Forum Sport Sport
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Najlepsi centrzy w historii

    IP: *.rybnik.net.pl / 213.77.79.* 02.07.02, 01:44
    wiem ze temat ten byl juz wielokrotnie na tym forum podejmowany .jednak w
    zwiazku z 3 z rzedu sezonem krolowania shaqa moj ranking wygla da nastepujaca
    1. wilt chamberlain - liczby + 2 mistrzostwa
    2.russell - 11 tytulow w 13 sezonach
    3. shaq i Kareem -

    sorki ale nigdy nie mam czasu by sklecic porzadnego posta ( nie mam w chaci

    e netu )
    Obserwuj wątek
      • Gość: Wilt Re: Najlepsi centrzy w historii IP: 62.89.80.* 02.07.02, 08:52
        1. Chamberlain (wiadomo, dla mnie gracz nr 1)
        2. Kareem
        3. Russell (minimalnie za Kareemem)
        4. - 7.Olajuwon, Shaq, Moses Malone i Mikan (w stosunku od tego ostatniego
        czasem się waham, czy nie niżej)
        8. - 10. Bill Walton, Sabonis (za grę przed NBA, w czasie stażu w NBA był już
        znacznie słabszy) i co do ostatniego miejsca, zawsze się waham: Willis Reed?
        David Robinson? Nate Thurmond?

        Uargumentuję bardziej szczegółowo, kiedy znów będę miał czas ;-). Na razie pzdr
        • Gość: Alex Re: Najlepsi centrzy w historii IP: 193.0.117.* 02.07.02, 18:42
          1 - B.Russell - 11 tytułów w 13 latach gry, jedyny Celt któy zdobył wszystkie
          tytuły. 4xMVP, 3xw pierwszej piatce.
          2 - W.Chamberlain - przeciwieństwo Russell`a. Doskonałe statystyki
          indywidualne, ale mało sukcesów zespołowych. Dopiero pod koniec kariery wziął
          się za obronę
          3 - S.O`Neal - doprowadził do 3 tytułów Lakers
          4- K.Abdul-Jabbar - imponujące pierwsze lata w Milwaukee (razem z Robertsonem).
          Potem było gorzej. Dopiero przyjście E.Johnsona pozwoliło Abdul-Jabbarowi
          odnosić (praktycznie) tryumfy zespołowe
          5 - H.Olajuwon - 7xpierwsz piatka, MVP, 2xMVP finałów, 2xmistrz
          6 - M.Malone - gracz chyba trochę niespełniony. Wydawało się, że jak przyszedł
          do Philadelphi 76ers że z Ervingiem będą zdobywać tytuły co roku. Do tego
          pojawił się jeszcze młody Barkley. Ale Erving był już nie ten
          7 - G.Mikan - trudno porównywać go z innymi graczani NBA była w jego czasach
          ligą prawie wyłacznie dla białych. Ale robią one wrażenie. Gdy był zdrowy
          zawwsze zdobywał tytuł
          8 - B.Walton - za jeden fantastyczny PO i jeden fantastyczny sezon. Potem były
          (i wcześniej) kontuzje. Najbardziej (obok Thompsona) niespełniony gracz NBA
          9 - W.Reed - NY grał w finałach: 70, 72,73 w finałąch konferencjipoza tymi
          latami 69,72,74. To była nie tylko zasługa Reeda (Frazier, DeBuscherre, Lucas,
          Monroe), ale również
          10 - chyba D.Robinson. Inne kandydatury Cowens, Thurmond
        • Gość: Wilt Najlepsi centrzy w historii - uzasadnienie cz. 1 IP: *.datastar.pl 19.07.02, 18:54
          Oto uzasadnienie mojej wcześniejszej wypowiedzi:

