cześć wszystkim. Na forum trafiłam szukając porady na google. Wiem, i liczę się z tym, że zostanę zjedzona, przeżuta i wypluta, nazwana pojemnikiem na spermę, cichodajką, rozbijaczką małżeństw, usłyszę, że sama się prosiłam i spotkało mnie to, na co zasłużyłam, jednakże potrzeba spojrzenia na to oczami innych jest silniejsza niż wszelkie obelgi. Postaram się streszczać, ale zwykle piszę bardzo dużo, nawet gdy staram się maksymalnie skrócić, wybaczcie.
Dorabiam sobie jako tłumacz. We wrześniu '17 zadzwonił do mnie C., z polecenia mojego klienta. Rudy, żonaty, wówczas 42 lata. Praca układała się naprawdę wzorowo, ze świecą szukać człowieka, który płacił i nie narzekał i naprawdę doceniał moją pracę. Czasem, gdy prosiłam o podwózkę, ani razu nie odmówił. Nie widywaliśmy się zbyt często (pracuje na ciężarówkach, w domu bywał w weekendy), większość spraw załatwialiśmy online, czasem pogadaliśmy o sprawach niesłużbowych, raz wspomniał coś o kupnie domu, jako mocno wścibska osoba, zanim pomyślałam i się powstrzymałam, wypaliłam z pytaniem, co z żoną i czy dołączy. Stwierdził, że żona zostaje w Polsce. Zdziwiło mnie, że tak łatwo o tym powiedział, jakby to było zupełnie normalne, że będąc w małżeństwie wiedzie się dwa osobne życia. Jakoś w czerwcu '18 przywiózł mi tortillę (fan kuchni meksykańskiej), ale uznałam to po prostu za miły gest i nawet o tym nie myślałam. W wakacje pojechałam do Polski, a że w maju C. miał operację, miałam z nim mnóstwo roboty, ale większość czasu nie myślałam nawet o nim. Pod koniec urlopu zapytał, kiedy wracam, bo dawno nie rozmawialiśmy i szuka, co by tu załatwić. Nie ukrywam, miło mnie to połechtało. Chwilę popisaliśmy, zapytał czy młody szczęśliwy, ja nie odpisałam (nie pamiętam już, czy uznałam, że to nie jego sprawa czy zrobiłam to celowo, czy zwyczajnie zapomniałam). Kilka dni później (sierpień lub wrzesień 18) zapytałam go, czy jedzie do Polski na Boże Narodzenie autem, a on powiedział, że raczej nie, bo Święta od 7 czy 8 lat spędza sam, spytałam, czy mu nie smutno a on na to 'bardzo', a na pytanie, czemu nie jeździ, powiedział, że tam też byłby sam, bo kiedyś prawie pobił teścia, a żona bierze dzieci do teściów. Chwilę szczerze sobie popisaliśmy, on o rodzinie i samotnych świętach, ja o koleżance, która mnie wykorzystywała, jak stwierdziłam, że nie chcę go zanudzać, stwierdził, że jest mu miło, że się przed nim otworzyłam, bo to oznacza, że mu w jakiś sposób ufam. Wtedy chyba po raz pierwszy 'coś' poczułam i zapragnęłam urządzić mu święta z kimś (ale bez podtekstów).
Wróciłam z urlopu, znów parę spraw wpadło. Coraz częściej zdarzało się rozmawiać na tematy pozasłużbowe (ale nie erotyczne, żeby nie było). Od razu wyczuwałam zły humor, bo zaczynał odpisywać bardzo na odczepnego (w stylu: bywa, życie, będę musiał sobie radzić itp) a kiedy wycofywałam się z rozmowy, on mówił, co jest powodem. Było to miłe, nie ukrywam, chociaż jego początkowa lakoniczność dawała mi wrażenie, że stresy odreagowuje na rozmówcy (a tego nie cierpię). Pod koniec września z niczego wyskoczył, czy mam ochotę na sałatkę bo zrobił zbyt dużo,, ja coraz bardziej nakręcona na tę znajomość, dowaliłam 'na Pana mam zawsze ochotę', nie skomentował tego w żaden sposób, a ja stwierdziłam, że nie będę próbować wybrnąć. Przywiózł mi ją, pogadaliśmy, podwiózł mnie i sąsiada do supermarketu, a na wieść, ze się rozpadało, był skłonny zawrócić z domu, żebym przypadkiem nie zmokła, wieczorem zapytał jak sałatka i czy dało się zjeść. Na wieść, że pojemnik oddam jego współlokatorowi (również mojemu klientowi) chyba zdeczka spanikował. Kilka dni później byłam u koleżanki, on akurat zadzwonił, a ja, oddzwaniając, wypaliłam do niej: ale mam klienta, super przystojniak, szkoda tylko, że rudy i żonaty, po czym zorientowałam się, że rozłączył się po 19 sekundach a ja miałam podłączone słuchawki i dlatego nie słyszałam. Oddzwoniłam już bez słuchawek, na jego narzekania na lokatora powiedziałam, że na przeciwko mnie jest mieszkanie do wynajęcia, co on skwitował 'oj, bo wpadałbym na kawę częściej niż by pani chciała'. Albo udał, że nie słyszał, co o nim mówiłam do koleżanki albo naprawdę nie usłyszał, nie wiem do dziś.
