kropka
18.08.03, 17:27
W rodzinnym slangu cudaki to gałęzie, korzenie, huby, które coś przypominają
lub z czymś się kojarzą. Nazwę wprowadził mój ojciec, który włóczył się po
górach-po chmurach i znosił do domu różne dziwne rzeczy. Ot, tak, dla
przedłużenia pamięci o urlopowych wrażeniach. A to krzemień niezwykłej
wielkości z doliny Miętusiej (służy do dziś do przytrzymywania drzwi
balkonowych), a to buczynę, z którą zatknietą do kapelusza przewędrował całe
Tatry, a to wygięty korzeń jałowca do złudzenia przypominający fokę. Na
balkonie w centrum miasta rosły skalnice, szarotki i dziewięćsił (pod
ochroną?! Jasne! Chroniliśmy je długie lata :)
Odziedziczyłam tę manię zbierania, a moje dzieci odziedziczyły ze zdwojoną
mocą. A może to nie mania, tylko umiejętność postrzegania? Nie wiem. Faktem
jest, że ściągamy do domu wszystko, co ładne, ciekawe albo dziwaczne.
I jesteśmy niesłychanie dumni z naszych zbiorów.
Najwięcej jest diabłów i smoków. Dłuższe, krótsze korzenie tworzą
fantastyczne kształty. Jest piękny, sosnowy łeb lisa, sękaty ptak, który
groźnie zerka ze ściany okiem z rozprutego misia. Jest konik polny i koń w
galopie. Jest ryba z okropnie rozdziawioną paszczą i śpiący borsuk. Czasem
się zdarza, że tylko znalazca widzi konkretny kształt. Ale wystarczy odciąć
kawałek korzenia, “zrobić” oczko lub wyciąć buzię, a cudak "ożywa" dla
wszystkich.
Gdy Jasiek miał trzy lata przyniósł z lasu patyk i z dumą położył na półce.
- Co to jest, Jasiu? zapytałam
- Żmij, odpowiedział maluch - męski szowinista od szczeniaka (dość długo nie
uznawał rodzaju żeńskiego).
- Ale żmija jest powyginana, a ten patyk jest zupełnie prosty, stwierdziła
babcia.
- No, żmija to nie jest, ale żmij jak drut! stwierdził starszy brat ratując
sytuację, bo Jaś był już bliski płaczu. Żmij okazał się bardzo przydatny. Do
dziś służy do zasłaniania firanek.
Jest stolik z rozwidlonego, okorowanego pniaka z blatem odpiłowanym z bardzo
grubego dębowego pnia. W wazonie z wydrążonego konara stoją gałązki
ze “zwyrodniałymi” szyszkami i gałązkami z dziwnymi naroślami.
Ilość kamieni w domu i w ogrodzie przeraża rodzinę. Kamienie i muszelki to
mój fioł. Wszyscy znajomi zwożą mi ze swoich podróży kląc na kruchość i
ciężar. Jestem w stanie zagospodarowac każdą ilość kamorów bez względu na
wielkość. Po każdym spacerze wyciagam z kieszeni kilka sztuk, bo ładne, bo
gładkie, bo kostropate, bo ma żyłkę, bo taki malutki...
Kiedyś dziecko przywiozło cały samochód dostawczy kamiennych badziewi. Ze
złośliwym uśmieszkiem zrzucił wszystko na trawnik stwierdzając, ze mam teraz
zabawę na długie zimowe wieczory i może wreszcie mi starczy.
Po dwóch dniach wszystkie grządki obłożone były elegancko kamieniami, a po
stercie na trawniku nie było śladu. Nakazałam sobie przywieźć następne,
mniejsze, żeby wyłożyć zakrzaczone i ciemne miejsce w ogrodzie, gdzie nic nie
chce rosnąć.
Czy tylko ja tak mam?