          1. Wilt Chamberlain: wiadome jest bywalcom forum, że to dla mnie generalnie nr
          1. Zwięzłe tego uzasadnienie (chcących dłuższego odsyłam do dłuuugich wątków
          na ten temat z moim udziałem); najlepszy gracz ofensywny w historii, najlepiej
          zbierający w historii, najlepiej blokujący w historii, jeden z paru najlepszych
          defensorów w historii, najlepiej podający nie tylko center, ale w ogóle gracz
          podkoszowy w historii (potrafił prowadzić w lidze w asystach!). 4 razy MVP
          sezonu plus po razie MVP finałów i Meczu Gwiazd. 7 razy król strzelców (druga
          średnia wszechczasów), 11 razy najlepszy w zbiórkach (pierwsza średnia
          wszechczasów), 1 raz w asystach, (bloki nie były liczone), żeby wymienić tylko
          ważniejsze kategorie. Rekordzista w liczbie punktów w meczu, zbiórek w meczu,
          średniej zbiórek w sezonie, punktów w sezonie, jedyny który zaliczył w meczu
          podwójne triple double, właściciel 20 z 30 największych zdobyczy punktowych w
          historii – znów, żeby wymienić tylko ważniejsze rekordy, których w dziejach
          basketu nagromadził zdecydowanie najwięcej.Gracz dysponujący tak ogromną
          przewagą nad resztą, że w celu zmniejszenia jego dominacji zmieniano przepisy
          zarówno w NCAA, jak i w NBA (podobnie potraktowano tylko Kareema – w samej NCAA
          i Mikana – w samej NBA). Jak dla mnie – przygniatająca przewaga nad resztą
          (tytułów drużynowych miał mniej niż Russell czy Kareem, ale nie oceniamy tu
          drużyn – wiadomo, że drużyny Wilta były jednak słabsze od Celtics czy Knicks –
          tylko poszczególnych graczy i liczą się przede wszystkim ich osiągnięcia
          indywidualne). Szybkość, gracja, koordynacja, siła, skoczność - mógłbym długo
          jeszcze wymieniać mocne punkty Wilta, ale chwilowo się powstrzymam. ;-) Jedyną
          jego słabością były rzuty osobiste.

          2. Kareem Abdul - Jabbar: biorąc pod uwagę nie tylko rekordy punktowe, ale
          stabilność wysokiej formy w ataku (prowadzi w liczbie punktów zdobytych w
          karierze) i niepowstrzymany sky hook, najlepszy po Wilcie w ofensywie center
          (tuż przed McAdoo i Shaqiem) i jeden z najlepszych graczy ofensywnych w ogóle.
          Również świetny w defensywie, bo potrafiący kryć, zbierać, blokować – ale także
          dobrze podający. 6 razy MVP sezonu i 2 razy MVP finałów. 2 razy król strzelców,
          1 raz prowadził w zbiórkach, 4 razy w blokach (najwięcej razem z Eatonem).
          Niezły w wolnych, w przeciwieństwie do Wilta, Shaqa czy Russella. Wysoka
          inteligencja boiskowa. No i oczywiście długość bycia na topie, której dorównali
          jedynie Malone i Stockton. Aha – i był prawdopodobnie największym graczem w
          historii NCAA.

          3. Bill Russell: zawsze się zastanawiam, czy najlepszym defensorem w historii
          był on czy Wilt. Ponieważ zawsze staram się przyznawać „benefit of the doubt”
          na niekorzyść moich ulubionych graczy – i dlatego, że Russell po prostu w
          przeciągu całej kariery poświęcił obronie więcej czasu i wysiłku niż Big
          Dipper; wybieram Russella. Nikt inny nie wchodzi zresztą w rachubę jako
          defensor wszechczasów, nikt nie zbliżył się do dominacji Russella w tym
          zakresie; nawet Frazier (ani, dla wielbicieli jedynie historii najnowszej,
          Rodman, Payton, Pippen czy Jordan). Bill był w każdym razie drugim zbierającym
          (4 razy prowadził w lidze, druga średnia i druga łączna liczba zbiórek
          wszechczasów), drugim blokującym i chyba najlepiej kryjącym jeden na jeden w
          historii basketu – a także niezastąpionym liderem drużyny; poza tym 5 razy MVP
          sezonu i 1 raz MVP Meczu Gwiazd. Jednak mierne (łagodnie mówiąc) umiejętności
          w ataku jak dla mnie spychają go ząbek niżej za Abdul – Jabbara.

          4. - 7. :
          Hakeem Olajuwon: zawsze stawiałem szczególnie wysoko zawodników
          wszechstronnych, o umiejętnościach wykraczających poza zwykłe umiejętności
          graczy na swojej pozycji, jak Magic, Bird czy Robertson. Na centrze właśnie The
          Dream, nie licząc Wilta, był chyba najbardziej uniwersalnym i przez to
          niezwykłym koszykarzem. Z jednej strony niezwykle groźny w ataku (sławny
          dream shake), z drugiej fantastyczny w obronie w każdej postaci; w zbiórkach,
          blokach (po 2 razy najlepszy w NBA, a w blokach łącznie jest pierwszy spośród
          graczy, za kariery których je obliczano), kryciu 1 na 1, i co unikalne u gracza
          podkoszowego, świetny w przechwytach (był nawet raz drugi w lidze i w sumie
          nagromadził ich przeszło 2000); w sumie nic dziwnego, że 2 razy był Defensive
          Player of the Year. Poza tym – 1 raz MVP sezonu i 2 razy MVP finałów. Również
          nieźle podawał i był znakomitym liderem, potrafiącym poprowadzić drużyne do
          zwycięstw nad rywalami o nawet silniejszych składach i prowadzonych przez
          innych świetnych centrów i innych graczy podkoszowych; Ewinga, Robinsona,
          młodego Shaqa, K. Malone’a; i to i przy dość słabych warunkach fizycznych jak
          na środkowego (oficjalnie 213 cm, ale w rzeczywistości bliżej 208).

