Gość: Wilt
IP: *.waw.cdp.pl
19.06.02, 14:58
(Uwaga – post adresowany do zdecydowanych Laker – haters, zalewających to forum
przy każdej okazji wszelkimi możliwymi wymysłami nt. mojej ulubionej drużyny –
Wy już wiecie o kogo chodzi ;-)), nie do jej bardziej cywilizowanych oponentów…)
No i co, Laker – haters (z reguły również Bull – lovers ;-))? :-))))) Kolejny
rok, te same Wasze próżne nadzieje, ten sam rezultat – kolejny tytuł
mistrzowski dla pierwszej dynastii nowego millennium. Nad moją radością z tego
tytułu raczej nie będę się rozwodził, bo pisanie 100 razy LAKERS THREEPEAT! GO
FOURPEAT!, choć kuszące, mogłoby zostać uznane za nieco zbyt mało odkrywcze
(nieuniknienie kojarzyłoby mi się to z Waszymi ochami i achami nt. każdego
występu Jordana w Wizards – oczywiście tego udanego ;-) - choć oczywiście
różnica jest taka, że ja mam powód do świętowania nieporównanie istotniejszy :-
) ). Zamiast tego spróbuję się zająć paru argumentami wytaczanymi dla
obniżenia wartości mistrzostwa Lakers. Tu przyznam, że nie czytałem nawet, poza
paroma, wszystkich głosów na ten temat na forum, ale chyba nic straconego – nie
sądzę, żebym przeczytał tu coś nowego ;-).
1) Rzekomy kiepski styl, w jakim LAL zdobyli mistrzostwo. Oczywiście jako
koronny argument w tym zakresie służy seria z Sacramento (pozostałe skromne 3
serie raczej nie na wiele tu się przydadzą :-)), a konkretnie fakt, że
Jeziorowy tak długo męczyli się z Kings, wygrywając w efekcie dopiero po 7
meczach. Spokojnie, panowie. To fakt, że swoim mistrzowskim pochodem 15 – 1 w
zeszłym roku Lakers ustanowili bardzo wysokie, (niespotykane dotąd :-))
standardy, ale to, że obecnie ich nie powtórzyli, nie oznacza, że trudzili się
jakoś wyjątkowo. Dla odświeżenia pamięci, przytoczę przykład pewnego zespołu, o
którym chyba nie powiecie, że słabo sobie radził ;-): Bulls’92 – 7 meczów z
Knicksami, Bulls’98 - 7 meczów z Pacers – w obu przypadkach Byki miały
przewagę własnego parkietu i ostatnie mecze rozstrzygała u siebie w Chicago – a
w 1993, kiedy drużyna MJ nie miała tej przewagi, przegrywała z Knicks już 0:2!
Teraz proszę to porównać z sytuacją Lakers, którzy – właśnie nie mając przewagi
własnego parkietu – przegrywali 2:3 i wygrali siódme, decydujące spotkanie w
finale konferencji NA WYJEŹDZIE, co stanowi rzadko spotykany wyczyn w historii
play offs. Lakers w sumie odnotowali w tegorocznych playoffs wynik 15-4, co
jest wynikiem lepszym niż przeciętny bilans mistrzowskich Bulls (tylko 2 razy
mieli lepszy), a łącznie w 2 ostatnich latach 30-5, co jest rekordem
wszechczasów. Już nie mówię o przedłużeniu własnej (choć w końcu przerwanej w
Sacramento) rekordowej serii zwycięstw w play offs na wyjeździe…
I co – czy w tych porównaniach to Lakers wypadają mniej przekonująco? Dla
ułatwienia mała zagadka; kto był przeciwnikiem o najsilniejszym składzie;
Knicks, Pacers, czy obecnie Kings (nawet biorąc pod uwagę kontuzję Stojakovica
i nawet jednocześnie nie biorąc pod uwagę, że jego absencja – zawodnika, który
słabo grał w play offs i który jest świetnie kryty przez Foxa – chyba tak
