dorota_snooker
01.06.05, 20:45
Polska koszula w Polish Open – czyli jak być drugim:
Z małym opóźnieniem i już niestety nie z Ostrowca nadaję ja – bardzo zaspana i
troszeczkę jeszcze znieczulona całkiem dobrym winkiem białym. Impreza na
otwarcie Mistrzostw Europy była przednia. To znaczy dla mnie była :).
Towarzystwo anglika Marka Joyce’a – doprawdy wymarzone. Mogę śmiało napisać
że gra znakomicie, jest miły i ma piękny uśmiech. Tyle zalet u Anglika ???
Też mnie to dziwi ;). Byli też Holendrzy choć oni początkowo całkiem niewinni
to jednak w miarę przyrostu promil promieniowali albo raczej emanowali chęcią
udowodnienia freudowskich teorii. Kobieta na wieczór (czytaj noc) musi być.
Chcąc poczuć silniejszą więź z kadrą narodową spędziłam kilka chwil w jej
towarzystwie. Mówię wam nikt nie tańczy lepiej niż duet Maks Janicki i
osaczony30(nick forumowiczom dobrze znany, a mnie znany personalnie od kilku
dni – nie wiem co go tak osacza ale zasadniczo jest bardzo sympatyczny). No i
jeszcze dwa słowa z Krzysiem Wróblem – jak na ptaszka ma całkiem nie mały rozumek.
Ale ja tu ćwir, ćwir a miałam pisać o Polish Open. Było tak :
Nasi jak to nasi, zagrali jak umieli najlepiej co z tego wyniknęło każdy
widzi. Z grup wyszli Jarek Kowalski i Piotr Murat. Każdy z nich jednak
przegrał swój mecz w 1/32. Mnie bardzo żal Marcina Nischke i Krzysztofa Wróbla
– zasłużyli na awans. Obaj grali naprawdę dobrze. Zauważmy też break
Sebastiana Ślugacza – równiutka 60.
Jeśli chodzi o tych co liczyli się najbardziej. Moja uwaga spoczęła na
nazwiskach :
1.David Grace Anglia – będzie to kiedyś świetny zawodnik. Tak mięciutkiej gry
na żywo jeszcze nie widziałam. Powiedziałam mu to po meczu – ale się bidak
ucieszył.
2.Stefan Mazorcis Holandia – snookerowe cudo. Ludzie oglądanie break’a 106 (i
to dwukrotnie) na żywo to prawdziwa magia. Ostateczny zwycięzca turnieju PO.
3.Mark Joyce Anglia – mini Stephen Hendry. Na swój mecz 1/16 przyszedł bez
koszuli, nie wiedział bowiem że w snookera gra się w koszuli i kamizelce.....
Sic !!!!! Aby ratować go przed niechybna zgubą ruszyłam na pożyczki.
Odwiedziwszy trzech naszych kadrowiczów w pokoju (stan leżący wskazujący)
wypożyczyłam od jednego (R.J.) koszulę koloru gorszkowego. No i tak zrodził
się Mark – groszek. Po każdym wygranym meczu mówił do mnie „lucky shirt”. I
dotarł aż do finału w którym przegrał niestety. Podobnie jak prawowity
właściciel koszuli. Hasełko :
Chcesz zostać vice – mistrzem pożycz koszulę od Rafała J.
Za zakończenie – stara już jestem. I troszkę śmiać mi się chce z samej siebie.
Bowiem jako właściciel śrubkowego interesu musiałam bosko wyglądać szczotkując
stoły czy roznosząc wodę dla zawodników. Gdyby widzieli mnie moi
współpracownicy, że już o moich szczurach nie
wspomnę..............................
Ale fajnie było, no i odmłodniałam z 10 lat.
I jeszcze słówko – za równy tydzień wracam do Ostrowa. Na finał. Mam bowiem
poczucie, że dzieje się w polskim snookerze coś co prędko już się nie powtórzy.
Feel the rain on your skin..............................................
PS. Przez cały mój pobyt w Ostrowie unosił się nad nami duch cichegofana. Kim
jest nie wiemy. Tak czy inaczej pozdrawiam go gorąco i do zobaczenia :)