          Shaquille O’Neal: no, tego gracza chyba obecnie nie ma potrzeby szczególnie
          przybliżać ;-). Świetny w ataku (2 razy król strzelców, a 3 razy minął się z
          tytułem praktycznie o włos), praktycznie niepowstrzymany na parkiecie (jedynie
          przywołany z przeszłości Wilt mógłby go powstrzymać), jeden z najlepiej
          podających centrów. 1 raz MVP sezonu, 1 raz – Meczu Gwiazd, 3 razy MVP finałów
          (a tych ostatnich może jeszcze zdobyć więcej). W dodatku, wbrew propagandzie
          przeciwników, rozwinął imponujący arsenał ruchów ofensywnych – a ostatnio nawet
          poprawił się w wolnych. Jako indywidualna, dominująca siła jest jedynym
          graczem, co do którego porównania z Chamberlainem są uprawnione; z tym że Shaq
          jest od niego praktycznie we wszystkim słabszy, co szczególnie widoczne jest w
          defensywie. Tu O’Neal ma spore braki – czego rezultatem jest to, że nigdy nie
          był i już nie będzie najlepiej zbierającym, blokującym, czy wybranym do All –
          Defensive First Team (choć nie aż takie, jak Russell w ataku) , a gdyby
          chciał i zrzucił trochę wagi, to mógłby być lepszy w obronie - tyle że to już
          się raczej nie stanie. Tu mały paradoks; bardzo sobie cenię Shaqa, ale jego
          opis wyszedł mi w tonie raczej powściągliwym w stosunku do tego, co o nim się
          pisze w tej chwili (widzicie jak to jest, fani Jordana, kiedy idola danej
          chwili chwali się ponad miarę? Chyba rozpoznajecie ten mechanizm ;-)). Nie
          sądzę też, żeby Big Aristotle przesunął się czy w ogóle powinien się przesunąć
          w moim rankingu wraz z kolejnym mistrzostwem Lakers, którego im oczywiście
          gorąco życzę; szczyt swoich indywidualnych możliwości już osiągnął, i choć są
          one bardzo wysokie, plasują go jednak dla mnie poza pierwszą trójką centrów
          wszechczasów.

          Moses Malone: niesłusznie najbardziej zapomniany z największych środkowych ,
          właściwie trudno powiedzieć czemu (wielu dziś to nazwisko kojarzy się tylko z
          Karlem, a nie z – równie przecież wielkim – Mojżeszem). Tylko 208 cm wzrostu,
          ale niezwykle silny i dynamiczny, niezastąpiony w walce pod koszem; z 6
          tytułami mistrza zbiórek należy go uznać za trzeciego (ex aequo z Thurmondem)
          najlepiej zbierającego centra w historii. Jeśli wliczyć zbiórki zdobyte w ABA,
          jest trzeci na liście wszechczasów, jeśli nie – piąty; jest natomiast pierwszy
          w zakresie zbiórek ofensywnych, liczonych od 1973 – i rekordzistą w zbiórkach
          ofensywnych w sezonie. Bardzo dobry w ataku (nawet ponad 30 ppg w sezonie), jak
          na centra – świetny w wolnych, raz załapał się też do All – Defensive First
          Team. 3 razy MVP sezonu (jako jedyny obok Wilta i Kareema zdobył ten tytuł w 2
          różnych klubach); tyle samo albo więcej razy dostąpili tego zaszczytu jedynie
          wymienieni już Chamberlain, Russell, Kareem oraz Magic, Bird i Jordan. No i MVP
          finałów w sławnym, dominującym absolutnie w lidze składzie Sixers’83 (ale tego
          tematu nie będę rozwijał, bo powinienem wtedy napisac i o jeszcze wsp
          • Gość: Wilt Najlepsi centrzy w historii - uzasadnienie cz. 2 IP: *.datastar.pl 19.07.02, 18:56
            No i MVP finałów w sławnym, dominującym absolutnie w lidze składzie Sixers’83
            (ale tego tematu nie będę rozwijał, bo powinienem wtedy napisac i o jeszcze
            wspanialszych składach z udziałem Kareema czy Wilta – o tym innym razem).
            Ciekawostka: do ABA, gdzie zaczynał, Moses trafił prosto ze szkoły średniej;
            można go więc uznać za prekursora współczesnych trendów. W każdym razie; postać
            wielka i niesłusznie dziś trochę zapomniana (nb. grał, jeśli chodzi o liczbę
            sezonów, a nie meczów czy minut, jeszcze dłużej niż Kareem, bo 20 sezonów z
            kawałkiem; tyle że, inaczej niż tamten, pod koniec był już tylko dalekim
            zmiennikiem).