Jakoś na początku października napisał, że ma ból w klatce i czy powinien udać się do lekarza. Przyznam, że spanikowałam, powiedziałam, że chwila i jedziemy, a on zbagatelizował i stwierdził, że poczeka. Mocno go wtedy ochrzaniłam, bo bałam się, że naprawdę coś mu się stanie, a ja nie będę mogła zareagować. Na drugi dzień spytałam, czy ma drabinę i czy u niego wszystko ok, on powiedział, że mam mu mówić po imieniu, dla żartu powiedziałam, że nie mówię na Ty osobom, z którymi nie piłam drinka. Temat umarł. Tydzień później odezwał się z czymś, na pytanie o syna (kilka tygodni wcześniej powiedział, że syn ma depresję, a żonie nie po drodze do psychiatry bo ma ważniejsze sprawy), odpisał dosyć lakonicznie, jak przeprosiłam za bycie wścibską, stwierdził, że miał ciężki dzień w pracy, dla żartu walnęłam, że zaproponowałabym drinka, zapadła cisza, zrobiło mi się głupio, że moje intencje zostały źle odebrane, no i ucierpiało nieco moje ego, więc przeprosiłam za takie propozycje i myślenie, że chciałby marnować swój wolny czas na mnie, a w tej samej chwili on odpisał, że dziękuje za propozycje, siedzi z kolegą, zamówili rybe i mają gin, po czym dopisał, żebym tak nie myślała (że marnuję mu czas) Powiedziałam mu, że mi głupio, że proponuję drinki, ale lubie spędzać z nim czas, a on, kilka godzin później, zapewne pod wpływem ginu, napisał, że też lubi spędzać ze mną czas, ale ma za mało czasu na wszystko z jego czasem (półtorej doby tygodniowo w domu), na drugi dzień przyjechał po obiad (chciałam się odwdzięczyć za tortille i sałatkę, no i miło było usłyszeć komplement nt mojej kuchni)
Może trochę kusiłam los, ale kilka dni później ponownie zaprosiłam go na drinka (po tym, jak opowiedział mi kiedyś, jakie miał dzieciństwo, stwierdziłam, że chętnie go wysłucham gdyby chciał się wygadać, nie miałam na celu, żeby go uwieść, z jednej strony miałam na niego niesamowitą ochotę, a z drugiej bałam się konsekwencji, zwłaszcza, że był mi coraz bliższy i bałam się, że się zakocham), a on zignorował pytanie. Kilka dni później musiałam napisać do niego w sprawie służbowej, pożalił się na lokatora, ja, nieco zirytowana (nie był to pierwszy raz, ale uparcie przy nim tkwił), powiedziałam, że już raz proponowałam mieszkanie, on zaczął się tłumaczyć, czemu zostanie ze współlokatorem. Przeprosiłam za mój wybuch i powiedziałam, że trochę przykro mi było, że nie odpowiedział na pytanie o drinka i że przecież się nie obrażę, jeśli odmówi, ale nie mam niecnych zamiarów. Najpierw stwierdził, że po ostatnim ma kaca, a potem, że 'zobaczymy'. Wróciliśmy do 'normalnych' relacji (tzn służbowych). Pod koniec października przyjechał w końcu na tego drinka, załatwiliśmy jakąś drobną sprawę, usiedliśmy na kanapie a w nim jakby się coś odblokowało i zaczął opowiadać o wszystkim na raz. Nie powiem, aż chciało się tego człowieka przytulić, że po czymś takim, on ma siły po prostu żyć. Liczyłam na 'kontynuację' w kolejny weekend, ale się nie doczekałam, kontakt nagle urwał się na cały tydzień (wcześniej ja dosyć często pisałam z różnymi rzeczami, którymi chciałam się z nim podzielić), 10go listopada nagle napisał, że potrzebuje pomocy z czymśtam, pogadaliśmy i po jakimś moim żarcie temat nagle się urwał. Trochę zabolało i walnęłam jakimś komentarzem, chyba o tym, że przed przejściem na Ty rozmowa kleiła się znacznie bardziej, powiedział, że pije z kolegą, ja, również dla żartu napisałam 'no miło, a ze mną nie chciałeś się już więcej napić', na co on stwierdził, że się bał, że boi się kobiet, bo będąc ze swoją żoną związał się z trzema kobietami i niezbyt dobrze na tym wyszedł. cdn w komentarzu, bo faktycznie za długie