naprawdę przysłużyła się jego drużynie)? Uczciwą odpowiedzią będą chyba jednak
Kings…
2) Teza, że jakoby zwycięstwo z Kings udało im się tylko dzięki pomocy
sędziów. Sędziowanie w tej serii (i nie tylko w tej, ale w tej szczególnie)
było rzeczywiście fatalne – ale fatalne, podkreślam, po OBU stronach. Trudno o
twierdzenie bardziej sztuczne i wyrwane z kontekstu niż zamykanie sprawy w
stylu: właściwie seria powinna się zakończyć „Kings in six” z powodu tych 27
wolnych Lakers w ostatniej kwarcie meczu nr 6 (rzeczywiście ciekawa liczba; ale
z drugiej strony, nigdy nie zauważyliście, jak drużyny grając przeciwko Shaqowi
popełniają więcej fauli niż zwykle?). Otóż gdyby sędziowie PRZEZ CAŁY CZAS, a
nie tylko w tym meczu, podejmowali w 100% prawidłowe decyzje, to sytuacji, w
której mógłby być to mecz zwycięski dla Kings, i tak by nie było! A to dlatego,
że w grze nr 5 (przypomnę, wygranej przez Królów 1 punktem) wynik byłby
zupełnie inny i to Lakers prowadziliby 3-2, gdyby zdarzyła się przynajmniej
jedna z dwóch okoliczności; Shaq dostałby od sędziów szanse na wykonywanie
więcej niż zaledwie JEDNEGO wolnego (czy ta liczba nie jest równie szokująca
jak tamte 27 wolnych, szczególnie zważywszy jak usilnie Kings starali się go
fizycznie powstrzymać?) albo Shaq nie spadłby z boiska za bardzo wątpliwy piąty
i szósty faul. Starczy? Jeśli nie, dodam; w meczach 2,3 i 5 (czyli dziwnym
trafem - tych przez siebie wygranych) Kings cieszyli się łączną przewagą 106 –
63 w rzutach wolnych, czyli przeszło 1,6:1! (Spora w tym zasługa aktorstwa
Divaca…) Tak samo przewagę w wolnych mieli w całej serii, choć już oczywiście
mniejszą; 204 do 185. Czy taki wynik według was uprawnia do twierdzenia, że
sędziowie nieproporcjonalnie często odgwizdywali faule Kings i przez to
wypaczyli końcowy wynik (szczególnie biorąc pod uwagę, że Kings uciekali się
jednak też do celowego faulowania w ramach Hack – a- Shaq)? A jeśli tak, to
jaką wobec tego Sacramento musiałoby mieć przewagę w wolnych, żebyście raczyli
uznać, że seria nie była ustawiona na korzyść LA – 2:1, 3:1, 4:1 w absolutnie
każdym spotkaniu? Ale rozumiem, że przesądza sprawę fakt, że Lakersi mieli
zauważalną przewagę w wolnych akurat w meczu nr 6…
Z tezami, które zwalczam powyżej, wiąże się rzecz jasna przekonanie o spiskowej
teorii dziejów; w stylu twierdzeń, że władze NBA specjalnie chciały przedłużyć
serię z Kings do 7 meczów w celu zwiększenia wpływów i oglądalności. Czemu w
takim razie nie postarano się o to samo w przypadku serii z Nets, zakończonej
po skromnych 4 spotkaniach? A przecież w meczach rozegranych w NJ było
naprawdę blisko; sędziowie bez trudu mogliby wypaczyć ich wynik na korzyść
drużyny Kidda… Ale już dość na ten temat; przytoczę tylko jeszcze celną moim
zdaniem odpowiedź eksperta z „TSN” fanowi twierdzącemu, że w finale Zachodu
zdarzyło się z winy sędziów coś strasznego i wyjątkowego:
Why do so many people have this happy, fuzzy memory of the NBA as a league
where everything always has been judged with reason, dignity and fairness