Zesp.Szk.Specj.

04.02.07, 00:28
Chore dzieci w Chorzowie czeka przeprowadzka

Anna Malinowska2007-02-02, ostatnia aktualizacja 2007-02-02 19:11

W połowie roku zostanie zlikwidowana najstarsza na Śląsku szkoła specjalna.
Rodzice uczniów są zrozpaczeni.
O likwidacji Zespołu Szkół Specjalnych nr 1 zdecydowali radni. Władze miasta
tłumaczyły, że budynek zajmowany przez szkołę jest w złym stanie technicznym
i taniej będzie przenieść ją do innej placówki, dużo mniejszej. Od nowego
roku szkolnego placówka zostanie połączona z Zespołem Szkół Specjalnych nr 2.
Zajęcia będą odbywać się w budynku "dwójki". Do "jedynki" być może przeniosą
się organizacje pozarządowe, które dziś nie mają własnego lokalu.

- Nie rozumiem takich argumentów. Mamy świetną lokalizację. Leżymy na
pograniczu centrum i dzielnicy Batory. Jeżdżą tu tramwaje, autobusy, obok
jest DTŚ-ka, mamy boisko, a blisko jest park - wylicza Bogumiła Sikorska,
dyrektorka szkoły. Podkreśla, że miasto sfinansowało niedawno likwidację
barier architektonicznych, udało się też znaleźć pieniądze na dostosowanie
sal lekcyjnych do potrzeb dzieci niepełnosprawnych. - Rodzice i nauczyciele
własnymi rękami ulepszali wszystkie pomieszczenia, żeby dzieciom było
wygodniej - dodaje Sikorska.

Oburzeni są też rodzice. Budynek, w którym mają się teraz uczyć ich dzieci,
wcale im się nie podoba. Zwrócili uwagę na brak podjazdów przed wejściem -
dla dzieci niepełnosprawnych to poważna przeszkoda.

- Proponuję, żeby urzędnicy poczytali sobie o chorobach naszych dzieci albo
spędzili z nimi jeden dzień. Wtedy może zrozumieją, że nie można decydować o
ich losie, sugerując się jakąś niby tańszą wymianą okien - denerwuje się
Grzegorz Kolber, ojciec cierpiącego na autyzm 10-letniego Kamila.

Ich racje podziela Wiesław Ciężkowski, przewodniczący komisji edukacji w
radzie miejskiej. - Rodzice zostali całkowicie zlekceważeni. O ich przyszłym
losie zadecydowali ci, których dzieci są zdrowe i pojęcia nie mają, jak
wygląda życie z autyzmem - mówi.

Dyrektor Sikorska obawia się, że dzieci źle przeżyją przeprowadzkę. - Dla
nich jakakolwiek zmiana jest makabrą. Kiedyś w jednej z sal zdjęliśmy w oknie
firankę. Uczniowie zaczęli się zachowywać bardzo agresywnie, bo dla nich była
to już rewolucja w otoczeniu - wspomina Sikorska


serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,3893683.html

Pełna wersja