała zajebisty humor. Dlatego też myślałam o nim rano, wieczorem, jadąc na rowerze, idąc na zakupy... Powoli zapominałam jak to było bez niego. Bo bałam się momentu, w którym naprawdę go zabraknie.
Byliśmy sobie bardzo bliscy, ale on - podobnie jak ja - w ostatecznym rozrachunku wybrał dobro rodziny.
Teraz czuję się strasznie. Mam w sobie wielką pustkę i chce mi się płakać, bo wiem, że już nigdy nie przeżyję tak wspaniałego roku. Teraz czas się pozbierać, wrócić do siebie - bo aktualnie czuję się totalnie wypruta z wszystkiego. Mam nadzieję, że czas wyleczy rany. Jak tylko poczuję, że wracają mi siły, porozmawiam z mężem i zawalczymy o to, żeby nasze małżeństwo polegało na czymś więcej niż tylko przechodzeniu obok siebie. Ale na razie nie mam na to zupełnie siły.
Ustaliliśmy odwyk do wiosny, potem może spróbujemy się spotkać na jakąś herbatę, ale boję się, że coś mnie striggeruje, znowu wpadnę w czarną dziurę i będę musiała zaczynać leczenie od początku.
Poza tym mamy wspólną grupę znajomych, z którą od czasu do czasu się spotykamy...
Tak czy inaczej, na razie próbuję się przekonać, że za miesiąc, dwa, będzie lepiej. Że z każdym tygodniem będzie lepiej.
Jedno jest pewne - nie żałuję tego. Jakbym się na to nie zdecydowała, to bym nigdy nie wiedziała, co to za uczucie i co to znaczy prawdziwe pożądanie. Jestem bogatsza, choć wiele mnie to kosztuje...