            George Mikan; kiedyś miewałem wątpliwości, czy postawić go w jednym szeregu z
            ww. trójką, czy jednak o pół kroku z tyłu. Wywołane jest to nie faktem, że grał
            w okresie, gdy liga była biała (chyba odrobinę za dużą wagę przywiązujesz do
            tego typu rozróżnień, Alex), ale że w odniesieniu do niego po części prawdziwy
            jest zarzut stawiany Shaqowi (niesprawiedliwie) i Wiltowi (podwójnie
            niesprawiedliwie); że dominował dzięki rozmiarom pozwalającym na brutalną grę –
            bo w przeciwieństwie do tamtych, naprawdę bez skrupułów potrafił wykorzystywać
            przewagę fizyczną nad rywalami. Jednakże po bliższym przyjrzeniu takie
            wątpliwości odrzucam; Mikan grał tak, jak po prostu wtedy - w latach 50. -
            grała wtedy cała liga; to zdaje się Schayes wspominał, że w walce o piłkę
            czasem dostawało się pięścią w twarz i nic, grało się dalej. Mikan zachowywał
            się pod tym względem tak jaki inni, tyle że – jako większy – miał możliwość
            robić to skuteczniej (choć i tak w czasie kariery zaliczył 10 złamanych kości).
            Ale przejdźmy do plusów; Mikan dominował na każdym poziomie, gdzie grał; w NCAA
            (mistrzostwo NIT, kiedy to podczas finałowego meczu zdobył więcej punktów niż
            cała drużyna rywali!), NBL (mistrzostwo ze Stags, a potem, od razu po przejściu
            do Lakers, mistrzostwo z nimi), i w końcu w BAA/NBA (5 mistrzostw w ciągu 6
            lat, a gdyby nie złamany nadgarstek Mikana w 1951, byłoby 6 z rzędu). Tu
            wyjaśnienie; akurat w przypadku Mikana argumentuję za pomocą tytułów
            drużynowych, ponieważ za jego czasów nie było jeszcze prawie tytułów
            indywidualnych, ale i tak tych ostatnich zdołał parę zebrać: MVP Meczu Gwiazd w
            1953 (rozgrywane dopiero od 1951), mistrz zbiórek w 1953 (liczone dopiero od
            1950) i przede wszystkim (tę statystykę prowadzono od początku, więc tu mamy
            pełen obraz) 5 tytułów króla strzelców z rzędu w ligach profesjonalnych; 2 w
            NBL i 3 w BAA/NBA. Był również znakomitym defensorem. Biorąc pod uwagę
            dominację zarówno indywidualną, jak i drużynową, Mikan nie miał chyba sobie
            równych w historii, ciesząc się dzięki połączeniu zalet osobistych i drużyny w
            której grał statusem połączonych Chamberlaina i Russella (uprzedzając
            ewentualne wątpliwości, statusem Mikana nie cieszył się w pełni również Jordan,
            bo on miał za swoich czasów Dumarsa czy Paytona, którzy byli w stanie
            regularnie trochę go ograniczyć – Mikan nie miał nikogo takiego, dlatego,
            podobnie jak przeciw Wiltowi, musiano zmieniać przeciw niemu przepisy ligi).
            George był przy tym pierwszym zawodnikiem (następnym był Wilt), który zmienił
            poglądy na temat graczy wysokich – bo wcześniej, wbrew stereotypom wyrażanym
            przez niektórych na forum, panował pogląd, że koszykówka jest grą przede
            wszystkim dla ludzi niskich! Z uwagi na te wszystkie czynniki, jak i na fakt,
            że Mikan reprezentuje całą epokę istnienia NBA, osobiście umieszczam go nie
            tylko odpowiednio wysoko na liście środkowych, ale i na 10. miejscu w mojej Top
            10 wszystkich graczy wszechczasów; należy mu się jako sztandarowej postaci NBA
            lat 40. i 50. oraz bez wątpienia najwybitniejszemu koszykarzowi pierwszej
            połowy XX w. i aż do pojawienia się Russella i Chamberlaina.

