maaarika
03.11.06, 19:26
Kilka dni temu miałam przyjemność brać udział w procesie rekrutacji w jednej
z jednostek organizacyjnych miasta Tychy.
Wymagania postawione przed potencjalnymi kandydatami nie były wygórowane.
Wymagano znajomości programów komputerowych i dobrej znajomości ustaw. Nie
wymagano doświadczenia i stażu pracy.
Rekrutacja składała się z trzech etapów. Pierwszy to weryfikacja dokumentów,
drugi etap to tzw. część praktyczna, czyli test ze znajomości ustaw i trzecia
część – rozmowa kwalifikacyjna.
Pierwszy etap przeszłam i zostałam zaproszona na egzamin praktyczny, który
zaliczyłam i miałam niewątpliwą przyjemność znaleźć się w grupie kilku osób
zaproszonych na interview.
Komisja składała się z trzech osób mających bardzo luźny stosunek do tego co
robiła, dzięki temu rozmowa przebiegała w bardzo miłej atmosferze.
Na korytarzu zebrani w grupkę, czekaliśmy na wieść od kolejno wychodzących
osób. Wszyscy chcieli wiedzieć jak jest w środku i jakie padają pytania.
Każda osoba która już została „odpytana” chętnie odpowiadała, tym razem, na
nasze pytania i dzieliła się z nami swoimi refleksjami. W chwili gdy puszcza
nam adrenalina można „chlapnąć” wiele głupstw. I tak o to padały słowa: „mamy
wspólnych znajomych”, nie odpowiedziałam na wszystkie pytania, wyłożyłam się
na Excel-u…. Dzięki tym zwierzeniom można było sobie wyrobić jakieś zdanie
o „przeciwnikach” i ocenić swoje szanse.
Jakież było me szczęście gdy dowiedziałam się, że po części praktycznej byłam
najlepsza. Co prawda nie uzyskałam 100%, ale osoba po mnie miała dużo gorszy
wynik. Według mnie rozmowa też wypadła dobrze, odpowiedziałam na wszystkie
pytania, nie wyłożyłam się na Excel-u, a komisja sprawiała wrażenie
usatysfakcjonowanej i życzyła mi tej pracy.
Teraz pozostało tylko czekanie na ogłoszenia wyników.
Me rozczarowanie było ogromne, gdy ogłoszono wyniki. Etat był jeden a
zatrudniono dwie osoby. Jedną zapamiętałam po tym jak powiedziała „mamy
wspólnych znajomych”, a druga „chlapnęła” nam, że nie odpowiedziała na
wszystkie pytania. W ogłoszonej informacji o wynikach napisano, że obie
osoby posiadają bardzo dobrą znajomość przepisów. A czy nie powinno być, że
posiadają dobrą a może nawet przeciętną znajomość? Nasuwa się pytanie,
dlaczego nie podano wyników testu?
Na początku tego roku znajoma starała się o posadę w jednym z wydziałów UM.
Proces rekrutacji podobny do wyżej opisanego. Do rozmowy kwalifikacyjnej
zostało dopuszczonych troje aplikantów. Dwie osoby uzyskały taką samą ilość
punktów na teście, miały wykształcenie wyższe. Trzeci kandydat trochę
odstawała od nich, uzyskała mniej punktów i miała niższe wykształcenie.
Konkurs nie został rozstrzygnięty ponieważ „kandydaci nie zaprezentowali
odpowiednio dobrego poziomu wiedzy pozwalającego na zatrudnienie w
wydziale…”. Po trzech miesiącach ponownie ogłoszono konkurs, ale tym razem
został rozstrzygnięty a posadkę otrzymała osoba która kilka miesięcy
wcześniej odstawała od grupy. Czy to przypadek?? Można by tak pisać i pisać
i podawać kolejne przykłady.
Faktem jest, że nie mogą pracować w jednym wydziale mamusia i córka, ale w
różnych wydziałach to już nie problem.
Przeglądając oferty pracy UM, można zauważyć że o pracę „urzędaska” mogą
starać się tylko wybrańcy. Jednym z warunków jest: staż absolwencki w
administracji publicznej, albo staż w budżetówce. Żeby dostać się na staż do
administracji publicznej trzeba mieć poparcie albo ogromne szczęście. Nie
odbyłeś stażu nie możesz pracować w budżetówce. Błędne koło. I tak tworzą się
klany urzędowe: mąż, żona, córka, synowa, syn, kochanka, siostrzenica,
koleżanka. Bywa, że osoby te nie posiadają „odpowiednio dobrego poziomu
wiedzy”, dlatego gdy chcemy załatwić coś w urzędzie to musimy znosić
opryskliwość i zarozumiałość urzędników. Jak się nie ma przygotowania
merytorycznego to jakoś trzeba obsłużyć petenta.
Właśnie dostałam ulotkę jednego z kandydatów na radnego. Pan w swej ulotce
pisze, że nie zgadza się z zatrudnianiem na stanowiskach rodzin i znajomych
osób zarządzających naszym miastem. Ja też się nie zgadzam. Pozdrawiam