            O ile powyżsi gracze znajdują się chyba na liście każdego w miarę obiektywnego
            fana NBA, o tyle moje następne nazwiska mogą już budzić wątpliwości – to jasne,
            bo wielu jest mniej więcej równorzędnych kandydatów, wśród nich; Neil Johnston,
            Walt Bellamy, Willis Reed, Wes Unseld, Dave Cowens, Bob Lanier, Artis Gilmore
            (a jak Gilmore, to właściwie i Mel Daniels, bo razem byli najlepszymi
            środkowymi ABA), Bob McAdoo, David Robinson. Je jednak wybrałem paru innych:

            8. – 10.:
            Bill Walton: ta kandydatura może z kolei budzić wątpliwości z uwagi na to, że –
            jak wspomina Alex – nie było innego sławnego gracza z karierą tak bardzo
            zjechaną przez kontuzje. Dla mnie jednak bardziej niż długotrwałość kariery i
            stabilizacja formy liczy się najwyższy poziom, jaki zdołał osiągnąć dany gracz
            i to, co w czasie pozostawania na tym poziomie osiągnął; dlatego przedkładam
            Waltona nad, powiedzmy, Parisha. A co zdołał osiągnąć Walton w przerwach między
            kontuzjami? W NCAA, kiedy go jeszcze nie dręczyły, osiągnął status jednego z
            paru najlepszych graczy w historii, kontynuując w UCLA po przewodem coacha
            Woodena wspaniałą tradycję Abdul - Jabbara. Po przejściu na zawodowstwo zaczęły
            się kontuzje – ale kiedy tylko wydobrzał, zaczęły się 2 wspaniałe (nie jeden,
            jak pisze Alex) sezony Waltona. W 1976/77 prowadził w lidze w zbiórkach i
            blokach (osiągnęli to jeszcze tylko Kareem, Olajuwon i teraz Ben Wallace),
            wybrany do All – Defensive First Team. W wyścigu do miejsca centra w All – NBA
            First Team i na MVP sezonu wyprzedził go Kareem, ale Walton wziął srogi odwet w
            play offs, mimo nieposiadania w swoim zespole żadnej gwiazdy oprócz siebie
            samego, eliminując najpierw faworyzowanych Lakers z Kareemem, a w finale ligi,
            zdobywając jedyne so far mistrzostwo Blazers, jeszcze bardziej faworyzowanych
            Sixers z najlepszymi graczami byłej ABA – Ervingiem i McGinnisem, oraz Lloydem
            B. Free. Po tym sezonie trener Blazers Ramsay oświadczył, że Walton był autorem
            najlepszego sezonu w historii basketu – to oczywiście gruba przesada, ale
            trzeba przyznać, że potrafił wszystko; rzucać, zbierać, kryć, podawać,
            blokować. W następnym sezonie było odwrotnie; kontuzja Billa przed play offs
            wykluczyła Blazers z gry o mistrzostwo, ale został członkiem pierwszej piątki
            ligi i MVP sezonu (mimo rozgrania zaledwie 58 spotkań – to chyba rekord!).
            Potem niestety przyszły już ciągłe kontuzje, zmienianie zespołów i marnowanie
            ogromnego talentu – ale i był triumfalny come back w 1985/86, zdobywając w
            barwach Celtów tytuł Sixth Man of the Year i kolejne mistrzostwo. W sumie jak
            dla mnie Top 10; Walton u szczytu formy był bardziej uniwersalny i bardziej
            dominował na centrze od takich swoich kontrkandydatów jak Cowens czy Willis
            Reed (którego zresztą również bardzo poważnie dotknęły kontuzje, choć nie aż
            tak jak Billa).
            • Gość: Wilt Najlepsi centrzy w historii - uzasadnienie cz. 3 IP: *.datastar.pl 19.07.02, 18:57
              Arvydas Sabonis: jego nazwisko może wielu zdziwić, ale przypominam, że temat
              wątku nie ograniczał się do środkowych NBA. Dlatego wymieniam tu Sabasa; bo nie
              mam wątpliwości, że gdyby miał możność gry w NBA w swoim najlepszych latach,
              walczyłby z Olajuwonem o tytuł centra dekady. Niestety różne, głównie
              polityczne uwarunkowania przeszkodziły temu i choć Sabonisa wybrano w drafcie
              już w 1986, nie dołączył do Blazers do 1995, kiedy miał 31 lat, co samo w
              sobie jest już wiekiem dość zaawansowanym na przyswajanie od podstaw zupełnie
              nowych wymogów gry, a przede wszystkim był po poważnych operacjach kolan, które
              sprawiły, że był już tylko cieniem samego siebie. Ale i tak zaznaczył swoją
              obecność w lidze; przypomnę, że to on, choć stary, najlepiej grał Shaqa, gdy
              ten był już szczytu formy (i to naprawdę grał, a nie polegał w 50% na
              teatralnym przewracaniu się jak Divac). To on, a nie Pippen, miał jako gracz
              największy udział w tym, że Blazers w rywalizacji z Lakers ze stanu 1-3
              przeszli na 3-3, a potem w 7. meczy byli tylko o jedną kwartę od Finałów i
              praktycznie pewnego mistrzostwa (Sabas z ograniczaniem Shaqa radził sobie
              znacznie lepiej niż, w porównywalnym matchupie, Pippen z Kobem). Oczywiście nie
              wiem na sto procent, jak poradziłby sobie w NBA Sabonis w swoich najlepszych
              (choć podejrzewam, że umieszczałbym go wtedy obok graczy, których dałem tu ma
              miejsca 4. – 7. – a prawie na pewno początek lat 90. należałby wtedy do
              Blazers, a nie Bulls), ale to co wiem o nim o jego karierze gdzie indziej i tak
              wystarcza do zawarcia w Top Ten. W 1988 r. poprowadził Związek Radziecki do
              zwycięstwa nad USA w pófinale olimpiady (Amerykanie zdobyli wtedy zaledwie
              brąz – najgorsze miejsce w historii), choć amerykańska reprezentacja prowadzona
              była przez Robinsona (którego samego wymienia się tu przecież jako członka Top
              10, a jednak został zupełnie skasowany przez Sabasa!), a także oczywiście
              pozostali jej gracze – Manning, Majerle czy Doc Rivers – byli znacznie
              sławniejsi od swoich radzieckich odpowiedników. Potem przyszły m.in. najwyższe
              laury indywidualne i klubowe w Europie w barwach Realu Madryt – spece, którzy
              wtedy widzieli Sabonisa w akcji, wypowiadali się o nim w samych superlatywach.
              Walton określił go jako „mającego 7 stóp 4 cale Larry Birda”, potrafiącego na
              parkiecie wszystko – rzucać (nawet z dystansu), zbierać, podawać. Tak, ogromna
              szkoda, że Arvydasa nie było wtedy w NBA, gdzie do odegrania czołowej tam roli
              predestynowały go zarówno ogromne umiejętności, jak i świetne warunki fizyczne –
              224 cm, 135 kg – tym bardziej docenić możemy obecne czasy, gdy gość znacznie
              mniej utalentowany niż on wybierany jest z pierwszym numerem w drafcie i może w
              NBA pograć sobie do woli…

              Nate Thurmond: to jego jednak umieszczam tu, na zakończenie dziesiątki. Nie
              miał chyba talentu aż takiego jak Walton, ale w sumie, grając zadziwiająco
              równo i dając z siebie na parkiecie wszystko, więcej od niego indywidualnie i
              faktycznie, a nie pod względem uzyskanych honorów, dokonał. Porównywajmy go
              jednak raczej do tych, których wygryzł z mojej Top 10, a zostali wymienieni
              przeze jako kontrkadydaci przez Alexa i przeze mnie: Willisa Reeda, Dave’a
              Cowensa, Davida Robinsona. Cowens nigdy nawet nie został wybrany do pierwszej
              piątki ligi (choć raz został MVP sezonu!), nigdy w niczym w lidze nie dominował
              (z wyjątkiem liczby fauli, gdzie był jednym z najlepszych w historii), czego
              wyrazem było m. in. to, że przy obu mistrzostwach Celtics w latach 70. to
              Havlicek i JoJo White zostali słusznie wybrani MVP finałów. Na pewno był bardzo
              dobry, waleczny dynamiczny, ale dla mnie nie ten mumer kapelusza – druga
              dziesiątka. Robinson – chłopak też był całkiem dobry i do tego uniwersalny;
              rzucał, bronił (Defensive Player of the Year), lubił w karierze zaliczac różne
              tytuły, choć – ciekawostka ;-) – tylko po jednym. Raz MVP sezonu, po razie
              najlepszy w blokach, zbiórkach i punktach (tylko jeszcze Kareem oficjalnie
              prowadził we wszystkich tych 3 kategoriach), aczkolwiek to osiągnięcie może
              nieco umniejszać fakt, że: a) króla strzelców zdobył w 1995 po zdobyciu w
              ostatnim meczu 71 pkt. na Clippers, którzy praktycznie w ogóle się nie bronili,
              co było potem komentowane jako celowe działanie ze strony ich trenera Fitcha,
              nie chcącego, żeby tytuł trafił do Shaqa; b) mistrza zbiórek z kolei Admirał
              zaliczył w sezonie, kiedy to Olajuwon z powodu kontuzji minął minimum
              uprawniające do umieszczenia w klasyfikacji o… marne 7 zbiórek! Ale te
              zastrzeżenia są mało ważne w porównaniu z jednym podstawowym; Robinsonowi
              brakło leadership i twardości w decydujących meczach, szczeólnie w play offs.
              Koronny dowód na to; kiedy ten jedyny raz, w 1995, dotarł samodzielnie do
              finału Zachodu, u szczytu formy (MVP i drugi strzelec sezonu) na czele bardzo
              mocnego składu z Rodmanem (mistrz zbiórek i, podobnie jak sam Admirał, All –
              Defensive First Team), Elliottem i A. Johnsonem, posiadając najlepszy wynik
              regular season w lidze, został mimo to wszystko pokonany przez niżej
              rozstawionych Rockets z Olajuwonem, mimo posiadania teoretycznej przewagi i
              indywidualnej, i drużynowej. Trzeba było dopiero Duncana, żeby Robinson zdobył
              mistrzostwo; ba, żeby w ogóle trafił do Finałów! A sam przegrywał nawet z
              pozycji faworyta - dla mnie znów druga 10. Willis Reed – tu mógłbym mieć chyba
              najwięcej wątpliwości. Świetna obrona i walka na tablicach. Supersezon 1969/70 –
              wszystkie 3 tytuły MVP, kolejne MVP finałów w 1973. (jednak jak się przyjrzeć,
              to w mistrzowskich składach Knicks - a to, że w tak świetnych składach grał, w
              przeciwieństwie do Thurmonda, nie jest przecież zasługą Reeda - najlepszym
              graczem był chyba Frazier; przyznawanie MVP finałów tylko Reedowi, szczególnie
              w 1973, było raczej wyrazem wagi, jaką przywiązywano do zadania mierzenia się
              z Wiltem;-), jak również wyrazem uznania dla sławnego porwania Knicks do walki
              wychodząc na parkiet ze skręconą nogą w 1970). Poza tym, podobnie jak Walton,
              Reed ustępował Thurmondowi równomiernością osiąganej formy (ale ponieważ, jak
              zastrzegłem, dla mnie bardziej niż równomierność liczy się szczy osiągniętych
              możliwości, ma to dla mnie znaczenie pomocnicze). I przejdźmy wreszcie do
              samego Thurmonda. Drużynowo nie miał tyle szczęścia co wyżej wymieniona trójka,
              choć i tak pojawił się w Finałach 2 razy; w 1964, jeszcze jako rookie –
              zmiennik Wilta, i w 1964 (kiedy to podczas 1 z meczów zaliczył 32 zbiórki!),
              już jako główna obok Barry’ego siła Warriors. Ale indywidualnie; przewyższał
              wszystkich wspomnianych pod względem defensywy (5 nominacji do All – Defensive
              Teams, i to w latach, kiedy konkurencja tam na centrze, z wchodzacymi w grę
              Wiltem, Kareemem i Reedem była najmocniejsza w historii) – to o nim, a nie np.
              o Reedzie, w pewnym okresie zarówno Abdul – Jabbar, jak i Chamberlain, mówili,
              że jest ich natwardszym przeciwnikiem. Był też od Cowensa, Robinsona, a nawet
              Reeda jeszcze lepszy w zbiórkach, jest rekordzistą pod względem liczby zbiórek
              w jednej kwarcie i dysponuje 5. średnią NBA wszechczasów – 15,0 – i to po
              rozegraniu o połowę więcej od Reeda liczby spotkań! Nate’a uznać należy za 3.
              najlepiej zbierającego środkowego w historii, ex aequo z M. Malone’em, albo
              nawet tuż przed nim. Dobry również w ataku (porównywalny z Cowensem i Reedem,
              słabszy tylko od Robinsona), w rezultacie jako jeden z bodaj 3 graczy w
              historii, obok Wilta i Jerry Lucasa, zaliczył sezon 20/20; jednocześnie ponad
              20 pg i 20 rpg! Willisa przewyższał też w asystach (czego efektem był to, że
              jako pierwszy gracz w historii, przed A. Robertsonem, Olajuwonem i Robinsonem,
              zarejestrował quadruple - double). Chwalonego zewsząd za swoją gr
              • Gość: Wilt Najlepsi centrzy w historii - uzasadnienie cz. 4 IP: *.datastar.pl 19.07.02, 18:58
                Chwalonego zewsząd za swoją grę, pracę zespołową i etykę pracy, Nate’a ominął
                jednak tytuł, choć wnosił ogromnie dużo do każdego zespołu, w którym grał.
                Oddany z racji wieku do Bulls, pomógł im jedyny raz przed Jordanem dostać się
                do finału konferencji; musiał jednak patrzeć, jak jego dawni Warriors wygrywają
                z Chicago 7. mecz 4 punktami, a potem zwyciężają w Finałach. Mimo to – i to
                wcale nie jako nagrodę pocieszenia – uważam, że należy umieścić Thurmonda w Top
                10, nawet przed Reedem, nb.najlepszym centrem Knicks (tak jest; sorry, Ewing ; -
                )), bo przewyższa tamtego w proporcji, powiedzmy, 55 do 45.

                Uwagi do Alexa:
                - Nie wiem, szczerze mówiąc, skąd wziąłeś te 4 MVP przy Russellu; 3 nominacje
                Billa do pierwszej piątki nie robią wielkiego wrażenia, jeśli zważyć, że
                Chamberlain był do niej nominowany 7 razy, a Kareem – rekordowe 10 (nawet
                Robinson – 4 razy!); z kolei jedynym Celtem, który zdobył wszystkie możliwe
                MVP, był mój ulubiony z nich – Larry Legend.
                - Piszesz, że Chamberlain dopiero pod koniec kariery wziął się za obronę;
                można równie dobrze napisać, że nie troszczył się o obronę żaden inny center
                NBA z wyjątkiem Russella – bo nikt inny nie wywierał większego od nawet
                wczesnego Wilta wpływu jako defensor. Jasne, że kiedy Szczudło dla dobra
                drużyny zaczął mniej udzielać się w ataku (ale to nie było pod koniec jego
                kariery, jak piszesz, ale w jej połowie), dzięki temu mógł więcej czasu
                poświęcać na obronę (i wtedy Russell powiedział w końcu, że Wilt gra lepiej,
                niż on sam grał) – ale i przedtem, nie stawiając defensywy na pierwszym
                miejscu, potrafił więcej w tym zakresie zdziałać niż tacy Eaton czy Mutombo,
                poświęcający obronie całą karierę i wszystkie siły).


                Uwagi do Kolarza; stary, skąd Ty wytrzasnąłeś takie informacje jak ta o
                sprowadzeniu Russella do ligi, żeby przeciwstawił się Wiltowi ;-)? I tak BTW:
                - Wilt przyszedł do ligi PO Russellu, a nie odwrotnie.
                - Wilt miał 216 cm wzrostu, nie 213; Russell 208, nie 206; oczywiście za ich
                czasów było też w lidze wielu innych „wieżowców”, i to przeciętnie lepszych niż
                teraz.
                - Statystyki tej pary przeciwko sobie to: Wilt - 28,7 pkt. i 28,7 zb.,
                Russell – 23,7 pkt. i 14,5 zb. Mało imponujące, tak – szczególnie te Wilta ;-)?
                - Tematu, kto bez wątpienia więcej umie (i nieporównanie więcej pod absolutnie
                kazdym względem osiągnął) – Ewing czy Shaq – już nawet nie komentuję, bo
                odpowiedź widać gołym okiem…

                Pozdrawiam wszystkich, którym udało się przedrzeć przez powyższe wywody. ;-)

              • Gość: Wilt Re: Najlepsi centrzy w historii - uzasadnienie cz IP: *.waw.cdp.pl 22.07.02, 08:09
                > choć i tak pojawił się w Finałach 2 razy; w 1964, jeszcze jako rookie –
                > zmiennik Wilta, i w 1964

                Te drugie Finały Thurmonda - chodziło mi oczywiście o 1967.
      • Gość: Kolarz Re: Najlepsi centrzy w historii IP: *.msz.com.pl 04.07.02, 10:05
        Moim zdaniem Kareem i Russel sie nie liczą, Wilta mogę uznać bo dokonał
        naprawdę wielkich rzeczy, stówę rzucił.
        Russel skakał w zwyż i ściągnęli go po olimpiadzie do koszukówki żeby
        powstrzymał Stilta. Wtedy w NBA było dwóch gości powyżej dwóch metrów którzy
        mieli pojęcie: Wilt 2.13 i Bill 2.06, - gdyby wziąć pod uwagę statystyki
        przeciwko sobie to nie wypadliby tak fajnie.
        Moja trójka to:
        1. Hakeem ( potrafi wszystko, nawet za trójkę sypnąć )
        2. Patrick Ewing ( center z klasą, taki jacy powinni być centrzy )
        3. Shaq ( gówno umie rzut dwa metry od kosza, beznadziejne osobiste, ale, gra w
        L.A. i waży 170kg, gdyby grał np. w Vancouver to by go faulowali cały czas i by
        rzucał po 18 pkt. w meczu.
        warunkowo 4 miejsce Wilt the Stilt
      • Gość: Remwil Re: Najlepsi centrzy w historii IP: *.bydgoszcz.sdi.tpnet.pl 20.07.02, 13:11
        Nie bede sie rozpisywal tak jak Wilt i ogranicze sie do miejsc bez uzasadnien
        1.Wilt Chamberlain
        2.Kareem Abdul Jabbar
        3.Shaquille O'neal
        4.Bill Russel
        5.Gheorge Mikan

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


    Nakarm Pajacyka